Marzyliśmy o słońcu, a tu taki pech. Prawie przez cały tydzień leje deszcz. Na szczęście dzięki Magdzie nuda nam nie grozi. W ciągu dnia będziemy zwiedzać zabytki, uzbroiwszy się w razie potrzeby w płaszcze i parasole. Wieczorami zaś mamy przyglądać się alternatywnemu życiu kulturalnemu w historycznym centrum Sewilli. Byliśmy w Sewilli parę razy, ale zawsze brakowało czasu na zwiedzenie wszystkich ciekawych miejsc, zwłaszcza w dzielnicy Macarena, gdzie Magda mieszka. Teraz będzie okazja, aby to wszystko nadrobić.
San Luis de los Franceses
Otwieramy parasole i po kilku minutach już jesteśmy pod kościołem San Luis de la Franceses, którego obejrzenie zawsze odkładaliśmy, bo był chyba za blisko domu Magdy. A przecież to jedna z pereł barokowych w Sewilli. Obiekt oddano do użytku dopiero kilka lat temu – po wieloletnich, żmudnych pracach restauracyjnych. Teraz jest to już świeckie muzeum, bo dobra jezuickie, do których kościół należał, zostały już dawno skonfiskowane.

Kupujemy bilety wstępu, droższe dla cudzoziemców niż dla rezydentów. Przekraczamy próg, a we wnętrzu bogactwo i przepych wprost leją się na nasze głowy. Nie ma tu tradycyjnych bocznych naw, jest jedna centralna część z wysoką kopułą, która sięga niemal nieba. Sufit jest odpowiednio oświetlony, na freskach-niebiosach fruwają cherubiny i anioły. Od setek pozłacanych rzeźb i fresków mieni się nam w głowach. Ktoś chyba z bardzo chłodną głową mógłby pozostać obojętny na widok wnętrza takiej świątyni. Emocje powinny tu sięgać zenitu – dokładnie tak jak spodziewali się twórcy tego barokowego obiektu w XVII wieku. Wierni mieli odczuć potęgę i siłę kościoła katolickiego, który przeżywał głęboki kryzys po czasach reformacji protestanckiej. Mieli też pogłębić swoją wiarę, a przy okazji zapomnieć o wszelkich niegodziwościach, do jakich Kościół dopuścił się w poprzednich wiekach.
Kiedy tak robię sobie powtórkę z baroku, przychodzi od razu na myśl skojarzenie z zupełnie podobnymi strategiami współczesnych polityków, którzy też zabiegają o względy wiernych wyborców graniem na emocjach. Wtedy w XVII wieku w warunkach głębokiego kryzysu Kościół wybrał zabiegi – mówiąc współczesnym językiem – marketingowe. W Watykanie podczas soboru trydenckiego napisano wytyczne kampanii ze wskazówkami, jak powinny być budowane nowe kościoły barokowe. Potem w trakcie wdrażania tych zaleceń kardynałowie sprawowali często osobisty nadzór nad budową – mieli duży wpływ na wybór architektów, a potem na ostateczny projekt kościoła. I tak barokowa sztuka i architektura dostały się w tryby kościelnej machiny propagandowej.

W XVII stuleciu rolę współczesnych billboardów pełniły więc wnętrza kościołów, do których bogobojny lud przychodził regularnie i tłumnie na nabożeństwa, a religijne freski i obrazy z piekłem i niebem skutecznie pełniły rolę współczesnych mediów.
El Camerino
Podczas wyjazdów do Hiszpanii nie wyobrażamy sobie życia bez dźwięków flamenco. Tu w Andaluzji, kolebce tej sztuki, flamenco pozwala lepiej odczuwać andaluzyjskie klimaty. Tak jak i hiszpańskie wino, które wypite tutaj na miejscu, najlepiej smakuje.

W Sevilli musi być więc obowiązkowo koncert flamenco. Dotychczas raczej unikaliśmy profesjonalnych teatrzyków tablao, nakierowanych głównie na turystów, gdzie pokazy flamenco są wyreżyserowane jak w teatrach i przez to wydają się sztuczne i za mało spontaniczne. Magda zawsze wyszukiwała nam imprezy w mniej znanych peñas (małych lokalnych placówkach skupiających miłośników sztuki flamenco) lub klubach, do których rzadko zaglądają turyści.
Tak było i tym razem. Standardowe małe plakaciki porozwieszane na słupach elektrycznych zapowiadały raczej koncert dla lokalsów. Jakimiś małymi bocznymi uliczkami Macareny Magda prowadzi nas do małego prywatnego klubu, który oferuje występy flamenco tylko raz w tygodniu. Lokal nazywa się El Camerino i mieści się w budynku dawnej fabryki kapeluszy. Przemakamy jednak po drodze niemal do suchej nitki, bo nasze parasole zbyt słabo broniły się przed silnym deszczem i porywami wiatru. Sala koncertowa jest niewielka, zajmujemy jeden z wolnych stolików tuż pod sceną. Zamawiamy kieliszki czerwonego wina i przekąski, jak dobrze, że jest miejsce, na którym można je postawić. Klimatyczne wnętrze tworzy dobry nastrój. Menedżerka klubu, Amerykanka sądząc z akcentu, staje przed zasuniętą kotarą i zapowiada, że dzisiaj będziemy oglądać i słuchać grupę młodych absolwentów Fundacji założonej przez Cristinę Heeren. Ta jedna z najbardziej renomowanych w Sewilli instytucji, która edukuje i promuje flamenco.
Kurtyna zostaje rozsunięta na boki. Na scenie widać już czwórkę artystów, którzy zaprezentują nam w pełnej krasie sztukę flamenco. Będzie więc i gra na gitarze, śpiew oraz oczywiście taniec.
Ci młodzi artyści nie są jeszcze zmanierowani, bije od nich autentyczność i pasja. Często improwizują. Podczas pokazu w tej małej salce nie używa się żadnych nagłaśniających mikrofonów, co jakże sprzyja naturalności. Wykonawcy stawiają dopiero pierwsze kroki na scenie, nie są znani, ale widać, jak bardzo ambitni, Pewnie za niedługo trafią … do renomowanych tablaos w mieście.

Pokazy flamenco na ulicach Sewilli to nader często spotykany widok w tym mieście.
La Macarena z perlistymi łzami
Mieszkamy w historycznej części Sewilli w Macarenie. Macarena nie należy do tych topowych miejsc, które są w programach wycieczek po Andaluzji. Tymczasem jest to jedna z najbardziej tradycyjnych części starego miasta z wieloma interesującymi zabytkami. Obok kościoła San Louis de los Franceses, który już odwiedziliśmy, centrum życia religijnego skupia się wokół bazyliki La Macareny. Choć budynek kościoła jest relatywnie młody (powstał w ubiegłym wieku), to jego wnętrze przypomina wystrojem barokowe kościoły, też mieni się od złota, fresków i przepychu. Podobnie jak we wspomnianym kościele San Luis.

Lubimy zawsze przy okazji wizyt w Sewilli wpadać choćby na chwilę do bazyliki, aby zobaczyć słynną figurę Matki Boskiej Nadziei – La Macarenę, pochodząca z XVII wieku. Symbolizuje ona nadzieję, która umiera ostatnia. Jest przedmiotem kultu religijnego nie tylko w Sewilli, ale i w całej Hiszpanii. Apogeum sławy La Macareny przypada na coroczne obchody Semana Santa (Wielkiego Tygodnia). Rzeźbę umieszczoną na platformie podczas słynnej procesji noszą wtedy na swoich barkach tzw. costaleros. .
Spoglądamy na ołtarz, a tu niespodzianka. Nie ma figury Matki Boskiej ze łzami, jest jakieś zastępstwo ale bez perlistych łez. Dopiero z plakatu, którego wcześniej nie zauważyliśmy, dowiadujemy się, iż nieobecność La Macareny wiąże się z jej kompleksową konserwacją.
Przejściowo przestaje padać, chowamy parasole. Przed kościołem formuje się niezwykła, wielokrotnie zawijana kolejka. Pytamy się z ciekawości, za czym się tu stoi. Odpowiedź jest też zaskakująca. To parafianie głosują dzisiaj na nowe władze tutejszego bractwa religijnego (Hermandad de la Macarena) opiekującego się La Macareną. Takie religijne wzmożenie aktywności intryguje bardzo, bo wiem, że tutejszy kościół katolicki przeżywa głęboki kryzys, nawet głębszy niż w Polsce. Sięgam więc do lokalnej prasy, aby dowiedzieć się czegoś więcej. No i wszystko staje się jasne.
W dniu głosowania musiało być tłocznie, bo bractwo liczy aż 17 tysięcy członków. Wybierano dlatego nową radę, bo poprzednia podała się do dymisji wskutek, jak pisano, spartaczonej pierwszej próby renowacji figury. Wiernych oburzyły widoczne gołym okiem zmiany na twarzy La Macareny (wydłużone rzęsy, inny odcień policzków itp.). Pisano o nieudanym liftingu. Skandal był szeroko komentowany w całej Hiszpanii, rozpisywała się o nim nawet prasa zagraniczna. Czy świeżo wybrane władze Bractwa naprawią błędy w liftingu, przekonamy się o tym za parę miesięcy podczas kolejnej procesji Semana Santa.

Takie procesje ze świętymi figurami dosyć często widywaliśmy podczas naszych podróży po Andaluzji
Odświętne procesje z figurami świętych, wyprowadzanych z kościołów to niemal stały element krajobrazu kulturowego Andaluzji. Początkowo sądziłem, iż są to głównie inicjatywy samych kościołów, przez nich organizowane i finansowane. Prawda okazuje się inna – w większości bractwa religijne są samowystarczalne i w pełni demokratyczne – utrzymują się głównie ze składek członkowskich, sprzedaży gadżetów lub numerowanych miejsc do siedzenia w czasie procesji oraz niewielkich dotacji samorządów. Mają dosyć luźny związek z kościołami, w których święte figury przebywają na co dzień. W samej Sewilli działa ponoć aż kilkadziesiąt bractw, co jest liczbą szokującą.
Wg wypowiedzi, jaką znalazłem w Internecie, bractwa nie tylko dowodzą silnej więzi z wiarą katolicką, ale są w sporej mierze elementem historycznej tożsamości i lojalności wobec rodzinnego miasta. A Semana Santa pokazuje w pełnej krasie „barokową duchowość” – widowiskową i emocjonalną, jaką kultywują do dzisiaj sewilczycy.
Takiej odmiany konserwatywnego patriotyzmu lokalnego i silnego przywiązania do tradycji możemy tylko pozazdrościć Andaluzji. Niestety, u nas miarą zaangażowania patriotycznego stało się w ostatnich latach głównie wymachiwanie biało-czerwoną flagą i podpalanie rac podczas obchodów rocznicowych.
Claudia
Większość półwyspu iberyjskiego znajduje się w tym tygodniu w objęciach kapryśnej pogody. Tym razem burze, które przeszły nad większością terytorium tego kraju, noszą nazwę Claudia, nie wiem dlaczego nazywane są imionami żeńskimi. Czyżby miało to w pewien sposób łagodzić ewentualne skutki destrukcji wywołanej silnymi burzami? Dopiero niedawno dowiedziałem się, że żeńskie imiona będą obowiązywać tylko przez 6 lat (decyzja WMO czyli Światowa Organizacja Meteorologiczna ), a potem naprzemiennie będą występować męskie imiona. A więc jednak jest jakieś równouprawnienie w tym względzie.
Tym razem wg komunikatów pogodowych nie dojdzie w Andaluzji do silnych burz, wielkich powodzi i spustoszeń, jak działo się to wiosną bieżącego roku, kiedy to w półwysep uderzył huragan.
Niestety, to wszystko są już coraz bardziej namacalne skutki zmian klimatycznych na naszym kontynencie. Pod jednym względem te kapryśne burze i huragany przyniosły, zwłaszcza w Andaluzji, zbawienne skutki – po kilku latach wyjątkowej suszy i widma deficytu wody. Hiszpańska prasa przynosi optymistyczne doniesienia, że największe zbiorniki retencyjne w Andaluzji jak Zahara-El Gastor czy La Viñuela, są po raz pierwszy od lat wypełnione po brzegi. Producenci oliwek i cytrusów mogą więc zacierać ręce, na razie nie grozi im bankructwo.

Wysychający zbiornik retencyjny Zahara-El Gastor – jedna z ofiar wieloletniej suszy w Andaluzji – to zdjęcie wykonaliśmy w roku 2022.
Allegro Ma Non Troppo
Magda chce nam pokazać kolejną, mniej znaną twarz swojej dzielnicy. Bo Macarena słynie z bogatego lokalnego życia kulturalnego, a w dziesiątkach kawiarni i klubów można posłuchać świetnej muzyki.
Ten klub w jednej ze starych kamienic w bocznej uliczce nieopodal domu Magdy nie posiada nawet własnego szyldu i jeśli nie jest się bywalcem, trudno tam trafić. To nie jest obiekt kulturalny promowany dla turystów, ale kameralne miejsce do smakowania muzyki. Na niedzielne sesje etno nie ma biletów wstępu ani zaproszeń, w środku w małym barku można kupić lampkę wina i piwo.
W podłużnej sali dla gości jest tylko kilka stolików, na razie wolnych, bo przyszliśmy nieco wcześniej. Natomiast pod ścianami ustawiono w kształcie podkowy długi szereg krzeseł. Tam właśnie zasiądą zaraz muzycy i wyciągną przyniesione z sobą instrumenty. Na razie pojawił się akordeonista i muzyk z gitarą. Wchodzą po nich skrzypek, perkusista i kolejni gitarzyści. W trakcie koncertu pojawią się też muzycy z trąbką, udem i fletem. Widzowie zasiadają w środku na posadzce, bo tu nie ma żadnej tradycyjnej widowni z fotelami. I tak rozpoczyna się wieczór wielkiej improwizacji. Wystarczy że jeden z muzyków zaintonuje początek jakiejś melodii, natychmiast reszta przyłączy się i rozbrzmiewa potem krótszy lub dłuższy improwizowany utwór. Dominują rytmy orientalne, cygańskie, bałkańskie itp. Żałujemy, że akurat tego dnia nie było grajków z Ameryki, bo od czasu pobytu na Kubie pokochaliśmy mocno latynowskie rytmy.

Publiczność tylko klaszcze, nie ma dzisiaj żadnych pokazowych tańców. Taka muzyczna uczta i taki spontaniczny spektakl muzyczny odbywa się w każdą niedzielę do późna w nocy. Nazywa się fachowo etno jam, a klub ma swoją nazwę Allegro Ma Non Troppo.
To termin muzyczny, który w języku włoskim znaczy „wesoło ale umiarkowanie/bez przesady”. I taki właśnie klimat panuje w tej podłużnej sali, gdzie zbierają się ludzie doceniający muzykę w wykonaniu entuzjastów. My musimy wyjść nieco wcześniej – niełatwo jest się przedrzeć się przez wypełnioną szczelnie widownię. Na zewnątrz przestało padać, na razie parasole niepotrzebne.
Carboneria Parras
To jest chyba jedno z najbardziej zaskakujących dla mnie miejsc w Macarenie, do którego zaglądają głównie mieszkańcy Sewilli. Na pierwszy rzut oka trudno rozszyfrować, jaki jest charakter tego lokalu. Można tu kupić piwo i usiąść przy jednym ze stolików ale nie jest to przecież żaden bar. Można zaopatrzyć się w pamiątki, przynieść książkę na wymianę, posłuchać muzyki albo i prelegenta, który prowadzi akurat wykład na temat tajemnic Sewilli. Gdy tam zaglądnąłem, jakiś lokalny ekspert rozprawiał o niedostatkach komunikacji w mieście. Natomiast tuż przy wejściu stoją duże skrzynie z …węglem (są tu jego 3 gatunki). Przypomniałem sobie, że parę lat temu byłem tutaj z Jose po butle gazowe do kuchenki.

Tym niezwykłym miejscem okazuje się być ostatni czynny skład węglowy w Sewilli, który działa nieprzerwanie od II połowy XIX wieku i znajduje się w rękach jednej rodziny z dziada pradziada. Jeszcze 30 temu podobne karbonarie spotykane były niemal na każdej ulicy w Sewilli. Ale szybko poznikały po przejściu mieszkańców na ogrzewanie elektryczne i gazowe. Teraz klientela jest nieliczna – ze składu korzystają głównie miłośnicy … grillów. Węgiel można kupować przez internet, właściciel tak reklamuje swój biznes: Zwykłe ciepło nadal istnieje ... Dostarczamy do Twojego domu najlepszy węgiel drzewny do paleniska, wykonany z gałęzi dębów ostrolistnych z Estremadury.
Aktualny właściciel Luis Aguilara (ostatni potomek z założycielskiego rodu) z niezwykłą szczerością przedstawia w internecie swoją oryginalną filozofię życiową, wyjaśnia też niekomercyjny charakter tego zaskakującego miejsca na mapie Macareny.
Bar z pewnością przyniósłby o wiele więcej pieniędzy niż skład węgla. Ale przyniósłby też o wiele więcej problemów… . Właściciel wybrał inną ścieżkę – zainicjował powołanie Stowarzyszenia Naukowo-Kulturalnego Cisco w Picon, z siedzibą w Carbonerii. …szczerze mówiąc, pieniądze mają dla mnie niewielkie znaczenie; cenię sobie – i to bardzo – spokojne życie, brak zmartwień i wolny czas na robienie tego, na co mam ochotę…
W swoim manifeście ku chwale slow life pisze dalej: W Sewilli są tysiące barów, ale ile składów węgla? Tylko jeden.(…) Członkowie Stowarzyszenia mogą tu delektować się orzeźwiającym piwem, i to nam w zupełności wystarcza.
Sztuka i Miłosierdzie
Deszczowa pora jest najlepsza na wizyty w muzeum. W słynnym Museo de Bellas Artes byliśmy parę lat temu. Ale nigdy dosyć oglądania gigantów hiszpańskiego XVIII – wiecznego malarstwa z Sewilli, cieszących się światową renomą. Niestety, nasz kraj nie może pochwalić się artystami tej klasy.
W kasie biletowej niespodzianka –darmowy wstęp dla obywateli z Unii Europejskiej. Druga niespodzianka to – specjalna wystawa obrazów Murilla, Laela i paru innych wybitnych artystów, które nigdy nie były jeszcze wystawiane w muzeum. Kolekcja „Sztuka i miłosierdzie” pochodzi z kościoła San Jorge należącego do Bractwa Santa Caridad w Sewilli. Muzeum wypożyczyło ją na czas trwającego dłuższego remontu szpitala i wspomnianego kościoła.
Bogaty sewilski szlachcic Miguel de Mañara (1627-1679) przeżył osobistą tragedię po przedwczesnej śmierci żony. Wcześniej prowadził dosyć wystawne i hulaszcze życie. Po utracie bliskiej osoby uświadomił sobie, że gromadzenie dóbr nie jest najważniejsze, bo w obliczu śmierci wszyscy stają się równi. Resztę życia poświęcił na działalność charytatywną, został liderem istniejącego Bractwa Hermandad de la Santa Caridad, sfinansował budowę nowego szpitala dla biednych, a dla kościółka przyszpitalnego San Jorge zamówił wspaniałą kolekcję obrazów i rzeźb u najznakomitszych wówczas artystów w Sewilli.

Tematem miało być miłosierdzie, kruchość ludzkiego życia i poszukiwanie drogi do Boga. Oglądane obrazy sewilskich mistrzów znakomicie oddają intencje fundatora. Ale wybitni twórcy nie byliby sobą, gdyby nie włożyli w zamawiane dzieła swoich serc i talentów. Mnie osobiście najbardziej przypadają do gustu płótna Bartolome Estebana Murillo. Zatrzymałem się dłużej przed jednym z najciekawszych na wystawie, przed monumentalnym dziełem pt. „Mojżesz wyprowadzający wodę ze skały na górze Horeb”. To znana scena religijne, ale pokazana w jakże nowatorski sposób, inaczej niż obowiązujące wtedy kanony sztuki sakralnej . Postaci na obrazie wyglądają bardzo naturalnie, są w różnym wieku, mają często spracowane dłonie, widzimy ich w czasie codziennych czynności jak piją wodę, poją zwierzęta itp. Wg znawców historii sztuki sewilska szkoła baroku wyróżniała się m.in. tym, że starała się naturalistycznie pokazywać prawdę o ludzkiej kondycji.
W XVII wieku w Sewilli wydarzyła się rzecz bez precedensu. Z jednej strony nastąpiła eksplozja talentów artystycznych na skalę rzadko spotykaną, z drugiej zaś pojawił się zamożny mecenat (kościoły i bractwa religijne, prywatni sponsorzy), który potrzebował pilnie obrazów do wyposażenia wnętrz nowych barokowych kościołów. W ten sposób zaistniały idealne warunki do rozkwitu hiszpańskiej kultury.

Sala El Cachorro
„Sala El Cachorro” leży po drugiej stronie Gwadalkawiru w Trianie. Już podczas pokonywania mostu zaczęło padać i musieliśmy znowu rozkładać parasole. Magda otrzymała na dzisiaj zaproszenie od koleżanki z chóru na jej minirecital jazzowy. Takie wieczory jazzowe odbywają się w Sala el Cachorro regularnie raz w tygodniu, najczęściej w formule jam session. Podobne koncerty odbywają się zresztą w kilku innych klubach. Środowisko jazzowe w Sewilli jest, jak się przekonuję, dosyć aktywne i bardzo ze sobą zżyte. Stoliki są dzisiaj wszystkie zajęte jak i miejsca przy barze. Już po wejściu do klubu goście się wzajemnie pozdrawiają albo wylewnie obejmują. Pomieszczenie jest klimatyczne w stylu loftowym, z licznymi „pamiątkami” po dawnej fabryce napojów gazowanych o nazwie El Cachorro. W dużej Sali przystrojonej współczesnymi obrazami, gdzie będziemy słuchać koncertu, jest też bar. Można zamówić nie tylko piwo lub wino , ale też coś na ciepło, np. ekologiczną pizzę.
Koleżanka Magdy Ezzabel ma piękny swingowy głos, zaśpiewała kilkanaście znanych standardów jazzowych, towarzyszy jej trójka muzyków (kontrabas, pianino i perkusja), z inicjatywy których regularnie odbywają się tutaj spotkania jazzowe. Kontrabasista jest dzisiaj w swoim żywiole, niemal tańczy ze swoim instrumentem. Druga część spotkania jest już improwizowana, muzycy zapraszają do mikrofonu zgromadzone licznie tego wieczoru koleżanki solistki. Jako jedna z pierwszych do mikrofonu została zaproszona Magda Polaca, jak ją zapowiedziano. Zaśpiewała jedną z ballad jazzowych, zdobywając rzęsiste oklaski. Byłem dumny jak paw. Atmosfera w Sali koncertowej jest znakomita, zwłaszcza po wypiciu paru lampek wina.

Fot.Zaręba Dominika
Magda bardzo lubi tutaj od czasu do czasu występować. To ciekawy przykład prywatnego klubu, który prowadzi działalność barową i jednocześnie wynajmuje odpłatnie swoją przestrzeń na występy teatralne, koncerty, spotkania literackie, popularnonaukowe oraz różnego rodzaju warsztaty. To jest ta druga odsłona Sewilli dla lokalsów – poza utartymi szlakami dla turystów, jaką pokazuje nam Magda. I jak się po raz wtóry przekonuję, Sewilla nie samą muzyką flamenco żyje.
Mercado de la Feria
Niestety, opuszczamy piękną deszczową Sewillę. Tydzień minął jak z bata strzelił. Akurat zaczyna się wypogadzać i przestaje padać. Wychodzę na pożegnalną przechadzkę po Macarenie.
Tuż za rogiem naszej ulicy znajduje się Mercado de la Feria, lubię zaglądać do takich miejsc, lokalnych bazarów. To jeden z najstarszych w mieście, jego początki tkwią w Średniowieczu. Są tu kramy ze świeżymi rybami, owocami i warzywami, są sklepiki ze znakomitymi serami i słynnymi hiszpańskimi szynkami. Kilka knajpek ze stolikami na świeżym powietrzu oferuje tradycyjne tapas.

Naprzeciwko Mercado na ścianie budynku wypatruję tablicę pamiątkowa wykonaną z tradycyjnych płytek ceramicznych azulejos. Napis głosi, że w tej okolicy mieszkał pod koniec XVI wieku Cervantes. I że wspomina on mieszkańców dzielnicy de la Feria (historyczna część Macareny) w trzech swoich dziełach: Rinconete i Cortadillo, Szczęśliwy rzezimieszek oraz Don Kichot z Manczy (rozdz. XVII). Ta część Sewilli musiała być w jego czasach znakomitym źródłem inspiracji. Cervantes opisywał barwne, pełne kontrastów życie dzielnicy, w której królowały bieda, rzemiosło a także i przestępczość. Pewnie zaglądał też nie raz do Mercado de la Feria. Wiedziałem że Sewilla stanowiła ważne miejsce w biografii pisarza, ale nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak bardzo wywarła wpływ na jego twórczość. Takich tablic pamiątkowych z azulejos, jak ta w Macarenie, związanych z Cervantesem, jest na terenie Sewilli jeszcze 16. Aż tyle śladów pozostawił tutaj po sobie ten genialny pisarz! I znowu zabrakło czasu na wędrówkę śladami jego twórczości. Tworzę nową lista zaległości do nadrobienia w Sewilli. Do następnego razu.
Dodaj komentarz