Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

O szarmanckim bandycie i innych tajemnicach pueblos blancos. Notatki z Andaluzji (Hiszpania)

Choć łączy je biały kolor ścian, każde pueblo jest inne i wyróżnia się  niepowtarzalną urodą. Usadowiły się u stóp gór lub na przełęczach, a ich mury przechowują pamięć z czasów średniowiecza. Odbyliśmy sentymentalną podróż po krainie „pueblos blancos” w Andaluzji, zaglądając do niektórych  białych miasteczek i wiosek, niekoniecznie tych najsłynniejszych, a także podążając śladami „bandoleros” ukrywających się niegdyś w ich pobliżu. Jeśli ktoś poznał już Grenadę, Sewillę czy Kordobę, najwyższy czas zanurzyć się w atmosferze pueblos blancos – prawdziwego fenomenu Andaluzji.

 

Smak migdałów w gnieździe orłów

Jeszcze 10 lat temu po mauryjskim zamku w Zahara de la Sierra włóczyliśmy się po omacku, wspinaliśmy się na wzgórze zniszczonymi schodami i ścieżkami  porośniętymi chwastami. Nie było żadnych tablic informacyjnych ani wytyczonych tras. Dziś całe wzgórze zyskało gospodarza i bramę wejściową, która otwiera się automatycznie po włożeniu biletu wstępu. Oznaczone alejki prowadzą do tzw. miejsc interpretacyjnych, w których  zastosowano najnowocześniejsze techniki wizualne.  Jest wrzesień, koniec sezonu turystycznego, po 19.00 byliśmy tu już ostatnimi zwiedzającymi. Poczuliśmy się więc trochę władcami całego wzgórza.

 

 

Promienie zachodzącego słońca dodają barw panoramie ze sztucznym jeziorem El Gastor  oraz masywem pobliskich gór Grazalema. Tafla zbiornika w wyniku tegorocznych saharyjskich upałów mocno skurczyła się. Widać to po jasnych, odsłoniętych brzegach jeziora.  Patrzymy z góry  na dachy białego miasteczka, odnajdujemy naszą uliczkę, gdzie zatrzymaliśmy się na parę nocy oraz pobliską wieżę zegarową XVI-wiecznego kościółka – San Juan de Letran.

Chodzimy alejkami wśród dzikich drzew migdałowych. Zerwaliśmy parę twardych wyschniętych migdałów, które udało nam się roztłuc kamieniami. Cóż to był za smak, jakże rózny od tego, jaki znamy z wiórków migdałowych zakupionych w polskich marketach.

 

 

Zahara de la Sierra nie bez przyczyny uznawane jest za jedno z najpiękniejszych pueblos blancos właśnie ze względu na swoją lokalizację – położenie na wysokim zboczu ze sterczącym pośrodku wzgórzem zamkowym i resztkami murów.

Zachwycamy się dzisiaj romantycznymi lokalizacjami białych miasteczek, ale przecież były one budowane nie dla walorów estetycznych, ale w celach obronnych – w miejscach trudno dostępnych dla wrogich wojsk. Warownia usadowiona na wysokiej skale w Zahara de la Sierra była nazywana mauryjskim gniazdem orłów. To tutaj w andaluzyjskich górach Grazalema toczyły się  w czasach średniowiecza zacięte walki w ramach rekonwisty pomiędzy Maurami i wojskami chrześcijańskimi próbującymi wyprzeć muzułmanów z półwyspu iberyjskiego po kilku wiekach ich obecności na półwyspie. Wojenne potyczki trwały prawie 2 stulecia, warownia parokrotnie przechodziła z rąk do rąk, aż w roku 1483 ostatecznie została odbita przez wojska chrześcijańskie z rąk Nasrydów rządzących emiratem w Grenadzie.

Parę godzin wędrówki po zamkowym wzgórzu oraz smakowanie aromatycznych migdałów tylko pobudziły nasz apetyt. Mimo późnej pory zdążyliśmy jeszcze znaleźć stolik w restauracji w centrum miasteczka nieopodal kościoła Santa Maria de las Mes. Stąd mieliśmy widok na oświetlone już ruiny orlego gniazda. Zamówiliśmy przepyszne croquetas z koziego sera oraz smażone pimientos, a do tego 2 kieliszki wina. Poprosiliśmy specjalnie o wino Rioja, aby uniknąć tutejszych, lokalnych win zbyt cierpkich jak na nasze podniebienia.

 

 

W mateczniku „bandoleros”  

Ta nieziemska trasa liczy około 16 km i prowadzi z Zahary de la Sierra do Grazalemy niemal przez środek pasma górskiego Sierra del Pinar. Szosa jest  dobrze utrzymana, aczkolwiek bardzo wąska i pełna zakrętów – trzeba być bardzo ostrożnym przy wymijaniu.

Po drodze zatrzymujemy się na kilku parkingach z tarasami widokowymi – delektujemy się pięknem gór, czasem te przystanki stanowią początek atrakcyjnych tras dla miłośników  trekkingu (np. Sendero del Pinsapar, Sendero de las Lomas, Sendero de los Llanos de la Rabel). Ale są i takie szlaki, na które można wyruszać tylko z zamówionym wcześniej przewodnikiem, bo trasy bardzo niebezpieczne i wymagają specjalnego sprzętu jak i doświadczenia. Wyprawa do słynnej Zielonej Paszczy  (Garganta Verde), była już o tej porze roku niedostępna dla turystów. A byłoby co przeżywać, schodząc stromą ścieżką na dno 400-metrowego wąwozu, a potem przedzierając się parę godzin kamienistym dnem górskiej rzeki wśród pionowych wąskich skał, z licznymi jaskiniami i gniazdami sępów u góry.

 

 

Przez kilka wieków, na długo przedtem zanim w górach Grazalema rozwinęła się turystyka, tutejsze niedostępne wąwozy i jaskinie stanowiły  idealne miejsce kryjówek dla andaluzyjskich „bandoleros”. Stali się oni sławni na całą Hiszpanię m.in. z tego powodu, iż podobnie jak Robin Hood czy nasz Janosik łupili bogatych podróżnych, dzieląc się potem zdobyczą z najbiedniejszymi. Oni ustanawiali wtedy własne reguły sprawiedliwości w czasach, gdy w Hiszpanii  szerzyła się bieda oraz nierówności w dzieleniu bogactwa.

Sława i autorytet „bandytów” wśród miejscowej ludności były tak duże, że gdy Andaluzję w I połowie XIX zaczęli odkrywać coraz częściej  wędrowcy z Europy Zachodniej i Północnej, wielu z nich wręcz marzyło o spotkaniu z „bandoleros”. Krążyły wtedy opowieści, że niektórzy Anglicy, którzy nie mieli szczęścia dostać się w ręce bandytów, sami opłacali organizowanie takich napadów. Pewnie najpierw musieli dawać zadatek, a resztę „bandoleros” potrącali sobie na miejscu. Być może ta ochota na przeżycie przygody w górach Grazalema brała się stąd, że andaluzyjscy bandyci  cieszyli się opinią łagodnych, o dobrych manierach i nie tak ordynarnych i okrutnych jak w innych częściach Hiszpanii. Wasilij Botkin w swoich „Listach o Hiszpanii” z 1845 roku tak pisze na ten temat: „Andaluzyjscy caballistas nie nakazują podróżnym, jak kastylijscy ladrones, kłaść się boca abajo (plackiem) , nigdy nie zabierają cygar, rewidują podróżnego jedynie w wypadku, gdy podejrzewają, że ukrył przed nimi gotówkę, i tylko w takich wypadkach biją go kolbami karabinów

 

 

Wędrując wśród pinsapo

Dawny matecznik andaluzyjskich bandoleros – Sierra de Grazalema  stał się pierwszym w Hiszpanii parkiem natury. Powstał już  w 1984 roku jako obszar do ochrony tworów geologicznych, roślin oraz zwierząt, takich jak orły, sępy i górskie kozice .

Wybraliśmy się na krótki parogodzinny trekking w okolicach  Grazalemy, który wiedzie doliną rzeki Guadalete  – wyschniętej o tej porze roku. Sendero Camino de los Charcones łączy Grazalemę  z Puerto del Boyar, skąd roztacza się także wspaniały widok na okoliczne góry. To pradawna ścieżka, którą mieszkańcy przeprowadzali bydło na pastwiska położone w niższych partiach gór. Po drodze spotykamy liczne samotne skały oraz fragmenty wapienników (pieców szybowych do wypalania wapna). Najpewniej stąd pochodził surowiec, którym mieszkańcy okolicznych pueblos bielili ściany swoich domów.  Zbocza wąwozu są gęsto zalesione głównie sosną śródziemnomorską , w wyższych partiach spotkać można rzadki gatunek pinsapo czyli hiszpańskiej jodły, która tu  tworzy rzadkie w Hiszpanii gęste skupiska leśne.

 

 

Mieliśmy w planach drugi ambitniejszy trekking po drodze z Grazalemy do Zahary de la Sierra. Gdzieś w połowie górskiej drogi szosa przecina słynną bramę – Puerto de las Palomas na wysokości 1190 m n.p.m. Na przełęczy znajduje się parking dla samochodów, gdzie niemal każdy zatrzymuje się, aby móc podziwiać krajobrazy albo wyruszyć na ponad godzinny trekking po dobrze oznakowanych ścieżkach wokół szczytu Monte Coros mierzącego 1,328 m n.p.m. My też tak planowaliśmy zrobić, ale tego dnia prześladował nas pech.

Na jednym z postojów akumulator w wysłużonej Toyocie odmówił posłuszeństwa. Przejeżdżający akurat samochód policyjny zatrzymał się i uprzejmi policjanci pomogli nam doładować baterię. Poradzili jednak, aby dla podładowania akumulatora już nigdzie nie zatrzymywać się po drodze. Tak też zrobiliśmy i w rezultacie Puerto de las Palomas oglądaliśmy tylko przez otwarte okno auta, na włączonym silniku.

 

 

Po co bielono ściany domów?

Na skraju gęstego sosnowego gaju wyrosła nagle przed nami niczym fata morgana  rozległa kotlina i leżące w dole miasteczko. To Grazalema jedno z tych najsławniejszych pueblos blancos, które leży w samym sercu regionu  górskiego o takiej samej nazwie i całkowicie na terenie obszaru chronionego.

Grazalema widziana od góry zaskakuje czerwienią dachów, która przytłacza nawet lśniącą biel ścian domów. Typowa dla pueblos blancos plątanina uliczek tutaj ze względu na równość terenu odznacza się regularnością i większym uporządkowaniem niż w innych odwiedzanych przez nas andaluzyjskich miasteczkach. Zaparkowaliśmy przed wjazdem do miasta. Chcemy przejść się jedną z głównych uliczek – wybraliśmy San Jose Calle – i jak zawsze podziwiamy fasady domów z małymi balkonikami, przystrojonymi często w doniczki  z kolorowymi kwiatami, które jakże udanie kontrastują z bielą ścian. Przyglądamy się codziennemu, nieśpiesznemu życiu mieszkańców.

 

 

Tradycja malowanie fasad domów na biało przetrwała tutaj kilkaset lat. Widać że ściany są co roku odnawiane. Biały kolor pozwalał chronić domy nie tylko przed andaluzyjskimi upałami. Był także świadectwem dbałości o higienę w czasach powtarzających się epidemii cholery czy żółtej febry. Wapno gaszone miało chronić przed infekcjami i zabijać zarazki. Przypominam sobie, że w krajach na podobnej szerokości geograficznej np. w Meksyku czy na Kubie nie widywaliśmy białych miasteczek, tamtejsi mieszkańcy żyją często w domach pomalowanych w pastelowe, jaskrawe kolory. Może dlatego, że są bardziej żywiołowi w charakterach i nie tak pragmatyczni jak tutejsi mieszkańcy.

 

 

Dotarliśmy na drugi kraniec miasta w pobliże placu  Los Asomaderos  i  zatrzymaliśmy się chwilę w parku z platformą widokową.,Dopiero teraz ukazała się przed nami w całej  krasie uroda otaczającego miasto skalnego masywu Sierra del Pinar. Na pozór wydaje się on niedostępny, ale te skały stały się dzisiaj wyzwaniem dla miłośników wspinaczek i grotołazów, którzy swoją bazę ustanowili właśnie w Grazalemie. Przechodziliśmy akurat obok hotelu, przed którym grupa miłośników trekkingu górskiego, obwieszona sprzętem wspinaczkowym, wysłuchiwała przed wyprawą ostatnich wskazówek swojego instruktora.

 

Bandyta, który całował w rękę napadnięte damy

 

 

Kolorowe tablice z płytek azulejos spotkać można na ulicach w każdym andaluzyjskim mieście. W trakcie naszego spaceru uliczkami Grazalemy jedna z takich tablic przyciąga uwagę swoim tytułem „El bandolorismo”. Znalazła się tam informacja, że miasto bywało w przeszłości odwiedzane przez bandytów nie tylko w celach rabunkowych. Jeden z najsłynniejszych bandytów z I połowy XIX wieku zakochał się w miejscowej piękności i para wzięła nawet ślub w miejscowym kościółku.

Ten wątek miłosny stał się świetnym pretekstem do promocji regionu. Lokalne władze przy silnym zaangażowaniu mieszkańców, organizują co roku widowisko historyczne pt. Krew i miłość w górach Grazalema”. Odtwarza ono najgłośniejsze epizody z życiorysu Josego Marii Hinojosy znanego jako El Tempranillo. Jego ukochana żona Maria Geronima Frances  z Grazalemy, powiła mu syna, ale niestety zmarła w czasie porodu. Została  pochowana w kościele Parroquia de la Encarnación.

 Pełne rozmachu przedstawienia ukazujące romantyczny związek trwa aż 3 dni i odbywa się na centralnym placu Los Asomaderos. Uczestniczy w nim aż 800 mieszkańców Grazalemy w strojach z XIX wieku. Żałujemy, że impreza odbywa się dopiero w październiku a nie wrześniu, byłoby sporym przeżyciem zobaczyć jeszcze jedną fiestę w Hiszpanii.

El Tempranillo był legendarną postacią, o której krążyły liczne opowieści i barwne anegdoty. John Ford, angielski podróżnik napisał w swoim pamiętniku, że bandytę pokochała cała Andaluzja i szanowała go bardziej niż ówczesnego króla Hiszpanii. Słynął np. z szarmanckiego traktowania napadanych kobiet. O seniora, mówił, Twoja ręka jest zbyt piękna, aby przyozdabiać ją jeszcze drogocennymi kamieniami. Po zabraniu kosztowności na pożegnanie całował swoją ofiarę w rękę i życzył jej dalszej bezpiecznej podróży.

 

Hiszpańskie plakaty ze słynnego filmu Carlosa Saury pt. „Llanto por un bandido”

 

Wielu zagranicznych artystów w XIX wieku zafascynowanych andaluzyjskimi bandoleros przyjeżdżało specjalnie spotykać się z nimi, jak np. angielski malarz, John Frederic Levis. Udało się mu się nawet namalować portret El Tempranillo na koniu. Legenda bandyty fascynuje do dzisiaj literatów i filmowców. Słynny hiszpański reżyser Carlos Saura nakręcił  o El Tempranillo w latach 70-ych artystyczny film pt. Llanto por un bandido (Lament dla bandyty), niestety nie wyświetlany w Polsce.

 

Tajemnice starej farmy

 

 

Kochamy miejsca, w których można wyczuć pulsującą historię i które są wtopione w otaczającą naturę. Dlatego na kilka noclegów wybraliśmy starą, XIX-wieczną farmę, zaadaptowaną przez właścicieli z dużym smakiem na urokliwy hotelik. Pierwotnie znajdowała się tutaj winnica, gdzie wyrabiano wino z winogron uprawianych na okolicznych wzgórzach. Ale kiedy przeszła przez Hiszpanię zaraza vinisfery, winiarski interes podupadł, a farma musiała zamienić się w typowe gospodarstwo rolno-hodowlane. Na każdym niemal kroku spotykamy artefakty z rolniczej przeszłości – a to potężna metalowa kadź z kranem, gdzie gromadzono oliwę czy liczne ogromne jarzma nad drzwiami – pamiątki po bykach. Przylegające do głównego budynku wąskie budynki z licznymi drzwiami służyły ongiś jako stajnie i obory dla hodowlanych zwierząt. Dzisiaj w poszczególnych boksach rozlokowano pokoje dla hotelowych gości.

Z niedowierzaniem dowiadujemy się, że właściciele finki przygotowali dla swoich gości specjalne trasy trekkingowe oraz oznaczyli je kolorowymi znakami. Wybraliśmy się na trekking zaraz pośniadaniu i przewędrowaliśmy  7 – 8 km po okolicznych terenach farmy, wśród wiekowych dębów i oliwek,  polnymi kamienistymi drogami, które pewnie służyły a i służą do dzisiaj podczas prac rolniczych.

 

 

W recepcji zwraca uwagę mała szklana gablota z tajemniczym listem oraz paroma połamanymi nabojami. To pamiątka pozostawiona przez nieżyjącego już ojca obecnego właściciela hotelu i okolicznych pól, Francisco Lopeza, mówi mi pracownik hotelu. W roku 1948 na farmę napadli bandaleros z gór Grazalema i uprowadzili w okoliczne lasy młodego Francisca, licząc na spory okup wymuszony na rodzinie. Młody człowiek zdołał się jednak wyzwolić – podczas ucieczki napastnicy oddali za nim kilka strzałów z broni palnej, ale na szczęście chybili. Po paru latach Francisco Lopez odszukał wystrzelone w niego pociski i pozostawił je swoim następcom na pamiątkę oraz opisał na kartce papieru swoją niebezpieczną przygodę.

 

 

Mnie intrygowało pytanie, co to byli za „bandoleros”, którzy ukrywali się w górach aż do lat 40 i 50-ych ub. wieku. Na trop wpadłem po dokładnym przestudiowaniu listu, gdzie Francisco Lopez użył słowa „maquis”. I tak po nitce do kłębka wyjaśniło się, iż współcześni „bandyci” byli partyzantami walczącymi z reżimem Franco, ukrywającymi się po upadku Republiki w roku 1939. Najlepszym miejscem do schronienia się przed frankistami były właśnie niedostępne góry Andaluzji między Grazalemą a Rondą.

I  tak natknąłem się na ślad pozostawiony przez ostatnią generację „bandoleros” – mieszkańców okolicznych jaskiń. Przy okazji nasuwa się skojarzenie z powojenną historią naszych żołnierzy niezłomnych, którzy podobnie jak w Hiszpanii wywołują do dziś spory ze względu na niejednoznaczność ich czynów: byli to bohaterowie czy może zwykli bandyci?

 

Z sentymentem do Benalaurii

 

W tym „białym domku” koło Benalaurii spędziliśmy kilka lat temu niezapomniany tydzień, wędrując po okolicznych górach Serrania de Ronda.

 

Jadąc do Gaucin, nie mogliśmy pominąć po drodze Benalaurii. Wzmianki o tym białym miasteczku trudno doszukać się w bedekerach – leży ono poza utartymi szlakami wycieczkowymi. My jednak z dużym sentymentem wspominamy nasz pobyt sprzed kilku lat. Spędziliśmy w tutejszej okolicy urokliwy wrześniowy tydzień, ciesząc się  przepięknymi górskimi krajobrazami i chłonąc codzienne życie pobliskiego maleńkiego miasteczka. Mieszkaliśmy w domku Amapoli, Angielki – w skromnym, acz przytulnie urządzonym apartamencie. Domek był schowany wśród gajów oliwnych i kasztanowych na zboczu od strony Benalaurii właśnie. Niemal codziennie spacerowaliśmy do miasteczka polną ścieżką – było to zaledwie 1,5 km drogi. Niemal zawsze coś nowego i zaskakującego odkrywaliśmy, obserwując codzienne życie mieszkańców pueblo. A to trafiliśmy przypadkiem na lokalną piekarnię z pysznym pieczywem przygotowywanym w sposób tradycyjny.  A to zaprzyjaźniliśmy się z osiołkiem mającym stajnię na parterze jednej z kamieniczek. Miasteczko chlubi się swoją oliwną tradycją, jest tu unikatowe muzeum urządzone w pięknie odrestaurowanym domu, w którym jeszcze XVII wieku znajdowała się tłocznia oliwy z oliwek. Podziwialiśmy świetnie zachowane wnętrze z oryginalnym kieratem, za pomocą którego konie i muły wprawiały w ruch stożkowate kamienne żarna, wyciskające oliwę z oliwek pochodzących od okolicznych farmerów.

 

 

 

Odkryliśmy też interesującą restaurację urządzoną również w starym młynie z XVIII wieku. Tam na balkonie smakowaliśmy croquetas z kasztanami według lokalnej receptury i podziwiali widok na pobliskie szczyty, które stąd wydawały się nie do zdobycia. Następnego dnia udało nam się dostać na jeden z nich o nazwie Peñón de Benadalid. Po parogodzinnej wędrówce mogliśmy oglądać stamtąd białe mury Benalaurii. Doszliśmy niemal do krawędzi pionowej skały, na której urządzono tzw. via ferratę dla amatorów skalnych wspinaczek.

 

Peñón de Benadalid

 

Intrygująca nazwa Benalauria to trwały ślad po mauryjskiej średniowiecznej przeszłości. Otóż w tutejsze okolice już w VIII wieku dotarli Berberzy z plemienia Banu al Auria I to oni prawdopodobnie byli założycielami w tym miejscu pierwszej osady. Późniejsze losy osadników były bardzo kręte, splątane wojnami i waśniami na tle religijnym. Niemniej dzisiaj lokalna społeczność patrzy inaczej na muzułmańsko-chrześcijańskie spory sprzed wieków i  co roku od wielu lat w sierpniu organizuje lokalną pokojową wersję święta moros i christianos. To co w Hiszpanii najbardziej chwyta za serce, to właśnie wysiłek lokalnych społeczności, aby chronić spuściznę kulturową ich małych ojczyzn. Dowody tego znajdujemy niemal w każdym odwiedzanym pueblos blancos.

 

Dwie kolczatki wracają z El Hacho

Świat jest jednak bardzo mały – na tarasie jednej z restauracji w Gaucinie rozpoznajemy roześmianą i tryskającą humorem Amapolę, gospodynię domku z Benalaurii, gdzie jeszcze wczoraj złożyliśmy sentymentalną wizytę.  Przypomnieliśmy się, podczas miłej pogawędki dowiedzieliśmy się, że Amapola swój domek zdążyła niedawno odsprzedać parze Szwedów. Po 20 latach miała dość rutyny i monotonii bycia hostem oraz zatęskniła za chłodem i deszczami z rodzinnych stron.  Pamiętamy, jak opowiadała nam, ile pracy i pasji włożyła w to, aby przekształcić dawne zrujnowane pomieszczenia gospodarcze i obejścia dla kóz, jakie kupiła od lokalnego gospodarza, w piękną posiadłość z ogrodem oliwkowym.

 

Na pierwszym ze szczytów El Hacho – w dole – panorama białego miasteczka Gaucin

 

W Gaucin zamierzaliśmy powetować sobie nieudany trekking z gór Grazalema. Z naszego okna szczyt El Hacho wyglądał  niewinnie – ot stożkowate wzgórze nadające się bardziej na spacer aniżeli na górską wędrówkę. Także wysokość około 1000 m n.p.m nie była imponująca. Wydawało się nam także, że trasa będzie tym bardziej dobrze oznakowana i szkoda czasu na bardziej szczegółowe wskazówki w lokalnej Informacji  Turystycznej. Ponadto mieliśmy dopiero podczas wędrówki podjąć decyzję, czy wybrać  szlak łagodniejszy wokół góry czy też wdrapywać się na wszystkie 3 wierzchołki góry, z których dwa nie były widoczne z naszego okna. Spodziewaliśmy się ponadto, że podczas pięknej słonecznej pogody natkniemy się na turystów, którzy w razie czego posłużą nam wskazówkami. Tymczasem w miarę wspinania się droga stawała się coraz bardziej trudna, węższa oraz śliska ze względu na zmurszałą podściółkę. Po wejściu na pierwszy z wierzchołków znaki turystyczne na skałach stawały się coraz rzadsze, aż w końcu zniknęły. Szliśmy więc dalej  po omacku, ścieżką wydreptaną wśród skał. I tak dotarliśmy do głównego szczytu El Hacho, gdzie stoi  betonowy obelisk. Urządziliśmy tu sobie półgodzinny popas, zjedliśmy wśród skał drugie śniadanie, podziwiając panoramę okolicznych gór Grazalema oraz mając przed sobą imponujący widok na lśniące bielą miasteczko Gaucin. Zmartwił nas nieco brak tutaj jakichkolwiek znaków turystycznych a także fakt, że w dalszym ciągu nie pojawił się żaden turysta, którego moglibyśmy zapytać o dalszą drogę. Postanowiliśmy jednak nie zawracać, łudząc się, że odnajdziemy w końcu jakieś oznakowanie szlaku.

Podążaliśmy znowu najbardziej wydeptaną ścieżką, docierając w końcu  w okolice trzeciego wierzchołka El Hacho, pokrytego gęsto olbrzymimi głazami. Wykrzyknęliśmy z radością na widok długo wyczekiwanego niebieskiego znaku namalowanego na skale. Stąd można było pójść w 2 kierunkach. Jedna droga prowadziła do zamkniętej drucianej furtki, za którą rozciągał się  fragment pastwiska. Rozsądek podpowiadał jednak, aby tam nie wchodzić i nie ryzykować spotkania się z jakimś psem czatującym na intruzów. Przypomniał mi się incydent, jaki przeżyłem na północy Hiszpanii w Picos de Europa, gdy drogę na jeden ze szczytów zagrodził mi nagle potężny owczarek, który zmusił mnie do odwrotu i zaprzestania dalszej wędrówki. Poszliśmy więc w odwrotną stronę, ale po kilkunastu minutach poszukiwań prysła nadzieja na znalezienie dobrze oznakowanej  ścieżki powrotnej. Podjęliśmy więc szaleńczą decyzję, aby zejść z góry stromym zboczem na przełaj w kierunku dobrze widocznej w oddali drogi prowadzącej w kierunku Gaucin. Jakże karkołomna  była to jednak przeprawa – wśród potężnych głazów zarośniętych gęstymi kolczastymi krzewami i wyschniętymi ostami. Przedzieraliśmy się tak ponad godzinę, parę razy musiałem Jadwigę przenosić na plecach, gdy utknęła w gęstwinie między skałami. I tak zamiast niewinnie zaplanowanego spaceru przeszliśmy tego dnia kilkanaście wyczerpujących kilometrów. W pierwszej spotkanej na skraju miasta knajpce rzuciliśmy się niczym głodomory do jedzenia, które w mig zniknęło z naszych talerzy.

 

Jeden z wierzchołków El Hacho widziany z naszego okna prezentował się niewinnie.

 

Masyw El Hacho – widziany z odległości kilkunastu kilometrów podczas jazdy szosą w kierunku Cesares.

 

Dopiero wieczorem odczuliśmy na własnych skórach trudy wędrowania po szczytach El Hacho.  Byliśmy jak dwie kolczatki z setkami delikatnie kłujących kolców powtykanych w nasze ciała. Pozbyliśmy się ich przy pomocy pęsety dopiero po kilku dniach mozolnej pracy.

 

W „labiryncie” Cesares

W drodze do kolejnego pueblo blanco w Cesares spotkała nas przykra niespodzianka. Wg AIRNB miało być niepowtarzalne miejsce na starej farmie oliwnej. W rzeczywistości wylądowaliśmy w zwykłym współczesnym pawilonie z kilkoma pokojami dla turystów. Rzekomą farmę musieliśmy potraktować jako zwykłą hotelową sypialnię z 2 niewygodnymi łóżkami do spania i łazienką na korytarzu, po czym  szybko znikaliśmy. Pobliskie nadmorskie miasteczko San Luis de las Sabanillas stało się naszym miejscem do stołowania. Na promenadzie nadmorskiej jest tu bez liku knajpek z rybami  i owocami morza oraz bogatą ofertą tapasów. Odkryliśmy bar serwujący wyłącznie tapasy, w menu było ich ponad 20. Mogliśmy sobie dobierać różne zestawy i cieszyć się własną kompozycją obiadową.

 

 

Natomiast pobliskie Cesares sprawiło nam miłą niespodzianką. Wydawało się, że wizyta w kolejnym pueblo blanco nie będzie nas już w stanie niczym zaskoczyć. Mury starej warowni z czasów mauryjskich na samym szczycie wzgórza, ten standardowy element krajobrazu większości białych miasteczek, zdawały się potwierdzać stereotyp. Tymczasem poniżej twierdzy ukazuje się nam niespotykany wcześniej obraz – gąszcz ulic i białych domków przylepionych do stromej skały. Aż trudno uwierzyć, ze na tak pochyłym zboczu można jeszcze mieszkać.

Mimo upływu kilku wieków przetrwała tutaj średniowieczna struktura przestrzenna zabudowy. Ów gąszcz wąskich wybrukowanych i wijących się uliczek z bielonymi domami, idealnie wpasowanych w pochyłości i rzeźbę zbocza. Poza Cesares widzieliśmy to również w Ubrique czy Setenil de las Bodegas – gdzie chodziliśmy uliczkami dosłownie wykuwanymi w skałach. Właśnie dlatego każde pueblo blanco jest tak inne i niepowtarzalne. Ów niezwykły układ urbanistyczny został trafnie określony przez jednego z lokalnych poetów Felipe Beniteza Beyesa jako „wertykalny labirynt”. Błądziliśmy po tym labiryncie urzeczeni jego nieregularnością. Uliczki są tutaj tak wąskie, że zastanawialiśmy jak tutaj ludzie transportują meble i sprzęty o większych gabarytach. Zapewne z pomocą osłów i mułów. Nawet niewielki placyk przy kościele , wyglądający na centrum miasta, był lekko pochyły. Usiedliśmy na ławeczce pod kasztanem, wokół było parę knajpek, ale niestety już wszystkie pozamykane. Tuż za rogiem znaleźliśmy szczęśliwie sklepik, którego właścicielka zaoferowała nam własny, jeszcze ciepły wypiek – churros z czekoladą. Smakował nieziemsko w tej labiryntowej scenerii.

 

Malownicze wzgórza i doliny wokół miasteczka Cesares

 

Marbella – stolica przepychu i przekrętów

Chcieliśmy spędzić ostatnich kilka dni nad morzem w jakimś kameralnym rodzinnym pensjonacie z niepowtarzalną atmosferą. Niestety, oferta Airbnb staje się z roku na rok  uboższa i coraz trudniej znaleźć w niej coś oryginalnego, co nawiązywałoby do pierwotnej idei tej organizacji. Na kilkadziesiąt przejrzanych propozycji w pasie wybrzeża Costa el Sol znaleźliśmy zaledwie jedną, która spełniała przynajmniej część naszych oczekiwań. Nasz hotelik otoczony był sporym ogrodem ze szklarnią oraz panowała w nim sielska rodzinna atmosfera. Będziemy długo pamiętać serwowane tam pyszne śniadania w stylu hiszpańskim.

 

Wdałem się w miłą pogawędkę z właścicielką, która opowiedziała historię pensjonatu.  Gdy w latach 90-ych za zarobione w Szwajcarii pieniądze postawił ten dom mój ojciec, z naszych okien widać było plażę a wokół był chroniony teren leśny. Potem w ciągu paru dziesiątków lat dookoła naszego ogrodu dziwnym trafem bez jakichkolwiek zezwoleń powstawały  jak grzyby po deszczu te wszystkie salony i warsztaty samochodowe oraz inne budynki usługowe. O Marbelli słynącej z afer korupcyjnych jest w Hiszpanii od dawna bardzo głośno. Zamieszkaliśmy więc w takiej maleńkiej oazie zieleni na przedmieściach, która nie została jeszcze wchłonięta przez industrialną zabudowę i oparła się zakusom spekulantów.  

Aby dojść do niewidocznej już, pobliskiej plaży, trzeba było przejść najpierw przez ruchliwą arterię – obok słynnego z widokówek łuku powitalnego z wyrzeźbionym napisem Marbella.  Do centrum wędrowaliśmy potem parę km alejką wzdłuż plaży, omijając w ten sposób  zgiełk na głównej arterii biegnącej kilkaset metrów od linii brzegowej.

Nie przypadły nam wcale do gustu tutejsze plaże – płaskie i piaszczyste. Nie tylko dlatego, że nie mogliśmy się wykąpać, bo wiał silny wiatr i już po kilkunastu minutach leżenia mieliśmy pełno ziarenek piasku we włosach. Wolimy półdzikie, kamieniste plaże przez naturę bardziej urozmaicone i przez to mniej monotonne.

 

 

Miasto wzdłuż głównej alei jest zbyt nowoczesne, pełne luksusowych budynków i usługowych placówek. Całe szczęście, ze nie buduje się tutaj jeszcze takich wieżowców jak np. w Benidormie. Jedynym wyjątkiem w tej monotonii jest kolorowa, pełna kwiatów starówka, gdzie roi się od  kawiarni, knajpek i galerii. Tam też znajduje się parę zabytkowych budynków i kościołów, ale nie mieliśmy już ochoty na ich zwiedzanie. Zamówiliśmy kawę w jednej z kawiarenek w pobliżu resztek mauryjskich murów, próbujemy kontemplować atmosferę, ale niestety w wymuskanej na wysoki połysk starówce nie da się poczuć klimatów pueblos blancos.

 

 

Marbella słynie z nieprzyzwoicie wystawnego bogactwa – znajdują się tutaj ponoć najdroższe nieruchomości w Hiszpanii, nabywane przez słynnych aktorów, filmowców, rosyjskich oligarchów i innych przeraźliwie zamożnych celebrytów. Właścicielka naszego pensjonatu poradziła nam, aby pojechać na drugi koniec miasta do dzielnicy Puerto Banus. To wizytówka tutejszego luksusu, port pełen wypasionych jachtów oraz otaczająca go dzielnica sklepów oferujących najbardziej ekskluzywne marki z roleksami i rollrojsami na czele. Rozglądam się po porcie – do niedawna cumowały tu dziesiątki luksusowych jachtów z flagą rosyjską, teraz po napadzie Rosji  na Ukrainę zniknęły jak kamfora. Pewnie są tu nadal –  tyle że poprzepisywane na podstawione osoby. Hiszpanie zawsze przymykali oko na rosyjskich oligarchów, którzy zostawiają tutaj masę pieniędzy .

Najbogatsi nie mieszkają w okolicy portu, ale w miejscach niedostępnych dla przeciętnego zjadacza chleba. Mają swoje rezydencje pod Marbellą w miejscowości Benahavis u stóp Sierra Blanca, gdzie na 900 hektarach leśnego parku powstało luksusowe osiedle La Zagaleta. Obszar parku podzielono niegdyś na 400 posiadłości i nie wolno ich już dzielić na mniejsze parcele. Lokalne pismo „Sur” ujawniło, że jeden z tamtejszych pałaców był zakupiony przez oligarchów specjalnie dla Putina i że tenże bywał w La Zagaleta wielokrotnie. Pewnie naoglądał się z bliska, jak wygląda „gnijąca zachodnia cywilizacja” , której wytoczył właśnie wojnę. W hoteliku odradzono nam podejmowanie jakiejkolwiek prób dotarcia do tej oazy przepychu, bo zaraz wypłoszą nas stamtąd zastępy uzbrojonych po zęby ochroniarzy, dysponujących nawet helikopterami. Nam szarakom pozostawało tylko podziwiać rezydencje z góry i z oddali, co uczyniliśmy wyjeżdżając z Marbelli drogą w kierunku Rondy. Natomiast dokładnie mogliśmy je oglądać tylko w Internecie na stronach biur nieruchomości.

 

Przekręt z pomnikiem

Kilkaset metrów od portu w Puerto Banus na rondzie sterczy osławiona, ponad 20-metrowa kolumna Zwycięstwa, uwieczniania na niemal każdej pocztówce z Marbelli. Gdy przyjrzymy się bliżej pomnikowi, uderza niesłychane podobieństwo rzeźby do monumentalnych postaci, jakich pełno np. w moskiewskim metro. Silnie umięśniony heros z podniesionymi triumfalnie rękami na znak wiktorii, z dziwnym przedmiotem przy nodze, przypominającym „kałacha”. I nie jest to przypadkowa konotacja z socrealistycznymi dziełami, bo autor tego szkaradztwa na kolumnie – Zurab Konstantinovich Tsereteli okazuje się być znanym od lat w sowieckiej a potem putinowskiej Rosji nadwornym artystą, ba nawet aktualnym przewodniczącym Rosyjskiej Akademii Sztuk Pięknych. Według oficjalnej informacji ma to być rzeźba ufundowana miastu Marbelli przez byłego i nie żyjącego już mera Moskwy Jurija Łużkowa, który był przyjacielem rzeźbiarza. Gdy pod pomnikiem nie znalazłem żadnej pamiątkowej tablicy podkreślającej te hiszpańsko-rosyjskie więzi braterstwa, zaczęły mnie nachodzić liczne wątpliwości. Czyżby włodarze miasta czegoś się wstydzili? Drążąc temat pomnika w Internecie, doszukałem się nieco innej wersji historii daru dla Marbelli.

 

Po lewej – „braterski podarunek” od mera Moskwy. Po prawej – jedna z 10 kopii słynnych rzeźb Salvadore Dali, przy Avenida del Mar, jakie władze miasta zafundowały sobie w celu podniesienia atrakcyjności kurortu, chociaż artysta nigdy nie bywał w Marbelli.

 

Otóż na początku tego stulecia hiszpańska prasa, m.in. El Mundo, relacjonowała głośny proces, w którym głównym oskarżonym był nieżyjący już były burmistrz Marbelli Jesus Gil. Pomnik dla Marbelli miał być tylko zasłoną dymną dla ciemnych interesów burmistrza z rosyjskimi oligarchami. Jesus Gil zarezerwował w budżecie Marbelli około 1 mln euro na zakup działek dla rzeźbiarza Tsereteliego i  ówczesnego mera Moskwy Łużkowa. Natomiast sama rzeźba miała powstać z miedzi i brązu nielegalnie przemyconych  z Rosji.

Niestety, pomnikowy przekręt nie doczekał się ostatecznego wyjaśnienia. Najpierw akta  sprawy zostały dziwnym trafem wykradzione przez jednego z pracowników sądowych, który  wkrótce potem zmarł w tajemniczych okolicznościach. Sąd umorzył sprawę i do dzisiaj utrzymuje się w mediach oficjalna wersja o szlachetnym darze „przyjaciół” z Moskwy.

Jesusowi Gilowi wytoczono za życia aż kilkadziesiąt zarzutów o charakterze korupcyjnym, a podejrzany interes z pomnikiem był zaledwie  jednym z wątków sądowego serialu  o nadużyciach władzy samorządowej w Marbelli.

Współcześni „bandoleros” nie muszą się już tułać po jaskiniach w górach Grazalema i Serrania de Ronda – przenieśli się na tereny miejskie, ubrani w luksusowe garnitury i markowe koszule.  Organizują „napady” na kasę ze środków publicznych jako szanowani samorządowcy. I co więcej nie muszą już dzielić się łupami z najbiedniejszymi, ponieważ Hiszpania stała się już zamożnym państwem europejskim. A Marbella dzięki Gilowi i jego kolejnym, także skorumpowanym następcom na stanowisku burmistrza zyskała mało chlubną sławę „jaskini” nowego typu zbójnictwa w Hiszpanii.

 

Przejeżdżając przez góry Grazalema i Serrania de Ronda wiele razy mijaliśmy malownicze pueblo blancos, które kusiły do zatrzymania się choćby na parę godzin. Jednym z nich jest np. miasteczko Algatocin leżące na trasie Ronda – Gaucin.

    • wanda, 10 marca 2023, 19:57

    Odpowiedz

    Janusz , świetne zdjęcia i opisy ; na razie ogólnie bez szczegółów zapoznałam się .Wiem że wrócę bo warto będzie .wanda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.