Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

Oskalpowana dżungla. Notatki z Borneo (Malezja)

Wszelkie stereotypy związane z Borneo pryskają  jak bańka mydlana wkrótce po wylądowaniu na tej wyspie  . Prastarej dżungli (najstarszej na świecie ) jest tu jak na lekarstwo  – tylko w parkach narodowych. Za to częściej można spotkać  oskalpowane ugory – przygotowywane pod uprawy – lub  bezkresne, ciągnące się setkami kilometrów równiutkie rzędy całkiem niedawno posadzonych, ale już  wyrośniętych palm olejowych. Natomiast przesiedlone niedobitki  dawnych nomadów Borneo  możemy  obejrzeć w smutnych wioskach budowanych przez rząd w szlachetnej misji  cywilizacyjnej.

 

Mulu 010

A to fragment nieskażonej przyrody  w Parku Narodowym Mulu

 

Niemal w 80% malezyjska część Borneo  stała się  dziś olbrzymią plantacją drzew, które uprawia się dla olejów  roślinnych i na paliwo pod  szumnymi  hasłami ekologicznymi . Taka monokultura przyrodnicza jest  rzadkością w dzisiejszym świecie .A wyspa słynęła jeszcze w latach 60 i 70-tych nie tylko z lasów deszczowych, ale i z licznych  plantacji herbaty, kakao i pieprzu . Widać tu gołym okiem powszechny pęd do bogacenia się . Malajska klasa średnia  „tuczy się” na zyskownej uprawie palm olejowych , co widać choćby po   zamiłowaniu do coraz bardziej drogich limuzyn oraz  do okazałych pałaców za miastem.

 

Parki usypiają  sumienie

Poring 073

Tak wygląda borneańska dżungla po najeździe buldożerów

 

Takich  parków narodowych  jak w Malezji w  innych  azjatyckich krajach  niemal się już  nie spotyka. Powstały z resztówek  lasów  deszczowych , które oparły się jeszcze  piłom  drwali  przygotowujących ziemię pod plantacje palm olejowych. Chyba tylko dlatego, że ze względu na trudne ukształtowanie terenu  nie nadawałyby się  pod uprawę palm olejowych. A może zachowano je także po to, aby stworzyć w ten sposób  wrażenie dbałości  państwa o   przyrodę. Wg tej teorii  parki  stanowią próbę zagłuszenia nieczystego sumienia tutejszych polityków.

 

Palmy olejowe 080

A to „sprawca” tragedii borneańskich lasów deszczowych – dojrzały owoc palmy olejowej

 

Mimo tej gorzkiej refleksji  w  kilku malezyjskich  parkach narodowych  można jeszcze  spędzić  niezapomniane chwile wśród nieskażonej dzikiej przyrody.  W Malezji  odbyliśmy parodniowy trekking w prawdziwej dżungli, moczyliśmy się w gorących źródłach koło Kota Kanibalu, obserwowaliśmy narodziny małych żółwików na plaży, podziwialiśmy rafy koralowe na wyspie Mabul.

 

Wspinaczka na Pinnackles

Z wędrówki  po tropikalnym lesie   deszczowym najbardziej  zapada w pamięć feeria z dźwięków  wydawanych przez  owady, ptaki, małpy  i  inne gatunki zwierząt. Dominują cykady, które z racji  olbrzymich rozmiarów i różnorodności gatunków  koncertują  chyba najgłośniej. Natomiast  jeden z  tropikalnych ptaków wydawał z siebie oryginalny dźwięk kojarzący się nam z odgłosem konnej kosiarki   pracującej na polu. W tym tropikalnym chórze występowały też stada makaków , które ostrzegały swoich najbliższych o zbliżającym się z naszej strony niebezpieczeństwie.

Nasza  przygodę z borneańską dżunglą  rozpoczęliśmy się w  Parku Narodowym Mulu, dokąd  można dostać się tylko samolotem. Potem wynajętą długą łodzią  płynęliśmy ponad godzinę w górę  górskiej rzeki  Melinau . Po prawej stronie mijaliśmy  masyw potężnej góry Gunung Mulu, na którą  wspinają  się tylko nieliczni najbardziej doświadczeni turyści .Potem  czekał nas samotny ponad 10-kilometrowy trekking przez dżunglę, z paroma  wiszącymi mostami po drodze i  nad coraz bardziej wijącą się i  coraz  bardziej głośną rzeką. Nasze plecaki były wyjątkowo ciężkie, bo nieśliśmy dodatkowo prowiant zakupiony na pełne trzy dni. W schronisku, gdzie mieliśmy  nocować, nie  ma żadnego sklepu. Warunki noclegowe okazały się też  bardzo skromne – w zadaszononej  wiacie  stały rzędy drewnianych  pryczy  bez  jakichkolwiek drzwi czy okien. Nocą  jakieś zwierze posili się  naszym jedynym kawałkiem mydła. Mycie się w chłodnej wodzie w Melinau po całodziennej wędrówce w tropikalnym wilgotnym lesie  było  wspaniałą nagrodą dla ciała.  . Dopiero wtedy mogliśmy dokładnie ustalić, ile razy zaatakowały nas  skutecznie  pijawki, które  nie wiadomo  jak i którędy przedostawały się jednak pod nasze ubrania.

 

Mulu 034

Ostatnie paręset metrów to wspinaczka po metalowych drabinach

 

Szliśmy karkołomnie stromym szlakiem niby na  niedużą wysokość bo tylko około 1200 m ale z punktu startowego położonego 50 m n.p.m. Ścieżką wyrąbaną w dżungli – niemal bez trawersów prosto w górę, usłaną  konarami drzew i  ogromnych  głazów. Wchodziliśmy trzy i  pól godziny, wypijając parę litrów wody po drodze. Po 3 godzinach morderczej wędrówki w tropikalnym upale czekał nas  ostatni  ponad kilometrowy najtrudniejszy odcinek – przedzieraliśmy się teraz nad  i  pomiędzy skałami korzystając z  licznych klamer, haków oraz metalowych drabin. Spotykaliśmy po drodze ogromne purpurowe dzbaneczniki  – tutejsze rzadkie owadożerne rośliny, żyjące już tylko wysoko w górach. Kielich dzbanecznika wygląda bardzo ponętnie i atrakcyjnie ale jest to śmiertelna pułapka dla wielu owadów, które zwabione słodko pachnącym zapachem nektaru ześlizgują się wprost do śmiercionośnego płynu w środku kielicha. Gdy zatrzymaliśmy się wreszcie na samym szczycie, czekała nas  zasłużona nagroda za trudy wspinaczki –  niepowtarzalna panorama kilkudziesięciu krasowych formacji skalnych o nazwie Pinnacles  Budząca  różnorodne skojarzenia – zależne tylko od wyobraźni oglądającego. Nam ukazała się – ponad  gęstym dywanem dżungli  pokrywającej  zbocze sąsiedniej góry  Gunang Api  – galeria  unoszących się  we mgle ,ubranych na szaro średniowiecznych  postaci mnichów.

 

Mulu 043

Skały Pinnackles kojarzyły się nam z procesją  średniowiecznych mnichów w szpiczastych kapturach

 

Zejście okazało  się trudniejsze ,bo trwało aż 5 godzin. Jadwiga  na ostatnich metrach słaniała się na nogach ze zmęczenia.  Na kilkanaście minut  przed dojściem do schroniska dopadła nas  gwałtowna tropikalna burza. Spieszyliśmy się także, aby zdążyć przed  zapadającą tu szybko  ciemnością . Jakże łatwo w takich warunkach zbłądzić – przed  tego typu przygodą na szczęście chroniła nas miejscowa przewodniczka.

Park Narodowy Mulu jest  tak urokliwy, że żałujemy iż spędziliśmy w nim tylko 4 dni. Niestety, nie było już możliwe przebukowanie biletów lotniczych w naszej napiętej do granic agendzie podróży.

 

Ujarzmieni nomadzi dżungli

Mulu 068

Smutne stoisko z koralikami w wiosce Penanów

 

Podczas przeprawy rzeką Melinau  zatrzymaliśmy się  na krótki popas przy brzegu – w wiosce plemienia Penanów .śród drewnianych domów na palach ufundowanych przez rząd Malezji nie widzieliśmy spontanicznej   krzątaniny ludzi typowej dla ludzi czujących się dobrze w swoich domostwach. Nad wioską zalegała martwa cisza.

Pośrodku  stał  długi pawilon z kramami – gdzie leżały jakieś  nędzne koraliki i  figurki, na których  trudno było zatrzymać oko. Drobne kobiety  jakby wstydziły się tych swoich niedorobionych towarów wystawionych dla turystów, prawie nie odzywały się  tak jak dzieje się to wszędzie na  azjatyckich bazarach , nie zachęcały nas nawet do kupienia czegokolwiek. Nie miały za grosz zdolności handlowych – najpewniej czuły się jako zbieraczki ziół w dżungli i pewnie to do dzisiaj robią  jak nakazuje im   odwieczna tradycja. Penanowie – ostatnie nomadyczne plemiona na Borneo – praktykują tzw. zasadę molong, zgodnie z którą  nie należy nigdy brać  więcej z lasu aniżeli na swoje bieżące potrzeby. Szkoda, ze to przesłanie wydaje się być całkiem puste dla kolejnych rządów w Malezji.

 

Dowody osobiste na przynętę

Penanowie – a jest ich jeszcze na Borneo kilkanaście tysięcy – sprzeciwiają się od ponad 30 lat   przekształcania tropikalnych lasów w plantacje palm olejowych, których uprawa przynosi  gigantyczne zyski. Broniąc swoich tradycyjnych siedlisk oraz  puszczy  zaczęli kilka lat temu  stawiać czynny opór . Głośnym echem odbijają się co parę lat słynne  blokady  w dżungli Sarawaku  paraliżujące wyrąb drzew w dżungli przez malezyjskie półpaństwowe koncerny. Doszło nawet do krwawych zamieszek. Teraz rząd malezyjski postanowił stosować  łagodniejsze i bardziej wyrafinowane środki  do osiągania swoich industrialnych celów. W miejscowym angielskojęzycznym wydaniu dziennika Borneo Post  znajduję opis stosowanej praktyki. Polega ona na wprowadzeniu rejestru poszczególnych tubylców i wręczeniu im dowodów osobistych. Nagrodą jest prawo do bezpłatnej służby zdrowia oraz do bezpłatnej nauki w szkołach. Zajmuje się tym specjalne objazdowe biuro na kółkach  czatujące na Penanów na obrzeżach puszczy. Dla zarejestrowanych Penanów budowane są też  wioski – takie smutne jak opisana wyżej . Ich mieszkańcy znajdują łatwiej  zatrudnienie  w obsłudze parku, tak jak nasi przewoźnicy rzeką Melinau ; ci bardziej wykształceni zostają przewodnikami, tak jak dwie dziewczyny towarzyszące nam w wyprawie na  szczyt Pinnacle.

 

Herbata i raflezja

Dojechaliśmy do miejscowości Poring na obrzeżach  kolejnego parku narodowego Mount Kanibalu w stanie Sabbah. Ponieważ Jadwiga jest nadal podziębiona , rezygnujemy ze zdobywania słynnego szczytu – najwyższego na Borneo. Zostajemy na parodniowy odpoczynek w małym hoteliku,  który wybraliśmy , rezygnując z  noclegu po 1000 ryngitów za dobę w okolicznych „wypasionych” bungalows . Na widok białego turysty  z Europy ceny skaczą  8-10-krotnie. Za nasz schludny pokój zapłaciliśmy tylko 70 ringitow.

Nie jesteśmy w stanie leniuchować i  pławić się dłużej w gorących źródłach, które zresztą zostały  tu zbyt mocno skomercjalizowane (małe  baseniki, a w nich tłok, czasem trzeba czekać w kolejce).W okolicy jest tyle  ciekawych miejsc do zwiedzania.

 

Poring 039

Herbaciane wzgórza w okolicach Poring

 

Już dawna marzyliśmy o wyprawie na plantację herbaty,  ale jakoś  nigdy nie udawało się nam tego urzeczywistnić w innych  azjatyckich  krajach . Tymczasem  zaledwie kilkanaście km od Poring  znajdujemy  plantację herbaty, przepięknie położoną na górskich zboczach .

Malownicza droga z  masywem Mount Kinabalu w tle zajęła nam wynajętą taksówką niespełna godzinę. Siedzimy sobie na  tarasie  i delektujemy się  filiżanką tutejszej świeżo zerwanej herbaty. Przed nami  jakże romantyczna panorama  herbacianych wzgórz. Potem snujemy się bez pośpiechu  wśród  krzewów naszego ulubionego życiodajnego napoju, tak mocno związanego z naszym codziennym życiem w kraju. Pracownik muzeum pokazuje nam cały proces fermentacji  herbacianych liści  w tutejszej fabryczce. W sklepiku kupujemy na prezenty kilka paczek herbaty –  bardzo aromatycznej , pachnącej świeżością , i zdrowej, bo uprawianej  bez stosowania pestycydów.

 

Poring 053

W naszej okolicy zakwitły raflezje – słynne borneańskie stokrotki

 

Wracając z plantacji dowiadujemy się  od naszego szofera , że  w okolicy zakwitła raflezja – słynna borneańska stokrotka – największy kwiat na świecie o średnicy od 0,5 do 1 m. Jest to bardzo rzadka roślina i w dodatku wymierająca, bo nie daje się nigdzie udomowić. Rośnie głównie na Borneo. Gdy zakwitnie, to zaledwie na parę dni. Składa się tylko z potężnego czerwonego kwiatu – wyrasta jako pasożyt bezpośrednio na gałęziach innych drzew. No to kolejna miła niespodzianka w ciągu zaledwie jednego dnia pobytu na Borneo u stóp Mount Kinabalu!

 

Kierunek   Sandakan,

Autobus  z Ranau do Sandakanu pokonuje łagodne tereny górskie (ponad 250 km) porośnięte niegdyś gęsta dżunglą. Dziś wokół szosy po obydwu stronach widać równiutkie rzędy palm olejowych, które wyparły tropikalny las zaledwie w ciągu ostatnich 20 lat

Jedziemy wzdłuż  słynnego z czasów II wojny światowej szlaku  tzw. Marszów Śmierci . Ponad 2000 więźniów – głównie Australijczyków i Anglików –  wziętych do niewoli przez wojska japońskie  wędrowało  w roku 1945  tym samym szlakiem – tyle że w odwrotnym kierunku ,  pod eskortą japońskich siepaczy. Prawie wszyscy padli po drodze z wycieńczenia  lub głodu, do celu w Ranau  dotarło zaledwie 7  żołnierzy australijskich.  Tutejsze ziemie kryją wiele mrocznych wojennych historii z czasów II wojny światowej.

 

Sandakan 089

Wioski na palach niedaleko Sandakanu

 

Sandakan to dawna stolica kolonialna Borneo. Miasto znajduje sie pod wyraźnym wpływem tutejszej kolonii chińskiej i ma swoisty dalekowschodni klimat. Architektura miasta nosi wyraźnie piętno chińskie – żyje tu nadal spore skupisko Chińczyków. Kontrastem dla orientalnej  architektury jest  pięknie położony w parku na wzgórzu biały drewniany dom amerykańskiej pisarki Agnes Keith, z  rozległym widokiem na zatokę  i Morze Sulu . Pisarka spędziła tu  prawie  20 lat –  przed  i po II wojnie światowej, rozsławiając uroki życia kolonialnego na Borneo. Keith jest  autorką  nie tłumaczonych   jeszcze na polski  powieści takich jak „Land Below the Wind „ czy „White Man Returns”.

 

Sandakan 001

Rezydencja angielskiej pisarki Agnes Keith została przekształcona w muzeum

 

Sepilok  – przedszkole dla orangutanów

Ale do  Sandakanu przyjeżdża się głównie nie dla orientalnych uroków tego miasta, ale po to, aby odwiedzić pobliski , najsłynniejszy na Borneo  rezerwat , gdzie  są ratowane  i   przywracane do ponownego życia w dżungli młode orangutany. Dwa razy dziennie odbywa się  tam pokaz dokarmiania zwierząt  już wypuszczonych na wolność w parku, te bowiem przez pewien okres  nie  są w stanie same zdobyć  wystarczającej ilości  jedzenia i   chętnie  powracają  do  swoich „wychowawców” , aby  dokarmić się  bananami i innymi roślinnymi przysmakami. Smakołyki  wystawiane są na  specjalnej platformie  zbudowanej na drzewie , gdzie dyżurują też   pracownicy parku.

 

Sandakan 029

W taki sposób uratowane orangutany przychodzą z lasu na śniadanie

 

Najpierw wyrąbuje się tysiące ha lasów deszczowych pod palmy olejowe , a potem tworzy rezerwaty i parki, aby   pokazać światu, jak to Malezja dba dzielnie o środowisko. Orangutany stały się  symboliczną ofiarą rosnącej liczby plantacji olejowych –  na całym Borneo żyje ich jeszcze na wolności około 20 tysięcy. Orangutanki  stają się sierotami, ponieważ ich matki są zabijane przez  ekipy wycinające drzewa w dżungli. Przeżywają  tylko dlatego, że  łatwo nadają się na sprzedaż   jako żywe maskotki. Potrzebują opieki  matek aż do 7 roku życia, więc w rezerwatach  stwarza im się  odpowiednie warunki, mają np. przydzielane indywidualne opiekunki rekrutowane spośród  zatrudnianych w rezerwacie malajskich dziewcząt.

Sandakan 044

Ten osobnik przyczaił się w gęstwinie

 

Fabryka żółwików

Siedzimy na pniu powalonej palmy kokosowej – w oddali majaczą zarysy wysepek, które należą już do Filipin. Spokojne popołudnie na  prawie bezludnej plaży – zażywa kąpieli  tylko kilkoro turystów, którzy dostali się tu dzisiaj  łodzią razem z nami. Nagle kilka metrów od nas ktoś krzyczy: Que spectaculo! Que spectaculo!  To jedna z Włoszek   narobiła takiego rabanu. Obok niej z piasku wychylił się  łepek żółwia, a wkrótce  potem wygramoliło się   maleństwo, które instynktownie poturlało  w kierunku morza. Tak oto staliśmy się świadkami narodzin  żółwika –  wykluł się z jaja, które  przez ponad 2  miesiącami  złożyła i zakopała w tym miejscu  żółwica. Ale o ironio losu, staliśmy się świadkami,  jak natura wymknęła się spod kontroli  strażników  parku narodowego na wyspie Selingaan, którą odwiedzaliśmy.

 

008

Tak wygląda „przemysłowa” wylęgarnia żółwików

 

Jak funkcjonuje  tu  w pełni kontrolowana „wylęgarnia” żółwików – mieliśmy się przekonać dopiero w nocy. Zgodnie z programem naszej eskapady, najpierw  podglądaliśmy żółwicę  – przybyłą  o północy prosto z oceanu – w celu złożenia   kilkudziesięciu jajek  do  wykopanej przez siebie głębokiej dziury w  nabrzeżnym piasku. Gad nie zdążył jednak  zasypać piaskiem tych jaj,  strażnik parku zebrał  je  do wiadra  i przeniósł  do zakopania w specjalnym inkubatorze pośrodku wyspy. W tym samym czasie  na paru stanowiskach inkubatora urodziło się kilkadziesiąt żółwików, jak zawsze kolejnej nocy  specjalnie na pokaz dla nas.  Wkrótce potem razem ze strażnikami  udaliśmy się na drugi koniec plaży, aby  przy świetle latarek wpuścić ich do  morza.  Przeżyje ich w morskich wodach zaledwie kilka procent  – większość stanie się smakowitym żerem dla morskich drapieżników. Te nieliczne, które przetrwają  i dorosną , przypłyną znowu za kilkanaście lat na tę samą plażę, na której się urodziły, aby znieść jaja.

 

018

 

038

Ten żółwik wykluł się z jajka na naszej plaży

 

Plaża wokół wyspy jest podzielona na kilka sektorów – w każdym z nich czuwają  na zmiany strażnicy, którzy  przechwytują jaja, zakopują je w inkubatorze, a  te które akurat się urodziły, wypuszczają do morza. Znajdujemy się chyba bardziej w  manufakturze  do rozmnażania żółwi niż w  parku  narodowym. Ale trzeba przyznać, że dzięki takiemu kontrowersyjnemu sposobowi ochrony gadów, udaje się ratować ich setki  przed zagładą.  Jaja żółwie składane na  malezyjskim wybrzeżu – poza terenem parków –  są mimo zakazów wykradane przez tubylców. Lokalna prasa alarmuje, że  Malezyjczycy zjadają rocznie paręset tysięcy żółwich jaj i że ta liczba wcale nie maleje.

 

Semporna  – festiwal na wodzie

Tu w Semporna śpimy w hotelu na palach, wzorowanym na starych domostwach  morskich nomadów – Bajau. Mieliśmy szczęście trafić dzisiaj na Regatta Lepa – regaty starych łodzi, które odbywają się tu co roku od kilkunastu  już lat  i które  ściągają do miasta  rzesze turystów z całego wschodniego wybrzeża Borneo. Lepa znaczy w języku Bajau łódź. Była oczywiście wielka fiesta, trybuna honorowa, jury no i  bajecznie kolorowa parada łodzi specjalnie przystrojonych na taką okazję, prezentowanych przez delegatów z poszczególnych wysepek.

 

Semporna 077

W paradzie Cyganów Morza uczestniczy kilkadziesiąt wspaniale udekorowanych łodzi

 

Podobne festiwale organizowane są w celu upamiętnienia tradycji Bajau – budowy drewnianych wspaniałych łodzi, na których żyją na przybrzeżnych wodach i utrzymują się z  rybołówstwa całe rodziny. Dlatego nazywają ich  Cyganami morza. W konkursie startuje kilkadziesiąt bajecznie udekorowanych łodzi. Paradują przed dostojnym jury, które najwyżej punktuje za dekoracje, żagle,  za stroje załogi , muzykę etniczną oraz za taniec wykonywany w jej rytmie przez  urodziwe członkinie plemienia. Tuż przed rozpoczęciem pokazu wiatr spłatał figla i skierował w kierunku trybuny honorowej ławicę pływających po zatoce śmieci. Ale na polecenie włodarzy miasta kilka łodzi  wyruszyło natychmiast z odsieczą i  przy pomocy specjalnych saków udało się szybko i sprawnie opanować sytuację. Jury mogło kontynuować swoja pracę.

 

Semporna 042

Urodziwe tancerki pląsające na łodziach  Bajau  chętnie pozują do zdjęcia

 

Mabul – ginące cuda natury

Jedziemy łodzią na małą wyspę Mabul bezpośrednio w pobliże słynnych raf  koralowych na Sipadanie. W jednym z ośrodków nurkowych prowadzonych przez Anglików wynajęliśmy  domek z balkonem i  wybiegiem na plażę. Teraz mamy nadzieje trochę poleniuchować. Ostatni tydzień chcemy spędzić już tylko nad morzem,  nacieszyć się snorkellingiem i  „zapolować” pod wodą na żółwie.

 

tata2 024

Maleńka wyspa jest przeludniona – jedna z paru wiosek obok naszego pensjonatu

 

Kilka lat temu słynna wyspa Sipadan  nie mogła się opędzić od  amatorów nurkowania i snorkellingu. Władze – zresztą pod naciskiem ekologów –  zorientowały się, że trzeba zapobiec dalszej dewastacji wspaniałych okolicznych raf koralowych   i zlikwidowały wszystkie ośrodki nurkowe na wyspie. Pozostał tylko posterunek wojskowy. To tutaj w 2000 roku  muzułmańscy terroryści porwali  grupę 21 turystów i pracowników hotelowych, wywożąc ich jako zakładników  na jedną z wysepek w  południowych Filipinach. Uwolniono ich dopiero po kilku miesiącach, gdy  w pułkownik Kadafi przekazał słony okup. Wojsko czuwa  na Sipadanie do dzisiaj, bo porwania turystów zdarzały się i potem.

 

tata2 096

Ten rybak będzie polował na „morskie skarby” w czasie odpływu

 

Mabul jest najbliżej położoną wyspą – Sipadan widać stąd gołym okiem. To Mabul przejął teraz rolę Sipadanu   i stąd wyruszają łodzie na  rafy wokół Sipadanu. Liczba zezwoleń jest jednak ograniczona do 150 dziennie i  dlatego należy rezerwować je z  wielodniowym wyprzedzeniem. Nam niestety  nie udało się  załatwić wcześniej  biletów i   musieliśmy się zadowolić podwodnym światem  Mabulu, który  jest zresztą   bardzo interesujący  i nadal  – o dziwo – w niewielkim stopniu zniszczony.

Wyspa jest malutka –  jakieś półtora km wzdłuż i wszerz. Ponad połowę obszaru zajmuje  teraz kilka ośrodków nurkowych, a  na reszcie tłoczy się wioska rybacka licząca ponad 1000 mieszkańców.

 

tata2 113

Podczas odpływu morskie dno odsłania swoje bogactwo

 

Muzeum zamiast  plantacji kakao

Zamarzyło nam się zwiedzić  plantację drzew kakaowych. W przewodnikach miasto Tawau   figuruje jako  borneańska stolica kakao. Niestety, aby udać się do jednej z ostatnich  okolicznych  plantacji, należy z wyprzedzeniem  kilku dni złożyć zamówienie grupowe  przynajmniej od kilkunastu osób. Dopiero wówczas  właścicielowi plantacji opłaci się przygotować  domki  do noclegu oraz  zorganizować  huczną imprezę z kakałem w roli głównej. Niestety, nie byliśmy przedstawicielami  dużej firmy planującej  organizowanie . wyjazdu integracyjnego  dla swoich pracowników. Przypadkową dwójkę  turystów  odprawiono więc  z kwitkiem, proponując w zamian  namiastkę czyli wizytę w  muzeum na terenie przetwórni ziarna kakaowego.

 

 

Dojrzewające owoce kakaowca

 

Spotkało nas spore  rozczarowanie – fabryka była akurat w remoncie i nie zobaczyliśmy procesu powstawania kakao. Wysłuchaliśmy  za to ciekawej historii ziarna kakaowego (pochodzi z Ameryki Łacińskiej), spróbowaliśmy paru kakaowych specyfików , o jakich nie mieliśmy nawet pojęcia (np. czekoladowe kulki z ryżem i inne mikstury) , a także  zaopatrzyliśmy się na drogę w prezenty. Fabryka nie sprawiała wrażenia obiektu dynamicznie rozwijającego się, przestarzałe maszyny zdradzały czas zastoju. Pewnie za parę lat lokalna plantacja kakaowca przegra wyścig z  palmami olejowymi, a jej chiński właściciel zbankrutuje lub przestawi się na bardziej intratny biznes.

 

Tawau 007

Po Muzeum Kakao oprowadzają nas dziewczyny przebrane w historyczne holenderskie stroje.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.