Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

Flamingi nie boją się reżimów. Notatki z Kuby (2) – styczeń 2019

Amerykańskim flamingom – ptakom poruszającym się swobodnie po całych Karaibach –  rewolucja na Kubie nigdy nie przeszkadzała. Przylatywały jak zawsze co roku  na bagna Zapata, wyłącznie w misji pokojowej i bez jakichkolwiek wrogich zamiarów – interesują ich zawsze tylko tutejsze bogate żerowiska.

 

Dlaczego flamingi są różowe?

Bagna  Zapata leżą na olbrzymim półwyspie, którego kształt przypomina but, stąd nazwa. Ten raj dla  ptaków wodnych miał szczęście do Fidela Castro, który lubił przyrodę. Właśnie za jego rządów  utworzono tu Park Narodowy Cienaga de Zapata, który pod względem powierzchni należy dziś do największych obszarów chronionych na Karaibach.

 

 

Spośród kilku tras dla turystów wybraliśmy tę o nazwie  Laguna de las Salinas. Jest to długa, prawie 20-kilometrowa grobla, na której mieliśmy fantastyczne warunki do obserwacji. Przyjechaliśmy tu  z przewodniczką i  z jej pomocą przeżywaliśmy  nasza przygodę ornitologiczną, uzbrojeni w  lornetkę i kamery fotograficzne. Zatrzymywaliśmy się co paręset metrów i  wpatrywaliśmy się jak urzeczeni w stada  flamingów, pelikanów, czapli, bocianów i wielu innych gatunków, o których istnieniu nigdy nawet nie słyszeliśmy. Jak np. pilik czerwonodzioby – el tocororo – ptak o barwach flagi kubańskiej  – czy  koliberek hawański, podobno najmniejszy ptak na świecie.

 

Koliberek hawański

Czapla czarna

 

A jednak różowe flamingi przebijały wszystkie pozostałe ptaki swoja urodą i   dumną dystyngowaną sylwetką. W zimowe miesiące przylatuje ich tutaj na żer ponad 10 tysięcy  z całej Ameryki. Mają  na tutejszych bagnach w bród jedzenia, żywiąc się głównie skorupiakami , planktonem i innymi smakołykami. Wyjaśniliśmy wreszcie zagadkę, skąd bierze się  różowawe ubarwienie flamingów. To od koloru pigmentu dominującego w ich pożywieniu. Gdyby w przypadku gatunku ludzkiego działała taka sama biologiczna zasada, pewnie  „biała rasa” wyglądałaby bardzo ciekawie. Widziałem już flamingi w innych krajach, ale pierwszy raz podziwiałem  je tak z bliska , są chyba najpiękniejszymi ptakami na świecie. Nazwa tych ptaków wywodzi się najprawdopodobniej od łacińskiego słowa „flamma”, oznaczającego płomień.

Ponieważ  nie udało nam się wypatrzyć na lagunie innych obiecanych atrakcji  parku, jak np. krokodyli, nadrobiliśmy tę „stratę” kilkanaście km od  Playa Larga, w  państwowym ośrodku reprodukcyjnym Criadero de Cocodrillos.  Ma on za zadanie ratować rzadki kubański gatunek krokodyli przed wyginięciem. Gady rozmnażają się tutaj  w dziesiątkach specjalnie przygotowanych boksów, niczym w systemie taśmy produkcyjnej. Tylko niewielka ich część trafia do rezerwatu, reszta jest przeznaczana do celów konsumpcyjnych. Wiadomo , są  problemy z podażą żywności. Przewodnik namawiał nas do skosztowania krokodylich befsztyków, ale stanowczo odmówiliśmy.

 

„Fabryka” krokodyli  – Criadero de Cocodrillos

 

Komedia pomyłek w Zatoce Świń

Bagna Zapata są  słynne na Kubie  nie tylko z powodu tutejszych osobliwości przyrodniczych,   odegrały też  ważną, choć niemą rolę w historii rewolucji. To tutaj w roku 1962 – w pobliskiej Zatoce Świń  „ugrzązł„  desant  około  1400 żołnierzy pochodzenia kubańskiego, wysłany przez prezydenta Johna Kennedy’ego  w celu wzniecenia powstania i powstrzymania rewolucji Fidela Castro. Amerykanie ponieśli wtedy spektakularną klęskę militarną, jedyną tego rodzaju w historii Ameryki Łacińskiej, nazywaną też  czasem jako komedię pomyłek. Misterny plan inwazji wziął w łeb, ponieważ żołnierze z desantu nie otrzymali  odpowiednio silnego wsparcia lotniczego. Amerykanie  mieli też słabe rozeznanie wywiadowcze i nie przewidzieli, że Castro zdoła w ciągu paru dni  zebrać  armię ponad 20 tys. żołnierzy. Płonne okazały się nadzieje, że szybko wybuchnie zbrojne powstanie przeciw rewolucji. I wreszcie prezydent Kennedy wybrał fatalne miejscu desantu. Nie dość że w bagnach Zapata utonęła część sprzętu, to na dodatek okazały się one pułapką dla komandosów, ułatwiały bowiem okrążenie przez wojska Fidela Castro. W wyniku parodniowych walk zginęło ponad 100 żołnierzy amerykańskich, a reszta trafiła do  niewoli.

Swoje zwycięstwo przywódcy rewolucji  wykorzystali potem w partyjnej propagandzie do perfekcji. Che Guevara wysłał  np. do Kennedy’ego  list z podziękowaniem: „Dziękuję za Zatokę Świń. Przed inwazją rewolucja była słaba. Teraz jest silniejsza niż kiedykolwiek”. I była to brutalna prawda – społeczne poparcie dla rewolucji gwałtownie wzrosło. Wszystkie późniejsze niepowodzenia gospodarcze Kuba  zawsze usprawiedliwiała imperialną polityką USA. Fidel Castro wykreował się na wielkiego bohatera i światłego przywódcę, który jako jedyny w Ameryce Łacińskiej  pokonał USA. Inwazja spowodowała też, że Kuba  zacieśniła militarną współpracę z ZSRR.

 

Plaże jeszcze czyste

Plaże wzdłuż Zatoki Świń okazały się nader czyste. Nawet w miasteczku La Playa Larga, gdzie dominują brzydkie nowobogackie wille  postawione  nad samym morzem, widzieliśmy  jak porankiem właściciele sami  oczyszczają  brzeg morza z odpadków pozostawionych przez turystów. Na Kubie nie ma prawie żadnego dużego przemysłu, nie ma sieci supermarketów, a więc i śmieci niewiele się tu wytwarza. Jakże kontrastuje to z zanieczyszczonymi brzegami mórz  w innych krajach latynoskich czy azjatyckich. Ale niestety pojawiają się już  jaskółki niedobrych zwyczajów konsumpcyjnych. W niektórych nadmorskich restauracjach podawano nam jedzenie na plastikowych talerzach, z plastikowymi sztućcami, a potem takie same  znajdowaliśmy  w piasku  na plaży.

Nieco większe rozczarowanie przyniosły nam natomiast szeroko reklamowane kubańskie rafy koralowe. Nie byliśmy w północnej części Kuby, gdzie są podobno najlepiej zachowane rafy. Ale tu na południowym wybrzeżu Kuby odnosiliśmy  wrażenie, ze  podwodny świat jest już pogrążony w letargu i mocno  przetrzebiony.  Na lądzie znajdowaliśmy dowody na to, że  wapienne koralowe skamieliny z dna morza służyły jako materiały budowlane.

 

 

Najwięcej frajdy przyniosły nam godziny spędzone  na snorkellingu w znanej cenocie czyli tzw. studni  –  Cueva de los Peces. W tym naturalnym basenie ze słonawa wodą, połączonym podziemnym korytarzem z  morzem, można godzinami podglądać ławice kolorowych ryb. W niektórych miejscach  dno cenoty sięga aż 70 m. Dziwne, że wstęp jest bezpłatny, choć  utrzymanie tego pięknego miejsca musi sporo kosztować, jest toaleta, restauracja i  ławeczki do rozłożenia rzeczy. Kilka km dalej  w  Punta Perdiz  trafiliśmy na ładnie utrzymana plażę, na którą z kolei wstęp był płatny – 15 wymienialnych pesos od osoby. Ale w ramach tej ceny mogliśmy mieć leżaki z parasolem,  zjeść  obfity obiad typu szwedzki bufet oraz korzystać do woli z kubańskich drinków. Teren był ogrodzony i zadbany – do minusów można było zaliczyć kamienistą plażę. Woda w morzu była przezroczysta, ale rafy koralowe już sporo podniszczone.

 

 

Kto tu  rządzi?

Przy śniadaniu rozmowa z właścicielką naszego casa particular w Hawanie. O nowym prezydencie  Miguelu Diaz-Canelo, który rok temu zastąpił Raula Castro, brata Fidela i  reprezentuje już młodsza generację komunistów. Mówi, że gość jest ok., ale na razie  nie jest w stanie dużo zmienić. Bo Raul Castro nadal czuwa, wszystko nadzorując z tylnego fotela. Zachował  on sobie stanowisko przewodniczącego Rady Państwa oraz  nadal kieruje partią komunistyczną. Natomiast syn Raula  Alejandro  stoi na czele  Rady Bezpieczeństwa Narodowego. A więc sporo władzy znajduje się nadal w rękach jednej familii. Czyżby  zaczątek dynastii rodzinnej  na wzór  tej  panującej w Korei Północnej?

 

Bracia Castro na propagandowym plakacie

 

Codziennie  podczas  śniadań zerkaliśmy na poranny program polityczny w oficjalnej telewizji . Gadające głowy ostro dyskutowały nad  kolejnymi akapitami projektu nowej konstytucji, która zostanie poddana pod głosowanie w zbliżającym się referendum. Podobno tak szerokiej dyskusji  politycznej jeszcze w historii Kuby nie było. Oczywiście dyskusji pod partyjną kontrolą – bo bez dopuszczania do niej opozycji, jak pisze na swoim niezależnym internetowym blogu „Generacion Y” jedna z najbardziej znanych opozycjonistek Yoani Sanchez.

 

Co słychać w kubańskiej prasie?

Do dziennika Granma – oficjalnego organu Partii (odpowiednik naszej niegdysiejszej Trybuny Ludu) dołączono dyskutowany projekt  konstytucji z wszystkimi poprawkami. Kilka miesięcy temu w  tekście projektu nie było już dawnego zapisu o budowie społeczeństwa komunistycznego. Prasa światowo odnotowała ten fakt  jako dużą sensację  i zapowiedź daleko idącej liberalizacji. Teraz w najnowszym wydaniu dziennika Granma  hasło o budowie komunizmu pojawiło się po staremu. Widocznie  na Kubie  toczy się ostra walka  między liberałami a betonem. Tak zresztą jak i u nas w starych czasach. Wygląda  na to, że beton  trzyma się na Kubie nadal mocno. Dla właścicieli casas particulares najważniejsze są jednak akapity o  gwarancjach  własności prywatnej oraz  wsparciu rozwoju małych firm  rodzinnych. Zapewne odetchnęli z ulgą, bo te zapisy pozostały w projekcie niemal bez zmian. W tym zakresie osiągnięto już consensus społeczny.

 

Fot.Dominika Zaręba

 

Na czołówce kubańskich gazet znalazła się także kampania w obronie prezydenta Maduro w Wenezueli. Opozycja mianowała tam swojego prezydenta, który został natychmiast poparty przez USA. Podziałało to na władze Kuby jak płachta na byka. „Wenezuela nie jest sama. Imperialiści precz od Wenezueli!” to hasła w stylu uprawianym tutaj od dziesięcioleci.

Tak więc antyamerykanizm w kubańskiej propagandzie trwa nadal  mimo podpisanych umów z USA. Trzeba przyznać, że znakomitą pożywkę do tego dają różne dyplomatyczne wybryki  Donalda Trumpa, który tutaj jest często wyśmiewany.

 

Kuchenne rewolucje po kubańsku

Najbardziej będziemy pamiętać  kubańskie śniadania. Zachodziliśmy czasem w głowę, jakich starań dokonywali  właściciele naszych casas particulares, aby zapewnić nam rano świeży chleb lub bułki. Widywaliśmy bowiem często długie ogonki pod piekarniami, ponieważ  z dostawami zagranicznej mąki było ostatnio krucho. Zestaw śniadaniowy bywał może i monotonny ( kawa, jajka sadzone lub gotowane, plastry szynki i  żółtego sera, ciasto, owoce i soki), ale wszystko było niesłychanie świeże i  smaczne, bo pozbawione różnych chemicznych dodatków tak znanych nam z Europy. Najpyszniejsze były zawsze owoce i świeżo wyciskany sok z guajawy i  z ananasa. Owoce są już dostępne na wolnym rynku, pojawiły się na lokalnych targowiskach.

 

Podczas naszego pobytu odbywały się zbiory ananasów

 

Obiady i kolacje jadaliśmy już w restauracjach, które przeżywają na Kubie prawdziwy rozkwit i oferują coraz ciekawsze dania. Ale niestety większość nowo powstających lokali  próbuje przypodobać się zagranicznym upodobaniom turystów, proponując pizzę i hamburgery.

 

Jedna z ciekawszych restauracji w Trinidadzie w budynku dawnej bodegi

 

Miejmy nadzieję, że w miarę wzrostu konkurencji zaczną się pojawiać kubańskie propozycje kulinarne. Teraz w ramach odwilży  restauracje mogą mieć więcej niż jedno pomieszczenie dla gości, zatrudniać kelnerów i  mieć późniejsze godziny otwarcia. A przede wszystkim dzięki łatwemu dostępowi do takich niegdyś rarytasów jak np. bazylia, trawa cytrynowa i pietruszka zacznie się  powoli  zmieniać menu. Będzie w nim coś więcej niż grillowane kurczaki  czy   moros y cristianos, które to tradycyjne danie serwują dzisiaj niemal wszystkie restauracje. Jest to zazwyczaj  sypki ryż zmieszany z czarną fasolą. Jakże dowcipnie Kubańczycy nawiązują  do czasów kolonizacji hiszpańskiej.

 

Moros y cristianos na talerzu –  to dowcipna pamiątka po hiszpańskich kolonizatorach

 

 Łzy nostalgii w Key West

Siedzimy na murku przy słynnym bulwarze Malecon w Hawanie. Przejeżdża kawalkada starych kolorowych samochodów z odkrytymi dachami. Patrzymy w stronę burzliwego morza – fale rozpryskują się o mur. Ciekawe czy widać stąd wieczorem przy dobrej pogodzie światła Florydy (to tylko 140 km w linii prostej)? Świateł, których przez tyle lat wypatrywali Kubańczycy marzący o tym, aby jak  najszybciej wyzwolić się z   komunistycznego jarzma.

 

Widok z bulwaru Malecon na ruiny starej twierdzy El Morro

 

24 lata lata temu znajdowaliśmy się dokładnie po drugiej stronie Cieśniny Florydzkiej . W  Key West –  na samym krańcu Florydy, jedliśmy spóźniony obiad w jednej z restauracji  przy głównej promenadzie. Gdy tylko słońce zanurzyło się w wodach Cieśniny, zgromadzeni goście – głównie emigranci z Kuby –  zaczęli stukać się kieliszkami szampana, płynęły  łzy nostalgii. Nam też udzieliła się  panująca wówczas atmosfera, podnieśliśmy nasze kielichy na znak solidarności z Kubańczykami  przy sąsiednich stolikach.

Nie mieliśmy wtedy żadnego pojęcia, co się dzieje po drugiej strony Cieśniny, w dalekiej Hawanie. W połowie lat 90-ych stolica Kuby była właśnie miejscem głośnych zamieszek  i demonstracji , które zostały błyskawicznie i brutalnie stłumione. W roku 1994 spacerowicze po bulwarze Malecon – być może w tym miejscu, gdzie teraz stoimy –  byli  świadkami niezwykle śmiałej ucieczki kilkudziesięciu Kubańczyków, którzy uprowadzili jedną z barek. Wszystko  rozgrywało się na oczach przechodniów i także na ich oczach ucieczka została krwawo spacyfikowana. Takich prób ucieczek z różnych miejsc w okolicach Hawany było wtedy setki, niektóre z nich udane.

 

Kawalkada starych aut na Maleconie

 

Dzisiaj po śmierci Fidela Castro „żelazna kurtyna” została już uchylona, a dawniejsze restrykcje w podróżach od 2013 roku poluzowane.  Nostalgiczne spektakle z zachodem słońca w Key West  pewnie przeszły już do historii. A Hawana przestała być świadkiem bohaterskich ucieczek z Kuby na gumowych pontonach i kruchych łódkach.

Hawańska „puszcza kolumn”

Hawana budzi sprzeczne skojarzenia. Z jednej strony jej najstarsza część, Havana Vieja najbardziej oblegana przez turystów, w sporej mierze została już odrestaurowana i wypucowana. Budzi nieodparcie skojarzenia z architekturą jakże znaną nam z  Włoch , Paryża czy  Madrytu. Oglądamy więc kakofonię stylów architektonicznych przenoszonych żywcem z Europy. Niemal wszystkie dostojne budowle mają od frontu potężne kolumny, które do dzisiaj są osobliwym wyznacznikiem stylu hawańskiego. Alejo Carpentier nazwał nawet Hawanę „puszczą kolumn” („Przedtakty i wariacje”,WL, 1982).

 

Hawańskie kwiaciarki 

 

Kto chce smakować bardziej autentyczną Hawanę, powinien skierować kroki do  Centro Hawana – dzielnicy sąsiadującej ze starym miastem. Tam właśnie zamieszkaliśmy, kilkaset metrów od bulwaru Melacon i nie żałujemy tej decyzji.

 

Jedna z ulic w Centro Hawana

 

Na pierwszy rzut oka to mocno zaniedbana Hawana, z mnóstwem zrujnowanych kamienic. I pełna wąskich ulic, które wydają się szare, przytłaczające i  bez dostępu do światła. Ale tu właśnie odnaleźliśmy  swoisty urok Hawany. Na tych wąskich ulicach toczy się bardzo intensywne życie, często do późnych godzin nocnych – tu gra się w domino, prowadzi ożywione dyskusje, plotkuje, a młodzież także gra w piłkę, nie przejmując się przejeżdżającymi pojazdami. Do tej atmosfery należy także poranne pianie kogutów, które nawet w centrum Hawany budziły nas ze snu.

 

Namiętni gracze w domino na kubańskiej ulicy

 

Jak rewolucja przeprosiła się z muzyką?

W Hawanie występy ulicznych i  restauracyjnych grajków stają się coraz bardziej skomercjalizowane i  pod publiczkę. Dlatego wybraliśmy  się na  koncert do El Tablao ( scena przy słynnym Gran Teatro de la Habana), aby przeżyć bardziej autentyczną koncertową atmosferę,a  przy okazji potańczyć. Akurat trafiliśmy na znakomity koncert kubańskiego zespołu flamenco Alejandro Valdez & Palo de Agua. Skąd tutaj flamenco, zapytaliśmy Dominikę, wielbicielkę tego tańca. Oczywiście  przywędrowało  do Nowego Świata razem z Hiszpanami, aby w XX wieku wrócić z powrotem na Półwysep Iberyjski, tym razem już z wieloma egzotycznymi elementami, głównie kubańskimi. Przykładowo rumba czy tangos –   style flamenco z dodatkiem latynoskiej duszy – są zwykle weselsze niż znane nam z Hiszpanii.  Na scenie w El Tablao tancerze flamenco też zachowywali się  bardziej swobodnie niż nakazywałyby to  sztywne reguły tego tańca.

 

Na scenie El Tablao podziwialiśmy też ognistą rumbę

 

Przez bardzo długi okres, bo aż do początku lat 90-ych oryginalna muzyka kubańska  i jej twórcy nie cieszyli się szczególnymi  względami przywódców rewolucji. Komunistycznej władzy nie podobała się bowiem muzyczna tradycja (son, danzon , rumba i bolero) przeżywająca  szczególny rozkwit w latach 40. i 50-ych. Hawana była wtedy pełna kabaretów i klubów muzycznych. Zostały one szybko  zlikwidowane i  zakazane,  partii kojarzyły się zbyt mocno z kapitalistycznym rozpasaniem i hedonizmem. Zresztą zarówno Castro jak i Che Guevara nie przepadali nigdy za  muzyką, no chyba że chodziło o pieśni rewolucyjne i  antyamerykańskie.

Dopiero wraz z otwarciem się Kuby na turystykę zagraniczną  reżim musiał przeprosić się z dotychczasowym podejściem. Odkrył, że muzyka kubańska może jednak przyciągać dewizowych turystów i dlatego m.in. był możliwy renesans tradycyjnej  muzyki znanej z filmu Wima Wendersa pt. Buena Vista Social Club.

 

 

Coraz mniej oldtimerów

Trudno byłoby być na Kubie i  nie przejechać się tymi kultowymi starymi autami. Mieliśmy z nimi dwojakiego rodzaju doświadczenia, wynajmując taxi z i na lotnisko. W Varadero przyjechały po nas dwie potężne taksówki pamiętające lata 50-e., żółty szewrolet i  czarna limuzyna podobna do rządowej wołgi.  Dzieci aż piszczały z radości – tak wielka to była dla nich atrakcja. Nie zaliczamy się do fanów starych samochodów, więc od razu po wejściu do auta  poczuliśmy upiory komunistycznej przeszłości: w środku zamiast siedzeń były potężne twarde, niewygodne kanapy, a  spod dziurawej maski silnika wydobywał się  swąd benzyny kiepskiej  jakości. Słyszeliśmy jak  ciężko dyszał kilkudziesięcioletni silnik. Wysiedliśmy z auta z poczuciem dużej ulgi.

Wracając z Hawany na lotnisko Varadero mieliśmy już zupełnie inne doznania. Stary niebieski Ford z lat 40-ych był już wyposażony we współczesne wygodne fotele, a pod maską pracował nowy silnik firmy Hyundai. Samochód został  niemal całkowicie odremontowany przez kubańskie „złote rączki”, wyspecjalizowane jak nigdzie w świecie w utrzymywaniu sprawności  takich zabytków.

 

 

Starych amerykańskich samochodów – w rozmaitym stanie technicznym –  porusza się po kubańskich drogach i ulicach  jeszcze kilkadziesiąt tysięcy. Jest to „pamiątka” po  znienawidzonych  kapitalistach, którzy porzucili swoje mienie, gdy  wybuchła rewolucja. Jeżeli przetrwały do dzisiaj, to nie tyle z miłości do aut co z pragmatycznej konieczności. Kuba Fidela  Castro nie produkowała samochodów, nie stać jej było też na import.

Zapytałem się taksówkarza, ile kosztuje jego czerwony, mocno już podniszczony szewrolet z lat 50-ych. Usłyszałem, że około 25 tys.  wymienialnych pesos. Gdyby był w dobrym stanie tj. z nowym silnikiem mógłby kosztować nawet i 50 tys.  Amerykanie wykazują  podobno bardzo silne zainteresowanie kupnem zabytkowych egzemplarzy. Ale to są tylko płonne nadzieje,  ponieważ rząd kubański wprowadził zakaz ich sprzedaży za granicę. Można oczywiście kupić takie auto na wolnym rynku, ale bez możliwości wywozu z Kuby.

Ale stare samochody  –  ikona dzisiejszej Kuby –   będą  pomału znikać z tutejszego krajobrazu. Będziemy oglądać na kubańskich drogach coraz mniej krajzlerów, kadilaków,  fordów i innych historycznych marek. I niestety coraz więcej będzie przybywać znanych współczesnych aut, co  już widać w Hawanie. Rząd kubański wprowadził ostatnio  bardziej rygorystyczne przepisy techniczne dla starych aut, słusznie przewidując, że będą one  sprawiać coraz większe zagrożenie na drogach. Jakże trudno wyobrazić sobie Kubę np. za 10 lat bez tych kolorowych oldtimerów, które przydawały uroku nawet najbardziej dziurawym drogom.

 

Dzieci chciały się fotografować niemal przy każdym spotkanym po drodze starym  samochodzie

1 komentarz

    • KasiaC, 4 listopada 2019, 08:53

    Odpowiedz

    Ciekawa strona. Z niecierpliwoscia czekam na nastepny post. lampy solarne latarnie http://solumen.pl uliczne lampy solarne led

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.