Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

Zbawienne skutki wiatrów na Atlantyku. Notatki z Algarve (Portugalia)

To raczej liliput niż porządna góra – zaledwie 902 m n.p.m. Ale warto było zajrzeć na najwyższy szczyt Algarve – Foia, bo stąd zobaczyliśmy prawie pół tej najbardziej egzotycznej i najmniej portugalskiej części kraju. Widać przede wszystkim potęgę otaczającego od południa i zachodu Atlantyku. Królujące tam wiatry przez kilka wieków napędzały rozwój żeglarstwa i przybrzeżnego handlu. Karawele z tutejszych portów docierały w średniowieczu aż do brzegów Afryki. Nieprzypadkowo Algarve stało się kolebką  średniowiecznej morskiej potęgi Portugalii. A dziś gdy dawne mocarstwo morskie stało się już tylko legendą, chłodne wiatry znad Atlantyku – mają znowu zbawienny wpływ na tutejszą gospodarkę. Łagodząc  dotkliwe na tej szerokości geograficznej upały –  sprzyjają  napływowi milionów turystów.

 

 

Bimber z truskawek 

Zamiast od razu cieszyć się urokami oryginalnego wybrzeża Algarve, rozpoczęliśmy naszą podróż od „zdobycia” góry Foia. Aż wstyd przyznać, iż było to zdobycie w wyjątkowo luksusowych warunkach, bo dojechaliśmy tam autem. Ale dzięki temu mieliśmy więcej czasu, aby pieszo przewędrować ponad 10 km  wokół rozległego szczytu Foia  i  skupić się  na kontemplowaniu krajobrazu oraz przyrody.

 

 

Łagodne zbocze góry Faio przypomina wielki zielony amfiteatr pokryty gajami i przetykany samotnymi skupiskami budynków. U stóp Faio w dolinie rozciąga się białe miasteczko Monchique, tam właśnie zatrzymaliśmy się na nocleg. Wędrujemy wśród piniowych drzew, korkowych dębów i eukaliptusowego gaju. Zatrzymujemy się czasem przy zdziczałych winnicach, smakując dojrzałe bordowe grona. Nie żałujemy sobie listków eukaliptusa – pocieramy nimi dłonie, aby pooddychać orzeźwiającym nektarem w upale. Odkrywamy przy okazji, że rosną tu eukaliptusy różnych gatunków. Jeden tzw. okrągły wydziela o wiele silniejszy zapach niż ten wąskolistny. Ale te aromatyczne drzewa nie są naturalną częścią portugalskiej natury. Zostały sprowadzone w latach 70-ych ub. wieku z dalekiej Australii, jako atrakcyjny surowiec do produkcji papieru. Tak im się potem spodobało na portugalskiej ziemi, że rozsiały się teraz agresywnie poza obszarami plantacji. A ponieważ potrzebują do życia zbyt dużo wody, zaczęły zagrażać tutejszej oryginalnej przyrodzie – ku niezadowoleniu ekologów i rolników.

 

Portugalia jest ‚korkową potęgą” – wywarza połowę korków do wina, jakie powstają na całym świecie. W korkowym gaju na zboczach Foia.

 

Najbardziej wypatrywaliśmy po drodze czerwonych jagód podobnych do truskawek czyli owoców medronho. To słynne w tutejszych podgórskich okolicach drzewo truskawkowe (w wersji polskiej chróscina jagodna), które powinno owocować o tej porze. Z jagód tego drzewa pędzi się  lokalny bimber o nazwie medronho. Niestety, w czasie naszego trekkingu nie udało się wytropić tej rośliny. Gdy zasiedliśmy na koniec wędrówki w jednej z ulicznych kawiarni w Monchique, aby ugasić pragnienie sokami z awokado, los spłatał nam figla. Na naszym stoliku pojawiły się kieliszki z jakimś słodkawym mocnym alkoholem. Okazało się, że kelnerka źle zrozumiała nasze zamówienie. Zamawiane po hiszpańsku aquacate zamieniła na aguardente czyli wódkę po portugalsku. 40-procentowy alkohol przyjemnie pachnie – ma owocowo-kwiatowy smak. Na szczęście nasze kieliszki były mikroskopijne, wróciliśmy do naszego mieszkania o własnych siłach i bez śpiewu na ustach. A nazajutrz okazało się, że krzew medronho rośnie niemal pod naszym nosem – kilkanaście m od naszego okna.

 

Smak pomidorów z klasztoru

Monchique ze względu na swoje urokliwe położenie przypomina nieco białe miasteczka w hiszpańskiej Andaluzji. Domy rozlały się na łagodnie pochyłych zboczach, tworząc gąszcz mikroskopijnych uliczek. Łatwo tu pobłądzić,  z trudem odnaleźliśmy nasz zamówiony nocleg. Ale niestety brakuje tu klimatu średniowiecznych pueblo blancos – miasteczko powstało parę wieków później a większość domów została już zmodernizowane albo pozostaje nadal zaniedbana.

W centrum miasteczka odnajdujemy plac z rondem i parkiem  miejskim –  tu najbardziej widać jak życie płynie powoli, inaczej niż w turystycznych miejscowościach nadmorskich. Kilku turystów kręci się wokół okazałego centrum rowerowego Velochique, gdzie można napić się kawy, nabyć akcesoria rowerowe, napełnić sakwy żywnością, naprawić lub wypożyczyć sprzęt, a także zjeść smaczny obiad. Świetny pomysł biznesowy – warty do powtórzenia i u nas, gdzie turystyka rowerowa święci coraz większe triumfy.

 

 

Nie mieliśmy akurat ochoty na rowery, wybraliśmy spacer z zamiarem rozejrzenia się po okolicy. Piesza wycieczka miała być krótka, bo do widocznego już z oddali opuszczonego klasztoru franciszkańskiego – Convento de Nossa Senhora do Desterro (pod wezwaniem Naszej Pani Wygnanej). Byliśmy na miejscu już po pół godzinie. Na terenie ruiny spotykamy samozwańczego przewodnika, który nas niby oprowadza po wnętrzu, i który niby coś opowiada po portugalsku. Bardziej zainteresowało nas stado kurek należących do jegomościa – pewnie tu zamieszkuje. Ten niby-przewodnik podprowadza nas w końcu do swojego kramiku i próbuje nam wcisnąć jakieś fiolki  z aromatami eukaliptusa za kilka euro. Jest zaskoczony, że składamy mu ofertę zakupu kilku smakowicie wyglądających pomidorów z jego ogródka założonego pod walącym się klasztornym murem. Dobiliśmy targu na poziomie 2 euro. I były to najsmaczniejsze pomidory, jakie jedliśmy w czasie naszej podróży po Portugalii.

 

 

Wdzięczność cudownie ocalonych

Klasztor ufundował w roku 1631 Pero da Silva, dzielny żeglarz i odkrywca, który wspiął się po szczeblach kariery aż po tytuł wicekróla Indii. Miał on podczas jednej z wypraw na Atlantyku przeżyć groźną burzę. Modląc się do Matki Boskiej obiecał jej, iż w przypadku uratowania mu życia zbuduje klasztor w miejscu, które jako pierwsze ujrzy na horyzoncie w drodze powrotnej. Pero da Silva został wysłuchany, opatrzność ocaliła statek podczas burzy, a jako głęboko wierzący obietnicy dotrzymał. Zbocze góry Faio było właśnie tym pierwszym miejscem dostrzeżonym z pokładu statku.

Pero da Silva musiał mieć potem do klasztoru – swojego dzieła szczególny sentyment, skoro parokrotnie przywoził mnichom pamiątki z Indii. A to podarował im rzeźbę religijną z kości słoniowej, a to zasadził na dziedzińcu sadzonkę magnolii, którą można podziwiać  do dzisiaj w postaci potężnego drzewa.

Trzęsienie ziemi z roku 1755 nie oszczędziło również klasztornych zabudowań, ślady katastrofy pozostały widoczne do dzisiaj. Obiekt został co prawda w części odbudowany, ale potem opuszczony przez zakonników. Zabrakło tak hojnych sponsorów  jak Pero da Silva.

 

 

Herb z lwem widniejący do dzisiaj nad główną bramą należał do rodziny Pero da Silva.  Wicekról Indii musi przewracać się dzisiaj w grobie (podobno jego szczątki spoczywają na terenie klasztoru), gdy widzi jak stado kur buszuje po ruinach, a lokalne władze nadaremnie poszukują odważnego inwestora, który zamieniłby ruinę w hotel albo dom wczasowy.

 

„Królewskie” spanie w królewskiej winnicy

 

 

Budynek, w którym nocujemy, wyróżnia się oryginalną architekturą. W niektórych elementach – np. kształt okien i te charakterystyczne wieżyczki na dachu – wyraźnie nawiązuje do tzw. stylu manuelińskiego, który był mieszaniną gotyku, stylu romańskiego i nawet baroku. Próbujemy dowiedzieć się czegoś więcej o historii domu u młodego gospodarza. Budynek pochodzi z XVIII wieku i miał należeć początkowo do brata króla Portugalii. Jest to bardzo prawdopodobne, bo w samej nazwie posiadłości z ogrodem, dawnej winnicy, występuje słowo „królewski” czyli rel po portugalsku (Relvinhos). Miasteczko Monchique uzyskało prawa miejskie w XVIII wieku, być może dlatego, iż ówczesny król Portugalii Józef II lubił jeździć do okolicznych gorących źródeł. Próbowałem dotrzeć do jakichś dokumentów źródłowych potwierdzających ten mój domysł, ale nadaremnie. I znowu po raz kolejny usłyszałem, że w Portugalii w roku 1755 straszliwe trzęsienie ziemi zniszczyło większość archiwaliów. Niesamowite jak jeden tragiczny żywioł potrafi podzielić kilkusetletnią historię kraju na pół: czas przed katastrofą i po tej katastrofie, gdy kraj musiał się potem przez dziesiątki lat odbudowywać z ruin.

Mimo iż nocujemy w  pięknie położonym ośrodku w dawnej królewskiej winnicy – czujemy się nieco wyobcowani. Jak w anonimowym hotelu, brakuje tutaj familiarnej atmosfery. Właściciel Szwajcar mieszka w zupełnie innym miejscu, gdzieś nad morzem i pasjonuje go bardziej surfing oraz organizowanie wypraw sportowych. Jak przyznaje szczerze w jednym z wywiadów, hotelarstwo nie jest jego pasją, dlatego opiekę nad Relvinhos przekazał pośrednikom – krewnym lub znajomym. Pewnie jego ojciec, zamożny biznesmen, który zakochał się w tym „królewskim” zakątku Monchique, nie jest z tego powodu szczęśliwy. Bo to on doprowadził  Relvinhos do dawnej świetności oraz gustownie urządził jeszcze w latach 90-ych.

 

 

Andaluzyjski bastion poezji

Zostawiamy za sobą spokojne Monchique i dostajemy się w szpony turystycznej gorączki. W miasteczku Silves, dawnej stolicy Algarve, aż roi się od ważnych zabytków, które jak magnes przyciągają tłumy zwiedzających. Górujące nad miastem mury wspaniałej warowni – Castello de Silves zbudowanej ok. VIII wieku to najbardziej spektakularna w Algarve pamiątka po arabskiej przeszłości.

 

 

Pieczołowicie odrestaurowane już w czasach współczesnych mury obronne  robią już z daleka wrażenie warowni nie do zdobycia. I rzeczywiście musiało tak być , skoro Maurowie przez ponad 100 lat odpierali stąd skutecznie kolejne ataki podejmowane przez chrześcijan.  Dopiero w roku 1242  bastion został ostatecznie pokonany. Było to już za panowania Alfonsa III.

Ale mnie bardziej niż kwestie militarne ciekawi to, co kryje się dzisiaj wewnątrz tych czerwonych średniowiecznych murów. Miał stać tu bowiem niegdyś  sławiony w arabskich poematach bajkowy pałac Palacio das Varandas (Pałac Balkonów), w którym spotykali się  i biesiadowali poeci oraz artyści przyjeżdżający nie tylko z całej Andaluzji, ale aż z Bagdadu. Czytano wiersze, ucztowano przy winie i muzyce oraz rozprawiano o sztuce. Poezja była recytowana lub śpiewana w czasie radosnych dionizyjskich imprez, które trwały do białego rana. Jedną z najbardziej pożądanych umiejętności podczas takich spotkań było improwizowanie wierszy. XI wiek to był złoty okres w rozwoju miasta – wtedy Silves zyskał międzynarodową sławę jako centrum kultury, filozofii, geografii. Również na polu gospodarczym miasto cieszyło się dobrobytem płynącym z handlu zamorskimi towarami.

Obiecywałem sobie zbyt wiele po przekroczeniu bramy, ale wewnątrz  niemal nic nie pozostało po średniowiecznym obiekcie, który był porównywanym z pałacem z Baśni Tysiąca i jednej nocy. Większość dziedzińca zajmuje dzisiaj ogród z drzewami granatów i parę współczesnych zabudowań. W rogu, gdzie miał stać pałac, widać  efekty pracy archeologów, którzy krzątają się tu już od paru dekad i żmudnie przekopują resztki fundamentów dawnej budowli. Wygrzebali już m.in. tysiące fragmentów pałacowej sztukaterii, dzięki czemu możemy sobie wyobrazić, jak np. wyglądały ściany licznych pałacowych komnat. Szkoda, że w wyniku dotychczasowych prac wykopaliskowych udało się zrekonstruować tylko fragmenty jednego portalu z 3 kolumnami.

 

 

Sława króla – poety

Najsłynniejszy poemat pt. Evocation to Silves (Przywoływanie Silves) – upamiętniający miasto i atmosferę wtedy tam panującą – został napisany przez poetę Al-Mutamida, późniejszego króla taify w Sewilli. W roku 1041 został on mianowany, gubernatorem prowincji The Garb Andaluz (będącego wówczas częścią królestwa w Sewilli) i to on miał szczególne zasługi w tym, że Silves cieszyło się tak wielką renomą poetycką.

XI-wieczna Andaluzja kipiała wręcz poezją i to nie tylko w Palacio das Varandas. Jeden z ówczesnych poetów arabskich z Silves napisał żartobliwie, że w mieście jest tylko kilku mieszkańców, obojętnych na poezję. Nawet rolnicy pracujący w polu, zagadnięci o wiersze, potrafili komponować na gorąco rymowane wersety na dowolny temat, jaki tylko zaproponowano.

Nic dziwnego, że pamięć o Al – Mutamidzie jest dzisiaj starannie pielęgnowana przez gospodarzy Silves. Można się o tym przekonać choćby podczas wizyty w  Centrum Interpretacji Islamskiego Dziedzictwa, gdzie jeden z 3 działów poświęcono właśnie poezji i gdzie można poczytać sobie tłumaczenia wierszy Al -Mutamida i innych poetów z tego okresu. Wiele turystycznych lokalnych imprez, takich jak. np średniowieczny jarmark organizowany corocznie, także nawiązuje do średniowiecznej poezji. Przez 10 dni sierpnia Silves rozbrzmiewa wtedy tańcami, muzyką i poezją.

Wyjeżdżając z miasta przejechaliśmy most na niepozornej rzece Arade, Trudno uwierzyć w to, że gdzieś tutaj nad tą świecącą dzisiaj płyciznami rzeką oddaloną około 20 km od brzegu Atlantyku przez kilka stuleci w czasach arabskich prosperował ważny port. Statki z Silves obładowane towarami docierały aż do brzegów Afryki Północnej i to właśnie żegluga uczyniła z miasta bogaty ośrodek morskiego handlu. Zatrzymujemy się na chwilę, aby kolejny raz zachwycić się panoramą wzgórza Silves i zadumać nad średniowiecznym zauroczeniem poezją, która miała trafiać tutaj „pod strzechy”.

 

 

„Dzielny konik” z  Bergau

Zatrzymaliśmy się w jednym z ośrodków na atlantyckim wybrzeżu, który już dawno przeżył swoją młodość, ale na szczęście nadrabiał to swoim położeniem – wśród zieleni i nieco na odludziu. Mieszkaliśmy zaledwie 100 m do stromego skalistego brzegu morza, tego tak charakterystycznego znaku rozpoznawczego wybrzeża Algarve. Na najbliższe plaże trzeba dojść piechotą ze 2 km albo dojechać autem do pobliskiego Bergau. Po paru dniach odkrywamy, że takich plaż pochowanych między skałami tutejszych klifów jest tutaj bez liku. Można niemal codziennie zwiedzać plażę po plaży i w ten sposób zrywać z monotonią tego samego odwiedzanego miejsca i ogladania tych samych leżakowych sąsiadów. Oczywiście pod warunkiem, że polubimy częste wchodzenie i schodzenie po stromych, kamiennych schodach, nie zawsze utrzymywanych w najlepszym stanie.

 

 

Bergau jest  małą wioską z kilkoma ulicami na krzyż, położoną w spokojnej zatoczce na łagodnie pochyłym zboczu. Nieprzypadkowo właśnie to miejsce upodobali sobie ongiś rybacy, zakładając tutaj osadę. Na plażę w Bergau można się dostać dziecinnie łatwo – kamiennymi schodami o łagodnym nachyleniu. Ale mnie Bergau będzie zawsze kojarzyć się z małym i ciasnym lokalnym  „supermercado” z półkami wypełnionymi produktami po sam sufit. To taki mały wielki sklep, gdzie można dostać niemal wszystko, co niezbędne do śniadania i kolacji. Tam właśnie spotkała mnie miła niespodzianka – odkryłem w podziemiu piwniczkę, w której można godzinami studiować ofertę niemal wszystkich regionów winnych w Portugalii i gdzie może rozboleć głowa podczas podejmowania decyzji o zakupie. Lokalne wina z Algarve świadomie dotąd omijałem, bo moje z nimi doświadczenie było dotąd nienajlepsze. Zatrzymałem się przy półce z  winami z regionu Tejo opodal Lizbony i to był strzał w dziesiątkę. Butelka z napisem Cavalo Bravo (Dzielny Konik)  – kupaż lokalnych szczepów – jakże uświetniła naszą kolację i smakowała wyśmienicie do owczego sera. Zdradzę, iż po Dzielnego Konika musiałem wracać się jeszcze parę razy .

Ale powracałem także do malutkiej piekarni „Padaria Bakery” niedaleko wspomnianego „supermercado”, w której obsługuje sympatyczna starsza pani – chyba właścicielka zakładu. Jej zdjęcie z jakimś bardzo ważnym dyplomem wisiało dumnie nad półką z 2 rodzajami pieczywa: bułkami i okrągłymi bochenkami. Smak tych chrupiących wypieków do dzisiaj czuję w ustach, pewnie właścicielka sama je piekła w nocy, a potem  sprzedawała je od wczesnego ranka aż do wyczerpania oferty. W Bergau wszystko jest małe, a małe bywa piękne.

 

Legenda Henryka Żeglarza

 

 

Tu w Sagres nie przystoi już myszkować po sklepikach i kramach oraz zajmować się  przyziemnymi sprawami. Tu niemal każdy kąt jest przesiąknięty Historią Wielkiej Portugalii. Nie tylko tutaj, ale chyba w całej Algarve trudno uciec od historii i burzliwych dziejów tej krainy. Większość odwiedzanych miejsc i pomników  zdaje się natrętnie przypominać: my byliśmy kiedyś największą morską potęgą i świat patrzył na nas z podziwem, gdy odkrywaliśmy nieznane wcześniej nikomu lądy i szlaki.

To prawda, że w wieku XV Portugalia nie miała w Europie równych sobie żeglarzy, flotylli okrętów i  mądrych królów, którzy wiedzieli, w jakim kierunku popchnąć energię swoich podwładnych, zwłaszcza tych młodych. Wśród historycznych postaci z tamtego okresu  najbardziej jaśnieje legenda Wielkiego Henryka Żeglarza.

Zwiedzanie miasteczka rozpocząłem właśnie od centralnego placu Sagres, na którym góruje potężny pomnik  księcia Henryka, najmłodszego syna króla Jana I. Nie był królem, ale zdobył za to sławę, jakiej mógł mu pozazdrościć niejeden władca Portugalii. Twarz księcia na pomniku jest skierowana w kierunku morza, nazwano go Żeglarzem, chociaż pływania na statkach raczej unikał. Portugalczycy go wielbią jednak za to, iż stworzył fundament przyszłej potęgi morskiej, gdy portugalskie karawele i galeony królowały potem na głównych oceanicznych szlakach, a dowodzili  nimi tacy  portugalscy odkrywcy, jak  Vasco da Gama czy Bartolomeo Diaz. Życie Henryka Żeglarza było bardzo tajemnicze, a jego legendę trudno dziś zweryfikować w dokumentach, których większość zaginęła podczas słynnego trzęsienia ziemi. Jedno jest pewne, że książę Henryk lubił bywać często w Sagres i w okolicach i że organizował z pobliskiego portu w Lagos wiele pierwszych, śmiałych wypraw wokół wybrzeża Afryki.

W Sagres nie zachowały się żadne budynki, w których mógłby przebywać kiedyś słynny królewicz. Po wielu pożogach ocalały jedynie fragmenty potężnego fortu Fortalezy – wznoszonego od XV wieku oraz niewielki kościółek Matki Boskiej Łaskawej (Nossa Senhora da Graca).

 

 

Do Fortu warto się przejść na własnych nogach – to tylko 1 km od  placu z pomnikiem księcia. Po drodze ulegamy złudzeniu, iż wejdziemy za chwilę do potężnego kompleksu obronnego. Tymczasem za odbudowaną już w czasach współczesnych potężną bramą wjazdową i częścią murów obronnych ze stanowiskami dla armat rozpościera się obszerny i pustawy obszar, przypominający park z wytyczonymi alejkami. W niektórych miejscach spotkać tam można resztki fundamentów Fortalezy,  ale więcej jest tabliczek informacyjnych z opisem ptaków i roślin tutaj bytujących niż zabytków.

 

 

Nowoczesny barak stojący tuż za bramą fortu wydaje się być zadrą w tutejszym krajobrazie, można go było schować bardziej dyskretnie. Myślałem, ze znajdę tam jakieś  eksponaty związane z księciem Henrykiem. Owszem, odkryłem niewielki salon wystawowy, ale poświęcony projektom monumentu mającego uhonorować zasługi księcia. Już od lat 30-ych ubiegłego wieku odbywają się niemal co roku konkursy na  projekty  takiego monumentu, ale żaden z nich nie został dotychczas urzeczywistniony. I chyba bardzo dobrze się stało, bo prawie wszystkie bez wyjątku projekty grzeszą gigantomanią i nadętym triumfalizmem, jaki oglądać można na Kubie czy w Rosji.

 

Czy Kolumb potrafił pływać?

 

 

Stanąłem na wysokim 60 metrowym, skalnym klifie  – w najdalej na południowy zachód wysuniętym punkcie Portugalii. To przylądek św. Wincentego (Cabo de Sao Vicente), oddalony od Sagres kilka km, o którym  już w czasach starożytnych mówiło się jako o końcu świata.

Przede mną bezkres Oceanu i szum mocnych fal rozbryzgujących się groźnie o przybrzeżne skały. Skaliste wybrzeże przylądka jest na tyle wysokie, że musi być bardzo dobrze widoczne z odległości kilku mil od  morza. W roku 1476 flotylla wioząca towar z Genui do Portugalii i Anglii została nagle zaatakowana przez francuskie i portugalskie galeony. Na pokładzie jednej z rozbitych i palących się karawel o nazwie „Bechalla” miał znajdować się 25-letni Kolumb, zdobywający dopiero co morskie szlify. Jak pisze w biografii Kolumba jego syn Fernando, przyszły odkrywca ratował się skokiem do morza – musiał być już wtedy dobrym pływakiem, bo z pomocą  znalezionego w morzu wiosła dotarł szczęśliwie do jednej z pobliskich plaż między Sagres a Lagos. Wybudowana na przylądku latarnia morska pochodzi już z czasów współczesnych i nie mogła być pomocna rozbitkowi  Kolumbowi.

 

 

Gdy po paru tygodniach Kolumb dotarł do Lizbony, zakotwiczył już w Portugalii na dobrych kilkanaście lat,  tam poznał swoją żonę  i spłodził z nią syna Diego. Żeglował dalej, prowadząc handlowe interesy. A przede wszystkim podczas swoich samodzielnych studiów, obserwacji czynionych podczas licznych podróży i rozmów z portugalskimi żeglarzami dojrzewała w jego głowie śmiała idea wyprawy do Indii przez Atlantyk szlakiem zachodnim. Portugalia była wtedy światowym centrum żeglugi i odkryć geograficznych, a więc doskonałym miejscem do tego, aby inspirować młodego ambitnego i zdolnego człowieka.

Młody rozbitek Kolumb był w trakcie swojej pierwszej żeglugi po Atlantyku i zetknął się wtedy po raz pierwszy z potęgą oceanu, który miał kilkanaście lat później pokonywać podczas pierwszej odkrywczej wyprawy. Jego syn napisał w biografii ojca, że to Bóg czuwał nad uratowaniem go z morskiej kipieli, bo wyznaczył mu wielką misję odkrycia Ameryki.

Jadąc na przylądek, sądziłem, że dowiem się o tej przygodzie Kolumba nieco więcej na miejscu. Niestety, małe muzeum poświęcone jest wyłącznie historii Świętego Wincentego i portugalskim odkryciom. Wygląda na to, ze Portugalczycy mają wystarczająco wielu swoich morskich herosów, aby zaprzątać sobie głowę obcym przybłędą z Genui.

 

 

Ale przylądek to nie tylko ważny punkt orientacyjny dla żeglarzy i  współczesnych statków. Także dla turystów kochających wędrówki stanowi szczególne miejsce. Krzyżują się tu i przecinają jedne z najbardziej atrakcyjnych szlaków pieszych i rowerowych w Portugalii. Wzdłuż postrzępionego zachodniego brzegu Atlantyku przez półdzikie i słabo zaludnione tereny biegnie słynna Vincentina Route, którą można dotrzeć aż do Porto Covo w prowincji Alentejo (około 350 km). Nazwa trasy pochodzi od Parku Naturalnego Costa Vincentina, przez który szlak został w większości wytyczony. Być może Vincentina Route będzie dobrym powodem do tego, abyśmy przyjechali ponownie do Portugalii

 

Ponad skalistymi klifami

Jest październik, nie ma już morderczych letnich upałów, ale  w powietrzu można wyczuć jeszcze wyraźny wpływ klimatu śródziemnomorskiego. Lokalna prasa cieszy się, że po wcześniejszym zastoju w turystyce w wyniku kolejnej fali pandemii tegoroczny sezon upływa już pod znakiem comiesięcznych przyrostów liczby przyjazdów turystycznych. Niemal wszyscy obywatele Portugalii są już zaszczepieni, tchnie optymizmem tutejsza prasa.

Włóczymy się po oryginalnym wybrzeżu w okolicach Lagos. Plaż ukrytych wśród klifów i nadbrzeżnych skał jest tu bez liku, każda inna oraz na swój sposób urodziwa. Zaczęliśmy od skromnej Praya Batata (Plaży Ziemniaczanej), łatwo dostępnej i znajdującej się najbliżej historycznego centrum. Akurat nie było tam tłumnie. Plaża graniczy z jednej strony z Fortem, który stanowi końcówkę murów obronnych pochodzących z XVII wieku.  Forteca da Ponta da Bandeira strzegła niegdyś portu przed intruzami od strony morza, także i przed piratami. Część Plaży Ziemniaczanej – ta wciśnięta między skaliste klify – jest także miejscem, gdzie latem organizowane są festiwale muzyczne.

 

 

Potem przenosimy się kilka kilometrów dalej na zachód na Praya de Dona Ana, która uchodzi za najpiękniejszą plażę w całej Algarve. Jest dosyć długa, ale także łatwo dostępna oraz malowniczo przystrojona licznymi ostańcami skalnymi wystającymi z powierzchni morza. Nazwa plaży pochodzi od imienia zakonnicy, która podczas walk w czasie I wojny światowej jako jedyna z miejscowego klasztoru miała ocaleć, uciekając podziemnym korytarzem w kierunku plaży. Brzmi to mało wiarygodnie, bo Portugalia nie została przecież podczas tamtej wojny ani w czasie II wojny światowej przez nikogo napadnięta.

 

 

Gdy w końcu mamy już dość parogodzinnego plażowania, podchodzimy w kierunku słynnego Pienta da Piedade (Punktu Miłosierdzia). To także misterne dzieło tutejszych wichrów i  oceanicznych fal – owoc pracy Matki Natury w ciągu setek tysięcy lat. Czerwono-żółte klify sterczące 20 m powyżej lustra wody tworzą  jeden z najbardziej malowniczych zakątków Algarve. Już z daleka kusi sylwetka latarni morskiej wzniesionej ponad klifami, ale niestety okazało się iż jest niedostępna do zwiedzania.

Pienta da Piedade najlepiej zwiedzać na wypożyczonych łodziach, ale my jak zwykle wybieramy oglądanie z perspektywy piechurów,  postanawiamy przejść kilka km szlakiem widokowym z Lagos do La Luz.

 

Zakusy deweloperów

Za parkingiem w okolicy Pienta da Piedade wędrujemy po oryginalnym drewnianym chodniku. Zatrzymujemy się co kilkaset metrów na specjalnie wybudowanych galeryjkach widokowych, tu aparaty fotograficzne niemal same ustawiają się do zdjęć. Każdy chce na swój sposób przedłużyć komplementowanie piękna na filmikach. Po drodze mijamy  kolejne plaże – Praia do Canavial, Praia do Barranco do Martinho – z pięknymi punktami widokowymi. Niestety, spotykamy turystów, którzy wychodzą poza drewniane balustrady i jeżeli nawet nie ryzykują życiem podczas robienia fotek, to niestety mniej lub bardziej nieświadomie niszczą tutejszą przyrodę. Wędrówka drewnianym pomostem wzdłuż klifowych skał kończy się nagle po paru km, ale pieszy atrakcyjny szlak wzdłuż klifowego wybrzeża prowadzi dalej aż do La Luz.

 

 

Rozglądając się po okolicy widzimy, jak od strony lądu „napierają” deweloperzy, którzy najchętniej budowaliby hotele i pensjonaty niemal przy plażach i lub na malowniczych skałach, ale póki co nie udało im się naruszyć terenu zarezerwowanego dla ochrony Pienta de Piedade i  pozostałych  klifów. Gdy tuż przed linią brzegową pojawiły się niedawno tabliczki z napisem „for sale”, miejscowi ekolodzy natychmiast wszczęli alarm. Znalazłem w lokalnej prasie ich protest w tej sprawie oraz jednoczesne zapewnienie burmistrza Lagos, że miasto trzyma rękę na pulsie i podjęło wiele działań ochronnych i rozwojowych. Że jakakolwiek sprzedaż działek w bezpośrednim sąsiedztwie jest absolutnie zabroniona. Chwała miejscowym ekologom, że pilnują, aby ten piękny zakątek, który stał się znakiem rozpoznawczym wybrzeża wokół Lagos, nie został dotąd zniszczony  przez zakusy deweloperów.

 

Zawsze warto, gdy duszę ma się otwartą…

Ale Lagos to nie tylko cudowne plaże pośród skalnych klifów. To także miasto  z pięknie odrestaurowanym historycznym centrum – pełnym krętych uliczek,  brukowanych kostką ułożoną w oryginalne wzory (tzw. calcada portuguesa). To miejsce wprost wymarzone dla takich turystów, jak my.  Takiej harmonii między historią a cudami natury trudno znaleźć w wielu innych miastach Algarve, niestety zbyt często oszpecanych wysoką zabudową hotelową.

 

 

Przestronny centralny plac Lagos imienia Henryka Żeglarza wpisuje się świetnie w tę harmonię. Z jednej strony plac jest otwarty na morze i pobliską plażę, z pozostałych 3 stron  graniczy natomiast ze wszystkimi niemal najważniejszymi historycznymi budowlami świadczącymi o dawnej świetności miasta. Na środku placu dumnie wypatruje morza – podobnie jak i w Sagres – twórca podwalin dawnej morskiej potęgi – Henryk Żeglarz. Z portu w Lagos wyruszały właśnie słynne pierwsze wyprawy odkrywcze wzdłuż brzegów Afryki, organizowane i finansowane przez księcia.

 

Współczesny statek wycieczkowy dla turystów w Lagos – stylizowany na żaglówkę z czasów potęgi morskiej Portugalii

 

Krążąc po placu wokół pomnika odkrywam w niewielkiej od niego  odległości niski murek z zagadkowym napisem w języku portugalskim – domyślam się, iż jest to jakiś cytat. Korzystając z najlepszego  przewodnika, jakim jest  dzisiaj Google, szybko odnajduję tłumaczenie: „Warto było? Zawsze warto, gdy duszę ma się otwartą.” Jest to fragment krótkiego wiersza pt. Portugalskie morze, w którym najwybitniejszy portugalski poeta Fernando Pessoa (1888-1935) nawiązuje do niezwykłych czynów Portugalczyków w okresie odkryć geograficznych, ale i wskazuje jednocześnie na tragiczny wymiar tej morskiej epopei. Portugalia była zbyt małym  krajem (około 1,5 mln ludzi), aby utrzymać na dłuższą metę swoje olbrzymie zdobycze w Afryce, Azji i Ameryce. Rozkwit imperium przypadł na przełom XV i XVI wieku, ale potem następował już jego powolny upadek. Pamięć o tej chwalebnej przeszłości jest jednak żywa do dziś i  zajmuje szczególne miejsce w tożsamości Portugalczyków. Już pierwsza zwrotka hymnu Portugalii opiewa „herosów mórz”, a narodową flagę zdobi astrolabium – dawny przyrząd astronomiczny używany przez portugalskich odkrywców.

 

Fragment średniowiecznych murów obronnych Lagos, chroniących miasto przed intruzami z morza

 

Jak ratowano dusze przed wiecznym potępieniem?

W bliskim sąsiedztwie pomnika Henryka Żeglarza znajduje się muzeum niewolnictwa (Mercado de Escravos) – w  budynku powstałym na miejscu dawnego targu niewolników. Targ ten księciu nie powinien przynosić chluby, ale było to przecież także jego „dzieło”. Powstał w 1441 roku jako pierwsza tego typu instytucja w Europie. Na targ dostarczano niewolników zaraz po ich „wyładowaniu” ze statków, pobierano odpowiednie opłaty dla księcia, odbywał się publiczny przymusowy chrzest, a następnie dochodziło do sprzedaży „żywego towaru”.

Początkowo Portugalczycy reagowali na przywożony z Afryki „ładunek” z przerażeniem. Organizatorzy tego zyskownego biznesu w Lagos znaleźli szybko wytłumaczenie, aby uspokoić co wrażliwsze sumienia: Gdyby pojmani pozostali w swoich krajach na wolności, to jako poganie byliby skazani na wieczne potępienie. Chrzest miał więc chronić dusze niewolników przed niechybnym piekłem. W ten sposób Portugalczycy powoli oswajali się z widokiem niewolników i zyskiwali doskonałe alibi, gdy kupowali ich na targach jako pomoc domowa.

 

 

Ze zdziwieniem dowiaduję się, że to skromne muzeum powstało zaledwie kilka lat temu i że jest dopiero pierwszą tego typu placówką w Portugalii. Portugalczyków musi więc dręczyć sumienie, skoro zdecydowali się właśnie w Lagos pokazywać  tę mniej chwalebną część własnej historii.

Trudno oceniać  postać księcia Henryka wg aktualnych kryteriów moralnych, średniowiecze rządziło się odmiennymi zasadami, kształtowanymi pod silnym wpływem religii. Celem księcia było przede wszystkim uzdrowienie słabego państwa, jakim była wówczas Portugalia. Wyprawy miały dostarczyć jak najwięcej złota oraz zapewniać dostawy niewolników, na sprzedaży których skarb królewski zarabiał wtedy krociowe zyski. Książę nie mógł przewidywać, że po jego śmierci (w roku 1460 a więc długo jeszcze przed odkryciem Ameryki) niewolnictwo przybierze aż tak gigantyczne rozmiary i przyniesie zagładę milionom istnień ludzkich. W ciągu 400 lat portugalskie statki przewiozły z Afryki około 6 mln niewolników, w większości do Brazylii, która była kolonią Portugalii aż do 1822 roku. Marcin Kula w „Historii Brazylii” podaje, że jeżeli niewolnik przetrwał już trudy podróży przez Atlantyk, to pracując na plantacji trzciny cukrowej mógł przeżyć średnio 7 lat. Nie musiał więc długo czekać na obiecany mu raj – wieczne zbawienie po śmierci.

Wśród sporej części Portugalczyków nadal tkwi przekonanie, że kolonizacja w ich wydaniu miała łagodniejszy przebieg niż w pozostałych imperiach europejskich. Ciekawe, że podobnego przekonania są również Hiszpanie, gdy mówią o swojej epoce podbijania świata.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.