Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

O rybakach gadających białym wierszem. Norman Lewis, Głosy starego morza

Norman Lewis, Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015

 

Jeżeli zamierzacie spędzić najbliższy urlop na plażach Costa Brava na północy Hiszpanii, koniecznie zabierzcie z sobą reportaż Normana Lewisa. Dowiecie się z niego, jak wyglądało tam życie przed wybuchem wielkiego boomu turystycznego. Autor zdążył jeszcze niemal w ostatnim momencie zobaczyć to, co  już na dobre zniknęło z krajobrazu Hiszpanii.

Norman Lewis  spędził pierwszych parę lat po II wojnie światowej  w jednej z katalońskich wiosek „zabitej dechami”, żyjącej wyłącznie z połowu ryb. Farol wydawała się egzystować  w jakimś anachronicznym rytmie od ponad 100 lat: „ przeszłość została tutaj zabalsamowana”.(…) Hiszpania (…) była wciąż rozpoznawalną ojczyzną Garcii Lorki … wciąż nostalgicznie zacofana, wciąż wspaniała.”

Norman Lewis był  tam nie tylko zwykłym obserwatorem, ale żył jako zatrudniony na pół etatu rybak. Dzięki temu poznał od podszewki wszystkie tajniki tego zawodu oraz zwyczajne codzienne życie lokalnej społeczności. Rybacy z Farol  korzystali  wówczas  z bardzo prymitywnych  narzędzi i byli zdani niemal całkowicie na kaprysy natury. Bieda i nuda wyzierały tu niemal z każdego kąta. Mieszkańcy wioski mieli  do dyspozycji mały, spróchniały kościół, sklep wielobranżowy oraz sklep rzeźniczy, do którego rzadko trafiały dostawy jadalnych ochłapów. Jedyną „rozrywkę” zapewniał  bar piwny z okazałą syreną (zakupioną niegdyś w Barcelonie na targu osobliwości), która przypominała bardziej połatane straszydło niż symbol kobiecej urody. Pod tą groteskową ozdobą  wieczorami siadywała starszyzna rybacka, która oddawała się niezwykłej pasji – opowiadała bowiem najświeższe wydarzenia wioski białym wierszem. Można tu było napić się cienkiego piwa lub wypić odgrzewany wielokrotnie wywar z fusów po kawie zaprawiony żołędziami.

W jednej z wiosek rybackich  w okolicy Cadaques zachowała się do dzisiaj stara rybacka łódź –  jedna z niewielu pamiątek po dawnej Hiszpanii opisywanej przez Normana Lewisa

 

Norman Lewis poznaje również życie sąsiedniej, utrzymującej się z rolnictwa, wioski Sort, z którą Farol  od wieków rywalizował. Sort nazywana jest też wioską psów – w odróżnieniu od wioski kotów, w której żył i pracował autor. W wiosce kotów zwierzęta te pełniły od wieków  bardzo pożyteczną rolę – uprzątały resztki ryb pozostałych po patroszeniu. Z kolei psy w pobliskiej wiosce Sort utrzymującej się z plantacji drzew korkowych,  miały za zadanie tropić zwierzynę w lesie i chronić w ten sposób drzewa przed niszczeniem.

Jak wspomina Norman Lewis, kiedy mieszkańcy obydwu wiosek szukali jakiejś porady w sprawach duchowych czy doczesnych, zwracali się wtedy nie do proboszcza, ale do curadero – okolicznego jasnowidza i  uzdrowiciela: Curadero rozstrzygał wszelkie lokalne spory, w przypadku rolników zwłaszcza dotyczące spadków. (…) a jeśli jego przybycie zbiegło się z początkiem sezonu połowu tuńczyka, to wypływał z rybakami na morze, „wyczuwał” ławice i wskazywał, gdzie zarzucić sieci.”

Okazuje się, że dawna Hiszpania, nawet w czasach generała Franco, kiedy przebywał autor, nie była wcale tak głęboko katolickim krajem, jak można było przypuszczać. Miejscowy proboszcz ubolewał  nad przejawami  pogaństwa w obydwu wioskach, nad wiarą w różne zabobony. Na niedzielne msze uczęszczali tylko sklepikarz, radny i policjant. Kruchość wiary parafian ksiądz  tłumaczył tym, że hordy inkwizycji zapuszczające się tutaj jeszcze 200 lat temu nie pozostawiły po sobie dobrego wrażenia. Ale on sam nie mógł  cieszyć się w wioskach zbyt dużym autorytetem, gdyż był bardziej pochłonięty swoja pasją –  wykopaliskami archeologicznymi w okolicy – niż sprawami duchowej natury.

Cadaques: kościół pod wezwaniem świętej Marii z XVII wieku góruje dumnie nad miasteczkiem

Życie wioski regulowały pradawne normy i zwyczaje, także w sferze poszukiwania kandydatek do małżeństw: ” Dniami wyznaczonymi na konkury były i nadal są wtorki, czwartki i soboty. Zalotnicy są przyjmowani od ósmej wieczorem i każdy może zostać najwyżej kwadrans. Zwyczajowo dzieje się to w obecności matki lub ciotki dziewczyny..” Czasem ciotki udawało się przekupić, ponieważ podatność na korupcję zdawała się być odwieczna w tych okolicach.

I nagle w tym niedorzecznym świecie, wydającym się z dzisiejszej perspektywy bardziej wytworem wyobraźni literackiej niż rzeczywistością, pojawiają się pierwsze jaskółki  zmian cywilizacyjnych. Zastygły od stuleci  świat wiosek katalońskich zaczyna się rozsypywać się niczym domek z kart  i to zaledwie  w ciągu kilku lat.

Pierwszym sygnałem był zakup gospody przez okolicznego spekulanta Mugi i  przekształcenie jej w tani hotel  „Brisas del Mar” z 14 pokojami dla letników oraz z werandą na potańcówki. Początkowo lokalna ludność z dużymi oporami przyjmowała większość ingerencji w jej życie. Niełatwo było Mudze znaleźć konsensus z  mieszkańcami. Nie życzyli sobie np. sadzenia nowych drzew ani żadnych ozdób, ławek i innych upiększeń przy bulwarze nadmorskim. Akceptowali jedynie niektóre pożyteczne projekty jak naprawa drogi. Zatrzymali nawet akcję wybijania szczurów. Jak tylko ktoś zachoruje, sami się ich pozbędziemy – mówili. Jakże trudno było np. pozbyć się Mudze osławionej syreny z baru, która przez miejscowych była traktowana niemal  jak ludzka istota i z wyglądu której rybacy wróżyli czasem pogodę. Gdy biznesmen Muga z dużym trudem załatwił codzienne połączenie autobusowe z najbliższym miastem (dotychczas funkcjonowało raz w tygodniu), okazało się, że zabrakło chętnych pasażerów. Bo miejscowi nie odczuwali takiej potrzeby, jeździli co najwyżej w nadzwyczajnych przypadkach np. do szpitala. „Mieszkańcy Farol byli przeświadczeni, że opuszczając wioskę natychmiast wystawiają się na działanie złych fluidów, których moc rośnie niemal z każdym kilometrem.” Natomiast po powrocie z każdej wyprawy do miasta brali na wszelki wypadek „ oczyszczającą kąpiel z dodatkiem naparu pewnych ziół…

Ale stopniowo, gdy  do wioski zaglądało coraz więcej turystów, na których można było w różny sposób zarabiać, dumni dotąd rybacy, początkowo gardzący tymi nowymi szansami (np. nie chcieli przyjmowali napiwków), zaczęli chować swoją  godność „do kieszeni”. Szli  w ślady Mugi, dobudowywali dodatkowe pokoje dla letników, a ich żony i córki nigdy wcześniej nie pracujące najmowały się do różnych zajęć związanych z kwitnącym biznesem turystycznym. Rybacy  zaczęli  pomału  rezygnować z zawodów, które uprawiali z dziada pradziada. Z rybołówstwa  było im coraz trudniej wyżyć „głównie z powodu tajemniczych zmian w morzu, które nakazywały rybom płynąć w inną stronę”. Także w sąsiedniej wiosce Sort pojawiły się już pierwsze oznaki zbliżających  się  nieszczęść – korkowe drzewa zaczęły zapadać na tajemnicze choroby.

Norman Lewis opisuje z nostalgią proces znikania dawnej Hiszpanii. Aż trudno uwierzyć, że od opisywanego  okresu minęło zaledwie kilkadziesiąt lat, i że w międzyczasie mógł nastąpić tak  gwałtowny skok cywilizacyjny. Ale autor zdaje się przekonywać, że na wybrzeżu Costa Brava dawny świat  rybaków i rolników stał się ofiarą niszczącego żywiołu masowej turystyki. Pisze w dramatycznym tonie:”…duchowa i kulturowa izolacja Hiszpanii dobiegła końca, przerwana przez inwazję pieniędzy i swobód Północy….a napływający cudzoziemcy sprawili, że zatraciła swoją wyrazistą tożsamość.”

 

Cadaques: kafejka przy nadmorskim bulwarze

Czy nie jest to jednak zbyt kassandryczna opinia? Opis dramatycznej zmiany w 2 wioskach na wybrzeżu Costa Brava jest wprawdzie fascynujący (Lewis czyni to po mistrzowsku), ale chyba nie chcielibyśmy dzisiaj jeździć do takiej właśnie zabalsamowanej Hiszpanii, biednej  i zacofanej. Choć nie spotkamy już dzisiaj takich wiosek rybackich jak Farol, to jednak trudno byłoby zgodzić się z sądem, że Hiszpania w czasie ostatnich 70 lat zatraciła  już swoją odrębność kulturową. Gwałtowny rozwój turystyki mimo że przynosi z sobą liczne znane nam współczesne plagi, nie był w stanie  na szczęście zniszczyć tożsamości tego kraju. Wręcz odwrotnie, bogatsza dzięki turystyce Hiszpania mogła lepiej zadbać o  narodową spuściznę kulturową. Odwiedziłem parę lat temu nadbrzeżny region Figueros opisywany przez Normana Lewisa. Poza paroma typowo turystycznymi i sztampowymi resortami można odnaleźć tam nadal liczne urokliwe miasteczka, takie jak np. Cadaques, oraz wiele dzikich zakątków. A skaliste wybrzeże nadal wydaje się być nieokiełznane.

Cadaques: widok na Zatokę

Autorem reportażu jest Norman Lewis brytyjski reporter żyjący w latach 1908-2003, autor powieści i książek podróżniczych, który był uznawany za jednego z najwybitniejszych pisarzy literatury faktu w XX wieku. Książka jest fenomenem także z tego powodu, że została napisana po upływie prawie 40 lat od pobytu autora w Hiszpanii –  tylko na podstawie notatek, jakie autor prowadził.

Cadaques: z Księżycem w tle

3 komentarze

    • Paweł Jasiński, 18 czerwca 2019, 20:50

    Odpowiedz

    Witajcie Państwo Z.

    Jak zwykle zaskakujesz wysublimowanym jasnym i potoczystym językiem co sprawia, że trudno oderwać się od takiej lektury…J
    Dziękuję za kolejną porcję.

    Serdecznie pozdrawiam

    • Kasia, 21 września 2019, 10:06

    Odpowiedz

    Dziękuję! Właśnie zainspirował mnie Pan do zakupu tej książki, gdyż wybieram się w najbliższych dniach na Costa Brava. Pozdrawiam serdecznie, Kasia Baran (znajoma Dominiki😊)

    1. Odpowiedz

      Dziękuję za ciepłe słowa.Proszę koniecznie odwiedzić tam urokliwe miasteczko Cadaques, z którego pochodzą moje zdjęcia i gdzie Dali zbudował sobie w skałach wspaniałą siedzibę.

      Pozdrawiam
      Janusz Zaręba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.