Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

Złociste laguny i fado na ołtarzach. Notatki z Algarve (Portugalia)

Ilekroć odwiedzamy Sevillę, prawie zawsze wpadamy na kilka dni do Taviry w Portugalii. To niemal rzut beretem od stolicy Andaluzji. Wystarczy  zaledwie godzina jazdy wygodną autostradą, aby móc schłodzić się w falach Atlantyku na którejś z portugalskich plaż. To prawdziwa ulga po saharyjskich upałach coraz częściej nawiedzających Sewillę. Podobnie czynią w niemal każdy weekend tysiące Sewilian – dla nich portugalskie plaże są łatwiej dostępne i atrakcyjniejsze niż hiszpańskie wybrzeże.

W okolicach Taviry królują płaskie i piaszczyste plaże, w większości pokrywające rozległe laguny Ria Formosa – ogromnego parku natury na wybrzeżu Atlantyku. To  zupełne przeciwieństwo zachodniego krańca Algarve, gdzie brzeg oceanu jest postrzępiony skałami, a plaże poukrywane wśród wysokich klifów.

 

Monstra z Playa da Barril

 

 

 

Słynny Park Ria Formosa to prawdziwy fenomen natury – tworzy go  rozległy labirynt kanałów, wysp, wysepek, mokradeł, bagien, solnisk I piaszczystych plaż – rozciągający się wzdłuż wybrzeża morskiego na długości prawie 60 km. Nic dziwnego, że obszar ten uznaje się za jeden z 7 przyrodniczych  cudów Portugalii.

Na najpiękniejsze plaże w okolicach Taviry można zabrać się z przystani w centrum miasta specjalnie kursującymi stateczkami. Rejs rzeką Gilao trwa zaledwie kilka minut i w taki szybki sposób znaleźliśmy się na wyspie Ilha de Tavira, długiej aż na około 10 km i kilkaset metrów szerokiej. Jest tu parę atrakcyjnych plaż – najbliższa z nich to Praya de Ilha de Tavira, która poza możnością błogiego wylegiwania w piasku i kąpieli morskich nic więcej nie jest w stanie zaoferować. Na drugim końcu Ilha de Tavira znajduje się za to bardziej słynna plaża –  Praya da Barril, zapewniająca moc dodatkowych atrakcji. Na tę plażę najłatwiej dostać się od strony wioski Santa Luzia, przechodząc pieszo przez most, a potem pokonując jeszcze parę km groblą, wzdłuż torów kolejki wąskotorowej. To jedna z najspokojniejszych plaż w okolicy Taviry, poza tym relatywnie rzadziej niż inne „atakowana” silnymi falami z Atlantyku.

 

 

Plaża jest niezwykła dlatego, bo ma piękną historię rybacką. Rybacy pozostawili po sobie liczne dowody materialne – kilkadziesiąt olbrzymich i dziś już rdzewiejących kotwic, tkwiących w wydmach naprzeciw plaży. Najcięższe kotwice ważyły niemal tonę i dla przetransportowania ich do wody potrzeba było mięśni aż 20 rybaków. Na szczęście tak ogromny wysiłek podejmowano tylko 2 razy w roku na czas połowu tuńczyków. W niewielkiej odległości od brzegu migrują tam ławice tych ryb. Rybacy zarzucali specjalne sieci, które były mocowane do dna  tymi właśnie stalowymi monstrami. Starsze tuńczyki mogą być olbrzymich rozmiarów i ważyć nawet kilkadziesiąt kg, stąd wzięły się też i kotwice – giganty. Połowy musiały bywać w dawnych czasach bardzo obfite, skoro  w celu ułatwienia transportu rybacy zbudowali sobie  ponad mokradłami 2-kilometrową kolejkę wąskotorową z paroma wagonikami, na które ładowano ryby i dowożono je do wioski. W taki sposób łowiono i transportowano tuńczyki  jeszcze do lat 60-ych ubiegłego wieku. Dzisiaj kolejka – czynna już tylko dla turystów –  jak i gigantyczne kotwice na wydmach stały się wartością dodaną do pięknej plaży.

 

 

Urodzaj na kościoły

 

W centrum Taviry  niemal zza każdego rogu wyłania się sylwetka jakiegoś kościoła. W tym kilkunastotysięcznym miasteczku jest aż ponad 30 obiektów sakralnych, różnej wielkości i o  zróżnicowanej architekturze. Mało który obiekt jest jednak otwarty dla wiernych, miasto cierpi wyraźnie na deficyt „owieczek” chętnych do korzystania z posług religijnych. Dlatego wiele kościołów ulega stopniowej destrukcji. Właściciele tych, którym udało się przetrwać i utrzymać w najtrudniejszych momentach, chwytają się różnych pomysłów na zdobycie pieniędzy. Niektóre kościoły zostały przekształcone w hotele i restauracje, w innych urządzono punkty widokowe na wieżach kościelnych i udostępniono za opłatą dla turystów, a w jeszcze innych spotkać można… sklepy z regionalnymi winami. Tavira jest na pewno szczególnym przypadkiem bogactwa kościołów w Algarve, ale przecież i w innych miastach tej prowincji spotykałem budowle sakralne, przeżywające  podobne kłopoty.

 

 

Według historyków kościoły portugalskie są jednymi z najbardziej spektakularnych świadectw materialnych z czasów średniowiecza, gdy Portugalia była europejską potęgą morską. Zostały w większości wybudowane w okresie, gdy kraj ten lekką ręką czerpał  z bogactw na podbijanych i ujarzmianych ziemiach. Dlatego wnętrza wielu kościołów wyróżniają  się przepychem, czasem wręcz mienią się srebrem i złotem. A Tavira jako miasto portowe, leży najbliżej brzegów północnej Afryki, i w XVI wieku miała szczególne zasługi dla portugalskiej ekspansji kolonialnej. Np. kościół  Convento das Bernardas został zbudowany przez króla Manuela Szczęśliwego w nagrodę za pomoc mieszkańców Taviry w walkach na wybrzeży marokańskim. Dziś został zamieniony w wielki hotel i odrestaurowany – z pięknym portalem w stylu manuelińskim.

 

 

 

Bez wątpienia najpiękniejszym kościołem w Tavirze jest Igreja da Misericordia – Kościół Miłosierdzia – pochodzący z XVI wieku. To znakomity przykład architektury renesansowej, gdzie we wnętrzu można zachwycić się potężnym pozłacanym ołtarzem oraz nawami pokrytymi niebieskimi płytkami azulejos, które tworzą religijne obrazy. U wejścia do kościoła czekała nas niespodzianka – tablica informująca o koncertach muzyki fado organizowanych w tym właśnie wspaniałym wnętrzu. Bez wahania kupiliśmy bilety na koncert odbywający się jeszcze tego samego dnia.

 

Fado pod ołtarzem

 

 

Jedziemy na ten koncert z w optymistycznych nastrojach, ale i z nadzieją, że nie przydarzy się nam po raz drugi w życiu to, co spotkało nas w Lizbonie parę lat temu. Zamarzyliśmy sobie wtedy, aby wysłuchać jakiegoś dobrego koncertu fado w stolicy Portugalii, w samej kolebce tej muzyki powstałej w XIX wieku. Szukaliśmy daremnie wolnych biletów w najbardziej znanych klubach muzycznych i teatrach. Niestety, te najsłynniejsze pokazy były już dawno wysprzedane. Poszliśmy więc poszukać jeszcze szczęścia do starej dzielnicy Bairro Alto, gdzie po paru godzinach przeczesywania uliczek, zmożeni głodem, wylądowaliśmy w końcu w pierwszej lepszej knajpie za rogiem. Obiecywano tam koncert fado „do kotleta” czyli do lokalnego dorsza – bacalao. Wieczór zakończył się sromotną porażką. Nie dość, że dorsz smakował fatalnie, to na dodatek fado w wykonaniu sędziwej pary śpiewaków okazało się prawdziwą katastrofą. Muzycy fałszowali szlagiery, znane nam doskonale z repertuaru najsłynniejszej divy fado – Marizy. Nawet ktoś taki jak ja, wyrzucony ongiś z chóru szkolnego za brak talentu muzycznego, byłem w stanie bez trudu rozpoznać fałszywe nuty podczas wykonywania słynnej Primavery.

Ale tu w Tawirze – w Kościele Miłosierdzia spotkała nas miła niespodzianka. Wystąpił profesjonalny lokalny fadista –  Pedro Olivia, który jak się okazało, wygrał  w roku 2004 ogólnokrajowy konkurs dla piosenkarzy fado w Lizbonie. Nie zawiódł kilkudziesięciu fanów muzyki  zgromadzonych przed ołtarzem w kościele. Wszyscy byli tak ukontentowani koncertem, że z łatwością dawali się porwać muzyce, śpiewając wspólnie z solistą niektóre refreny. Czuliśmy się trochę dziwnie, słuchając tych wszystkich wybuchów entuzjazmu w kościele, bo w nas jako Polakach zbyt mocno jednak tkwi przekonanie, że świątynia służy przede wszystkim do modlitwy. A poza tym fado zawsze kojarzyło nam się bardziej z zadumą nad człowieczym losem niż z chęcią do zabawy.

W treści wielu utworów – także i podczas tego koncertu w Tawirze – przewijało się  tajemnicze słowo portugalskie „saudade”. Tak Portugalczycy określają swoje poczucie nostalgii za wielką przeszłością, która już nie może wrócić. Ale w określeniu tym tkwi również nadzieja na lepszą przyszłość. Z tłumaczeniem słowa „saudade” nie poradzi sobie żaden najlepszy translator, bo zawiera w sobie zbyt dużo odcieni stanu portugalskiej duszy. Mimo to chyba najlepiej oddaje to, co Portugalczykom w duszy gra. Hiszpanie określają często swoich sąsiadów jako nadmiernie smutnych i pogrążonych w zadumie. Mają nawet swoje żartobliwe powiedzenie, że „jeszcze nie jest tak źle, bo zawsze jest Portugalia”.

 

Tajemnicze kominy Algarve

 

 

Do wyjątkowo dużej liczby kominów na portugalskich domach oraz do ich charakterystycznych kształtów nie przywiązywałem początkowo większej wagi. Dopiero w drodze powrotnej do Sewilli, zaraz po przekroczeniu granicy uderzyło mnie nagle, że w hiszpańskich miastach są niemal wszędzie współczesne i bardzo pospolite kominy. Gdy przejrzałem jeszcze raz wszystkie zdjęcia z Portugalii, przekonałem się, iż musi być jednak coś na rzeczy i że kominy w Algarve kryją w sobie jakąś tajemnicę.

Na pierwszy rzut oka wiele starych kominów łudząco przypomina wieżyczki arabskich minaretów. Czyżby była to jakaś lokalna tradycja pielęgnowana tutaj od czasów panowania Maurów na półwyspie? Słyszałem nawet legendę, że kominy były budowane przez tych muzułmanów, którzy po klęsce Maurów nie chcieli opuszczać swoich ziem i bywali zmuszani do przyjmowania wiary chrześcijańskiej. Jednak po kryjomu wyznawali nadal swoją wiarę a te miniaturki na dachu miały ułatwiać ponoć modły do Allacha.

Jednak taka hipoteza nie znajduje potwierdzenia w żadnych źródłach a nawet przeczy oczywistym faktom z historii. Maurowie nie budowali w ogóle kominów, a tradycja kominowa pojawiła się w Algarve bardzo późno, bo dopiero w budynkach wznoszonych w XIX wieku. Tymczasem władza Maurów nad terenami  dzisiejszej Portugalii zakończyła się już w roku 1249  (czyli około 250 lat wcześniej niż na obszarze Hiszpanii).

 

 

Dlatego bardziej przekonał mnie pogląd, że Portugalczycy zaczęli więc budować kominy nie tyle z powodu starych tradycji, co bardziej dla chęci wyróżnienia się na tle sąsiada. Dlatego tutejsze kominy cechuje tak duża różnorodność. Niemal każdy jest inny – okrągły, kanciasty, sukienkowy, balonowy, czasem malowany i wyłożony płytkami azulejos. Im komin był większy i bardziej oryginalny w zdobieniach i w kształtach, tym bardziej jego właściciel podkreślał swój prestiż, demonstrował bogactwo oraz swój estetyczny gust. Ciekawe, że moda na kominy utrzymuje się nadal i we współczesnych domach, tyle tylko że ich właściciele idą już na skróty, ulegając presji uprzemysłowienia. W sklepach budowlanych wybiera się jeden z dostępnych modeli. Coraz rzadziej kominy są budowane w indywidualny sposób.

Znalazło się jednak kilku zapaleńców z kręgu artystów i miłośników historii, którzy od lat dokumentują ten kominowy fenomen. Dokumentują niezwykłe bogactwo portugalskich kominów, organizują wystawy fotograficzne oraz prowadzą teraz w lokalnej prasie walkę o uratowanie tej pięknej tradycji. Postulują nawet, aby Portugalia zgłosiła to swoje oryginalne budownictwo do UNESCO jako element dziedzictwa światowego i w ten sposób uratowała je przed inwazją prefabrykatów.

 

Skąd Picasso w Olhao?

Pewnego dnia zaintrygowała mnie informacja z lokalnej gazety, że Olhao nazywane jest przez miłośników architektury „Terra cubista”. Skąd się wziął tam Picasso? – dręczyło mnie to od pewnego czasu i  postanowiłem rzecz wyjaśnić na miejscu. Sprawa była tym bardziej zagadkowa, ponieważ Olhao jest małym miasteczkiem, które słynie bardziej ze swoich  odwiecznych tradycji rybackich aniżeli z jakichkolwiek eksperymentów artystycznych. Jeszcze w XVIII wieku Olhao było niewielką wioską, w której królowały – w odróżnieniu od innych miast Algarve – namioty i szałasy.

 

 

Jazda z Taviry do Olhao trwała niecałe pół godziny, trzeba pokonać zaledwie około 30 kilka kilometrów. Naprzeciw malutkiej, ale jakże urokliwej starówki, tuż przy samym morzu zwracają uwagę 2 długie budynki z czerwonej cegły, o wyraźnie orientalnych sylwetach. W jednym z nich do dzisiaj  codziennie odbywa się słynny targ rybny. Gdy tam zagadnęliśmy, zaskoczyło nas bogactwo owoców morza wydobywanych z wód Atlantyku, ale i  niestety coraz częściej hodowanych w specjalnych klatkach, aby sprostać nienasyconemu apetytowi  tysięcy wygłodzonych turystów.

 

 

Podczas spaceru wąskimi uliczkami starówki natknęliśmy się na jakże oryginalne kwietniki przed kamienicami – ucięte kadłuby dawnych wysłużonych barek, barwnie pomalowane i przeżywające teraz swoją drugą młodość w roli dekoracji. Tu podobnie  jak w Tavirze też jest sporo kościołów, najczęściej fundowanych przez zamożnych właścicieli kutrów w intencji  pomyślnych i bezpiecznych połowów na kapryśnym Atlantyku. Gdy rybacy wyprawiali się w morze, ich żony w kościele Nossa Senhora do Rosario modliły się żarliwie do Maryi, prosząc o bezpieczny powrót ich mężów i składały przy tym na ołtarzach różne symboliczne wota z wosku.

Tradycja rybacka dominuje więc  tu niemal na każdym kroku i daremnie szukałem śladów jakiegokolwiek modernizmu czy kubizmu. Z pomocą przyszła mi dopiero pani z muzeum miejskiego znajdującego się naprzeciw wspomnianego kościoła. Wręczyła mi broszurę pt. Terra cubista – pamiątkę z wystawy zorganizowanej parę lat temu. Do Olhao nigdy nie zaglądał Pablo Picasso, dowiaduję się zdziwiony. To portugalscy miłośnicy jego sztuki jeszcze w latach 20-ych XX wieku odkryli starówkę i nazwali ją „ziemią kubizmu”.

 

W muzeum poradzono mi ponadto wejść na wieżę pobliskiego kościoła i  w pełnej krasie odkryć to, co trudniej zauważyć z poziomu wąskich uliczek starówki. Dopiero wtedy w panoramie Olhao można dostrzec motywy z niektórych obrazów Picasso, np. tego słynnego z domami na wzgórzu w hiszpańskim miasteczku Herta nad rzeką Ebro. Widać  podobnie zgeometryzowane kształty domów, w formie brył kubicznych, bielonych wapnem, z tarasami na dachach.

 

 

Ale mnie osobiście widok starówki Olhao bardziej kojarzył się z oglądaną w Maroku architekturą małych  nadmorskich miasteczek. To typowa zabudowa południa – dostosowana w ciągu stuleci do lokalnych warunków klimatycznych. Najpewniej rybacy z Olhao zapuszczali się często na brzeg afrykańskiego lądu i  mogli stamtąd czerpać pomysły na sposób budowy swoich domów. I tak prości rybacy stali się nieświadomymi prekursorami nowego stylu w sztuce.

 

Pod trzema palmami

W niepozornej knajpce o banalnej nazwie „Los Tres Palmeiros” za kilkanaście euro można otrzymać talerz grilowanych ryb pochodzących z porannego połowu. Chętnych jest tak duże, że trzeba najpierw zapisać kredą na specjalnej tablicy swoje nazwisko oraz liczbę osób towarzyszących, a potem odstać kilkanaście minut (w weekendy nawet i godzinę). Sprawdzający tablicę kelner wyczytuje kolejne nazwisko, jeżeli akurat zwolni się jakiś stolik.

 

 

Knajpa jest położona na przedmieściach Taviry w  mało atrakcyjnym miejscu tuż za stadionem miejskim. Działa już od 40 lat w tym samym miejscu i zawsze, ilekroć jesteśmy w okolicy, lubimy tu zaglądać. Pytam się Josego, czy w Sewilli można spotkać podobne bary ze świeżymi rybami. On nie znalazł jeszcze podobnych, ale wie że wielu Hiszpanów z Sewilli przyjeżdża specjalnie w weekendy do Taviry , aby zjeść właśnie w „Los Tres Palmeiros” smaczne świeże ryby.

Lokal jest czynny tylko w porze lunchu aż do momentu, gdy wyczerpie się zapas ryb dostarczonych  z porannego połowu. To nie jest knajpka nastawiona na turystów, tu żywią się głównie lokalni mieszkańcy. Budynek sam w sobie nie przyciąga wzroku – przypomina bardziej jakiś garaż aniżeli restaurację. Wyposażenie i wystrój też są skromne – plastikowe krzesła i stoły przykryte papierowymi obrusami. Nie ma też żadnego menu do wyboru. Gdy tylko usiedliśmy, na naszym stole wylądował talerz z przypiekanym chlebkiem z pikantnym czerwonym sosem czosnkowym,  ziemniaki i sałata z pomidorami oraz cebulą. Potem pojawiła się główna atrakcja kulinarna – grillowane ryby, najczęściej są to dorady, lubiny i sardynki oraz owoce morza (chyba że skończył się ich poranny zapas, o czym informuje tablica kredowa). Do obiadu jest też podawana obowiązkowo karafka z białym winem. Można najeść się do syta I nawet prosić o dokładkę ryb w ramach tej samej ceny. Jedzenie jest proste i autentyczne – smakuje jak na pikniku.

Trzymamy się zazwyczaj z daleka od miejsc przygotowywanych specjalnie dla zachodnich turystów, knajpek z angielskojęzycznymi nazwami oraz z zachodnimi cenami. Podczas rozglądania się po historycznym centrum Taviry po drugiej stronie rzeki odkrywamy na jednym z parkowych placów kolejną lokalną knajpkę „O Jorge”, w której też roiło się od tubylców z rodzinami. To skromny bar  prowadzony przez rodzinę Jorge. Tu smakowaliśmy dla odmiany typowe portugalskie przysmaki z mięsa wołowego. Tanie i smaczne jak z domowej kuchni i bez żadnych drogich dodatków oraz fantazyjnych nazw.

 

Altura i kameleony

 

 

Na miejscu zaskoczenie, ponieważ wejść na plażę można tylko przez drewniane pomosty na palach wzniesione ponad szerokim pasem wydm. Wszystkie pomosty są połączone i tworzą w środku przestronną  aleję spacerową. Ta promenada na palach liczy w sumie prawie 2 km – w taki oryginalny sposób władze miasteczka Altura leżącego tuż przy granicy z Hiszpanią podniosły atrakcyjność swojej Praya Verde.

Deski jeszcze świeżo pachną – budowla została oddana do użytku zaledwie parę miesięcy temu. Polubili ją szczególnie miłośnicy biegania, którzy mijali nas niemal bez przerwy podczas spaceru.  Pomostem kosztującym prawie 1 mln euro można dotrzeć aż do następnej plaży w Manta Rota.

Ta potężna konstrukcja na palach stanowi także znakomitą ochronę środowiska wydm, na których żyją m.in. coraz rzadsze w Portugalii kameleony. Te zwierzątka przypłynęły kiedyś na gapę z Północnej Afryki, ukryte w ładowniach statków wśród stosów towarów przywożonych z obcego lądu. Zadomowiły się jednak na dobre na portugalskim wybrzeżu i dzisiaj – w czasie inwazji masowej turystyki – wymagają już ochrony. Idąc pomostem, próbuję wypatrzyć jakiegoś kameleona, ale jest to zadanie – wobec jego zdolności zmieniania barw –  prawie niewykonalne. Ponadto te zwierzątka wychodzą na żer (żywią się owadami) głównie w nocy, lubią bytować w pobliskich piniowych gajach, a tu w nadbrzeżnych piaskach miewają swoje miejsca lęgowe.

 

 

Gdy spojrzeć z drewnianych pomostów w kierunku miasteczka widać, jak władzom w Alturze udało się jeszcze nie dopuścić do zeszpecenia nadmorskiego krajobrazu wysoką zabudową, jak to niestety stało się kilkadziesiąt km dalej w okolicach Albufeiry czy Portimao. Jeden jedyny wysoki i brzydki hotel sterczący posępnie nad miasteczkiem to wyrzut sumienia z lat 80-ych ubiegłego wieku, gdy przepisy nie były tak zaostrzone jak dzisiaj. Pewnie wielu mieszkańców Altury nie może się doczekać jego rozbiórki. Pozostałe domy budowane na zboczu wzniesienia liczą co najwyżej 1-2 kondygnacje  – jakby na przekór nazwie miejscowości, która dosłownie znaczy „wysokość”.

Perełka Rio Formosa

 

 

W drodze do Taviry obowiązkowo zaglądamy do urokliwej wioski Cacela Velha (kilkanaście km przed miastem). To prawdziwy klejnot na tutejszym wybrzeżu, miejsce kryjące w sobie magiczną atmosferę. I nie jest wcale tylko zasługa położenia wioski, która leży na wysokim wzniesieniu, z malowniczym widokiem na Atlantyk. Takie położenie uratowało niegdyś miejscowość przed niszczącym tsunami w wyniku straszliwego trzęsienia ziemi w XVIII wieku, ale nie było niestety w stanie uchronić przed inną plagą ludzkiego pochodzenia – piractwem, jakie przez parę wieków niszczyło systematycznie większość miast na brzegu Atlantyku. W wyniku kolejnych ataków kaperskich Cacela Velha, mająca już w czasach średniowiecza prawa miejskie, zaczęła stopniowo się wyludniać. Mieszkańcy przenosili swoje domostwa w głąb lądu, a Cacela Velha powróciła do swych pradawnych sielskich korzeni i przekształciła się w maleńką wioską.

 

 

W Cacela Velha zaczynają się pierwsze laguny, tworząc wrota do Naturalnego Parku Ria Formosa. Stojąc na wysokim brzegu niczym na balkonie – na resztkach murów obronnych z czasu panowania Maurów – mamy przed sobą unikatową piękną panoramę tego parku – z szerokimi pomarańczowymi ławicami piasku. Żeby tam się dostać, należy odbyć parokilometrowy spacer lub dopłynąć wynajętą łodzią. Nie widać tam jednak tłumów jak na wielu innych plażach Algarve, które odwiedzaliśmy.

A gdy się odwrócimy od Atlantyku, przed nami roztacza się miniaturowa miejscowość z paroma ulicami na krzyż. Składa się na nią kilkanaście białych, starych domów- z niebieskimi okiennicami, mały kościółek oraz stary cmentarz zajmujący obszar większy niż cała wioska. Całość zdobią śródziemnomorskie rośliny i drzewa oraz liczne kameralne ogrody z pomarańczami i oliwkami. Czy można sobie wyobrazić zamieszkanie w bardziej romantycznym zakątku – puszczamy na chwilę wodze fantazji?  Pamiętam, jak byliśmy w Cacela Velha kilka lat temu pierwszy raz. Miejsce nas już wtedy tak zauroczyło, że zapytaliśmy się z ciekawości o cenę jednego z białych domków z niebieskimi futrynami – wystawionego akurat na sprzedaż. Słysząc kwotę przekraczającą milion euro, zamarliśmy z wrażenia. Tak, aby zamieszkać w Cacela  Velha, trzeba być posiadaczem fortuny. Ale pomarzyć sobie zawsze można, siedząc pod parasolem jednej z kilku lokalnych restauracji, np. Casa da Igreja. Niestety, z menu już dostosowanym do zawartości zachodnich portfeli. Do Cacela Velha nie przyjeżdża się na zwiedzanie, bo przecież niewiele tu zabytków, przyjeżdża się tutaj przede wszystkim kontemplować niepowtarzalną atmosferę i … snuć marzenia.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.