Jeżeli zamierzacie spędzić najbliższy urlop na plażach Costa Brava na północy Hiszpanii, koniecznie zabierzcie z sobą reportaż Normana Lewisa. Dowiecie się z niego, jak wyglądało tam życie przed wybuchem wielkiego boomu turystycznego. Autor zdążył jeszcze niemal w ostatnim momencie zobaczyć to, co już na dobre zniknęło z krajobrazu Hiszpanii.
Wisława Szymborska napisała piekny wiersz o tarsjuszu, który nie jest potrzebny człowiekowi do niczego i który uspokaja sumienia. Załuję, że nie znałem tego wiersza przed podróżą na Filipiny i na północ Indonezji.
Dwie godziny jazdy szybkim promem z Gwadelupy i przedostajemy się do zupełnie innego świata. Tu czuć w pełni duszę Karaibów. Tu nie odczuwamy już tego rozdwojenia jaźni – Europa zachodnia versus kolonia francuska.
Marzyliśmy o słońcu, a tu taki pech. Prawie przez cały tydzień leje deszcz. Na szczęście dzięki Magdzie nuda nam nie grozi. W ciągu dnia będziemy zwiedzać zabytki, uzbroiwszy się w razie potrzeby w płaszcze i parasole. Wieczorami zaś mamy przyglądać się alternatywnemu życiu kulturalnemu w historycznym centrum Sewilli. Byliśmy w Sewilli parę razy, ale zawsze brakowało czasu na zwiedzenie wszystkich ciekawych miejsc, zwłaszcza w dzielnicy Macarena, gdzie Magda mieszka. Teraz będzie okazja, aby to wszystko nadrobić.
Wychodzę na spacer wzdłuż nadmorskiej promenady, jestem w samym środku jeszcze sennej wioski, wśród niskich domów niemal przylepionych do skalistej czarnej plaży. Wszystkie budynki są pomalowane na biało, w większości parterowe i z płaskim dachami, z niebieskimi lub zielonymi drzwiami i oknami, przy kilku domach stoją zacumowane łódki rybackie – ślady tradycyjnej przeszłości. Wioska jest położona na pochyłym ciemnoszarym zboczu Los Ayaches – górzystego parku przyrodniczego. Ten kontrast bieli zabudowań i czerni od strony morza oraz brązu górzystego zbocza musi każdego urzekać o słonecznym poranku.
Tak, jesteśmy na Lanzarote, gdzie Cezar Manrique kilkadziesiąt lat temu zaczął realizować swoją utopię. Miał wielkie marzenie, aby przekształcić całą wyspę w unikatowe dzieło sztuki zgodnie ze swoją wizją estetyczną. Czy mu się to udało?
Przyjeżdżając na początku maja do Bari nie podejrzewaliśmy w najśmielszych snach, że trafimy na obchody świętego Mikołaja. Dla miasta ten święty jest nadzwyczajny i zasługuje aż na dwie celebracje w ciągu roku. Od wieków czuwał nad miastem jako patron żeglarzy i kupców związanych z morzem.
John Keahey jest dziennikarzem amerykańskim, który napisał kilka książek o Włoszech, m.in. o Wenecji i Sycylii. Gdy przygotowywałem się do podróży po Toskanii, odkryłem, że sposób podróżowania Keaheya jest bardzo zbliżony do mojego. Do lektury zachęca już motto książki: „Jeżeli kiedykolwiek staniesz na rozstaju toskańskich dróg, rzuć monetą i niech los zdecyduje, którym szlakiem podążać. I trzymaj się z dala od autostrad!
Zaletą podróżowania autem po Toskanii jest to, że można pozwolić sobie na sporo spontaniczności. Nie zaprzątamy sobie głowy drobiazgowym planowaniem podróży. Wyznaczamy tylko miejsce docelowe – Monte Amiata. Nawet noclegi zamawiamy na miejscu, niemal w ostatniej chwili. Ponieważ korzystamy głównie z gościny gospodarstw agroturystycznych z dala od dużych miast, niemal na wyciągnięcie ręki mamy toskańskie krajobrazy, poznajemy ciekawych ludzi. Bo w Toskanii nawet mniej znane zakątki skrywają swoje tajemnice i pasjonujące historie.
Przyjechać do Sieny bez wcześniejszego przeczytania słynnego eseju Zbigniewa Herberta o tym mieście, to byłby duży nietakt. W „Ogrodzie barbarzyńców” znajdujemy właśnie barwny opis „flanowania” po mieście, czyli sposobu zwiedzania, praktykowanego przez tego pisarza. My też postanowiliśmy pójść w ślady Herberta, odkładając na bok rekomendacje przewodników.
Parę lat temu wpadła mi w ręce pocztówka z intrygującą panoramą pewnego włoskiego średniowiecznego miasteczka na wzgórzu. Oglądany na zdjęciu las wieżowców nie dawał mi odtąd spokoju. A gdy przeczytałem potem, iż zaglądały tutaj największe tuzy naszej literatury XX wieku (Iwaszkiewicz, Herbert, Miłosz), już wiedziałem, gdzie rozpocząć samochodową wyprawę po Toskanii.
Choć łączy je biały kolor ścian, każde pueblo jest inne i wyróżnia się niepowtarzalną urodą. Usadowiły się u stóp gór lub na przełęczach, a ich mury przechowują pamięć z czasów średniowiecza. Odbyliśmy sentymentalną podróż po krainie „pueblos blancos” w Andaluzji, zaglądając do niektórych białych miasteczek i wiosek, niekoniecznie tych najsłynniejszych, a także podążając śladami „bandoleros” […]
Drakulę wykreśliliśmy całkowicie z agendy naszej podróży po Siedmiogrodzie. Legenda o słynnym wampirze – nadymana jak balon przez rumuńską propagandę turystyczną, w dodatku naciągana wbrew faktom z historii, nie będzie nas w ogóle zajmować. Zostawiamy ją nienasyconym miłośnikom horrorów. Ten region ma coś cenniejszego do zaoferowania niż fantazje drugorzędnego pisarza angielskiego z XIX wieku, który […]
Tę podróż do Rumunii odkładaliśmy już parokrotnie. Tym razem, gdy tylko zakończyły się rygory związane z pandemią, niemal natychmiast – jak uwolnione z klatek ptaki – wyruszyliśmy w drogę, by wreszcie zaczerpnąć świeżego powietrza, przełamać pandemiczny marazm gdzieś w pięknym miejscu, w otoczeniu majowej aury. Wsiedliśmy do auta i popędziliśmy w kierunku Rumunii, zatrzymując się […]
© 2026 Blog Janusza Zaręby. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Strona wspierana motywem Motyw Franz Josef i Wordpress.