Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

Co pozostało z marzeń artysty? Notatki z Lanzarote (Hiszpania)

Wychodzę na spacer wzdłuż nadmorskiej promenady, jestem w samym środku jeszcze sennej wioski, wśród niskich domów niemal przylepionych do skalistej czarnej plaży. Wszystkie budynki są pomalowane na biało, w większości parterowe i z płaskim dachami, z niebieskimi lub zielonymi drzwiami i oknami, przy kilku domach stoją zacumowane łódki rybackie – ślady tradycyjnej przeszłości. Wioska jest położona na pochyłym ciemnoszarym zboczu Los Ayaches – górzystego parku przyrodniczego. Ten kontrast bieli zabudowań i czerni od strony morza oraz brązu górzystego zbocza musi każdego urzekać o słonecznym poranku.

Tak, jesteśmy na Lanzarote, gdzie Cezar Manrique (1919-1992) kilkadziesiąt lat temu zaczął realizować swoją słynną utopię. Miał wielkie marzenie, aby przekształcić całą wyspę w unikatowe dzieło sztuki zgodnie ze swoją wizją estetyczną. Czy mu się to udało?

 

 

Playa Quemada, 18 listopada

Patrząc dzisiaj na wioskę Playa Quemada bo od niej zaczęliśmy naszą wędrówkę, po ponad 30 latach od śmierci  Manrique, można poczuć optymizm. Nie widać żadnych wysokich brzydkich hoteli ani też bezładnej pstrokatej zabudowy, domy chociaż w większości nowe, są budowane tak, jak zalecał artysta. Zabudowa niemal idealnie wpasowana w naturę. Zapisy o niskiej zabudowie i tradycyjnej kolorystyce ścian Manrique udało się przeforsować, co było jego wielkim i, wydaje się trwałym zwycięstwem.

Nasz dobry nastrój utrwala gospodarz, który przygotował na powitanie ogromne domowe ciasto, owoce a w lodówce nawet zestaw podstawowych produktów na śniadanie. Nie musimy więc wczesnym rankiem jechać aż kilkanaście km do najbliższego sklepu. Nasza kwatera nieprzypadkowo nosi sentymentalną nazwę Mi Barquito czyli „łódka” a na ścianach wiszą liczne nieco kiczowate artefakty związane z pracą na morzu. Dawne rybackie rodziny teraz w większości utrzymują się z wynajmu domów dla turystów, łódki przetrwały, ale już jako dekoracje. Ale przetrwała też i rybacka gościnność.

Dostanie się  na pobliską plażę Arena wymaga trochę wysiłku. Skryła się na uboczu wioski, w sąsiedniej zatoczce pod bardzo stromym zboczem Los Ayaches.  Należy albo zaczekać na odpływ albo przejść po kostki w wodzie kilkunastometrowy przesmyk wyłożony sporymi głazami. Plaża jest szeroka i pusta o tej porze roku. To nic że piasek czarny jak węgiel. Co za frajda znaleźć się samemu w tak urokliwym zakątku!

 

 

Po południu idziemy na rekonesans w górę szlakiem pieszym wiodącym przez góry Los Ayaches. Spotykamy paru turystów z plecakami. Szlak jest niestety marnie oznakowany, tabliczki zardzewiały a w twardym gruncie trudno wypatrzyć wydeptaną ścieżkę . Nie zachęca to niestety do podjęcia dłuższej całodniowej wyprawy przez góry aż do Plaży Papagayo, o czym początkowo myśleliśmy.

 

Playa Papagayo, 19 listopada

Jedziemy więc wynajętym autem przez wioskę Femes  i tuż przed kurortem Playa Blanca skręcamy w polną drogę prowadzącą do parku Los Ayaches. Po uiszczeniu 5 euro za bilet wstępu, mamy jeszcze do pokonania około 7 km drogi niemal zupełnie zniszczonej i pełnej dziur, co jakże kontrastuje z tutejszą świetnie utrzymywaną siecią asfaltowych szos. Podobno trwa długotrwały spór pomiędzy zarządcą parku a gminą, kto powinien sfinansować tę drogę dojazdową. Wleczemy się więc razem z kawalkadą aut, nawet powolna jazda nie jest w stanie powstrzymać tumanów pyłu spod kół. Mocno zakurzeni zatrzymujemy się na olbrzymim parkingu naprzeciwko najsłynniejszej na wyspie plaży Papagayo. Wbrew pozorom nazwa tego pięknego zakątka wyspy nie wywodzi się od sympatycznych kolorowych ptaków ale od lokalnej nazwy  jednej z ryb papugowatych poławianych w tutejszych wodach.

 

 

Większość pasażerów pędzi niemal natychmiast w kierunku morza, aby jak najszybciej okopać się w wygodnym miejscu na żółtej piaszczystej plaży. Jest już tłok, więc można sobie wyobrazić co się tutaj dzieje w pełni letniego sezonu. Plaża jest mała ale z 2 stron przyozdobiona  skalnymi klifami, które nadają jej malowniczego charakteru. Leżenie na piasku to nie nasza bajka! Idziemy więc kilka km widokową trasą wzdłuż skalistego wybrzeża  – poprzecinanego zatoczkami – na sąsiednie równie piękne plaże – aż po Playa Caleta del Congrio i Playa Memos za polem kempingowym.

Tu już plażowicze rzadko zapuszczają się, maleją widoczne z oddali białe zabudowania kurortu Playa Blanca. Na szczęście rygory pomnika przyrody Los Ayachos skutecznie powstrzymują zapędy deweloperów przed budową kolejnych hoteli i ośrodków wypoczynkowych przy plażach Papagayo.

 

 

Yaiza, 19 listopada

Wracamy teraz okrężną drogą – przez miasteczko Yaiza. Zatrzymujemy się na poboczu przed wjazdem do miejscowości. Tutaj także króluje niska zabudowa białych klockowatych domów z płaskimi dachami, ale tym razem w otoczeniu palm i kwiecistych ogrodów. Kompozycję dopełnia wulkaniczne tło wysokich, prawie czarnych wzgórz (ostatnie erupcje miały tam miejsce w XVIII wieku). Nieprzypadkowo Yaiza zdobywała dotychczas liczne wyróżnienia za estetykę architektury. Mimo iż wioska jest licznie odwiedzana przez setki tysięcy turystów z pobliskiego kurortu Playa Blanca, włodarzom miasta udaje się jak na razie uniknąć komercyjnego chaosu.

 

 

Postanawiamy tutaj  zjeść obiad i pokręcić się po ścisłym centrum. Starych domów jest jak na lekarstwo. Przy centralnym parkowym placu okolonym szeregiem palm stoi niewielki kościółek o prostej architekturze z XVII wieku Nuestra Señora de los Remedios,  a  naprzeciwko świątyni – budynek dawnej szkoły służący dzisiaj jako dom kultury  Benito Pérez Armas. Wchodzimy do wnętrza na odrestaurowany dziedziniec – z pięknymi drewnianymi balkonami i schodami. Otwarte drzwi zachęcają, aby wejść dalej do  sali wystawowej. Lokalna artystka Alessandra Antonini wystawia tu swoje fotogramy dronowe – jak brzmi dumnie i nowocześnie na wizytówce. Oprowadza nas po  maleńkiej wystawie  – głównie o tematyce morskiej. Drony pozwalają pokazywać z nowej perspektywy urodę tutejszej linii brzegowej. Ponad 20 lat temu Alessandra przeprowadziła się na Lanzarote z Sardynii i tutaj już pozostała. Zauroczył ją krajobraz i dziedzictwo Manrique.

 

 

Arrieta, 20 listopada

Przeprowadzamy się na północ – na drugi  kraniec wyspy w okolice Arriety. To  kolejna w miarę spokojna  nadmorska  wioska z rybackimi tradycjami, przylegająca do czarnego wulkanicznego brzegu. Na rondzie, tuż przed wjazdem do ścisłego centrum, trzepocze na wietrze jedna ze słynnych Juguetos del Viento – zabawek wiatrowych Manrique. Takich konstrukcji powitalnych Manrique stworzył na wyspie przynajmniej kilkanaście, rzeźby poruszają się w rytmie wiatru, który należy do wszechobecnych tutaj żywiołów natury. To artystyczne symbole integracji sztuki z naturalnym krajobrazem wyspy. I ślady dzieł, jakie pozostawił po sobie artysta.

Wioska składa się z kilku uliczek na krzyż, ale o niskich zabudowaniach, wszystkie są też pomalowane na biało. Przy głównej promenadzie znajdujemy kilka sklepików i aż 5 knajpek. Zjedliśmy w jednej z nich obiad, akurat był to pechowy wybór. Jak dowiedzieliśmy się dopiero wieczorem od Richa, naszego kolejnego gospodarza, trafiliśmy jak kulą w płot, do lokalu cieszącego się najgorszą opinią w okolicy.

 

 

Na końcu wioski znajduje się okazałe molo, zamknięte o tej porze oraz wejście na długą piaszczystą plażę z szarożółtym piaskiem. Spacerując brzegiem odkrywamy prawdopodobnie najlepszą knajpą rybną w tej okolicy, o czym przekonamy się dopiero nazajutrz. Na razie zasiadamy na tarasie, w dogodnym miejscu do obserwacji niespokojnego morza. Zamawiamy wino (okropnie drogie jak niemal wszędzie na wyspie – po 5 euro kieliszek). Całe szczęście że kelner wybrał specjalnie dla nas lepszą gatunkowo riohę sprowadzaną z półwyspu. Zbliża się wieczór, ale po plaży kręci się jeszcze kilka osób z deskami pod pachą, ćwicząc niezmordowanie sztukę surfingu na wzburzonych falach.

 

 

Haria, 21 listopada, piątek

Kochamy zwiedzać domy posiadające silne indywidualne piętno nadane przez gospodarza. Takie są domy z duszą. Ten w Harii , gdzie Manrique mieszkał  w ostatnich latach życia ma wyjątkową duszę – duszę Wielkiego Artysty. Na skraju miasteczka wśród palmowych gajów Manrique przekształcił zabudowania starej farmy w wygodne miejsce do życia i pracy.

 

 

Koncepcje estetyczne Manrique zrodziły się z podziwu dla lokalnej architektury, jej niezwykłej prostoty i „nagiego piękna”, m.in. dzięki używaniu lokalnych materiałów pochodzenia wulkanicznego. Tradycje budowlane rodziły się pod wpływem wielowiekowych doświadczeń oraz odpowiadały znakomicie potrzebom ludzi żyjących w tutejszym klimacie, z uwzględnieniem wiatrów, światła i krajobrazu.

 

 

Dom Manrique zachowuje więc w większości lokalny koloryt, został jedynie dostosowany do współczesnych wymogów. Artysta zadbał szczególnie o dobre naturalne oświetlenie wnętrz oraz postarał się, aby elementy architektury hsrmonijnie współgrały z zielonym otoczeniem.

A wnętrze domu to już unikatowy świat rzeczy osobistych i pamiątek, narzędzi gospodarskich, rzeczy znalezionych przypadkowo, ręcznie wykonanych sprzętów m.in. lamp, a także mebli wykonanych wg projektu Manrique. Na ścianach wiszą nieliczne obrazy artysty oraz przyjaciół z jego pokolenia. Nie ma tu jednak chaosu, ale artystycznie uporządkowany ład zgodny z gustem Manrique.

 

 

Pracownia powstała w oddzielnie dobudowanym pawilonie, gdzie artysta tworzył, malował niemal codziennie. Na półkach pełno puszek z farbami, pędzlami i innymi akcesoriami, stoły zastawione rysunkami, sztalugami i niedokończonymi obrazami.… Wszystko tak jakby artysta miał za chwilę wrócić i zabrać się do swojej pracy.

 

 

Manrique już na przełomie lat 60-ych i 70-ych dostrzegł śmiertelne zagrożenie, że wyspa może paść  ofiarą masowej turystyki oraz pojawiającej się wraz z nią plagi architektury, bezosobowej i standaryzowanej, o niskiej jakości niosącej w zarodku niszczycielską siłę. Dewastacja oryginalnego krajobrazu Lanzarote oznaczałaby przecież utratę jednego z najważniejszych walorów, które jak magnes przyciągają turystów.

Dlatego już w roku 1974 wraz z grupą przyjaciół wspierających jego ideę ochrony wyspy przed niekontrolowanym chaosem Manrique opublikował  słynny katalog  pt. Lanzarote Arquitectura inedita (Lanzarote nieznana architektura). Praca zawierała wskazówki dla architektów pragnących zachować tradycję oraz piękno krajobrazu wyspy oraz stała się podstawą do późniejszych zaleceń i zakazów wprowadzanych przez lokalne władze,

 

 

Tabayesco, 22 listopada

Żegnamy się z Caroline i Richem oraz ich „marokańskim hostelem”. Skąd to zamiłowanie do Maroka? Odpowiadają, ze dzięki tanim połączeniom Rynair mają bardzo blisko do tego kraju – lot trwa niecałą godzinę, często tam jeżdżą, niemal zawsze przywożą stamtąd ciekawe pamiątki, którymi przystrajają stopniowo swój dom. I w taki sposób ich pensjonat zaczął nabierać swoistego orientalnego klimatu. Dom nie jest stary, pochodzi sprzed paru dziesięcioleci, nie było więc podczas prac renowacyjnych potrzeby nawiązywania do  dziedzictwa Lanzarote. Właściciele postawili na ulubiony orientalny styl. Styl sąsiadów zza morskiej miedzy.

 

 

Jameos del  Agua, 22 listopada

Tutaj zmysł artystyczny i kreatywność Manrique wzbiły się prawdopodobnie na najwyższy poziom. Artysta wypatrzył na brzegu morza w północno-wschodniej części wyspy labirynt tuneli i jaskiń powstałych tysiące lat temu po zastygającej lawie i  w takim miejscu zaprojektował olbrzymi kompleks kulturalny. Prace konstrukcyjno-budowlane trwały prawie 10 lat (1966 – 1977), ale powstało coś niezwykłego. To był zapewne jeden z najbardziej wyjątkowych eksperymentów architektonicznych XX wieku. Trudno go nawet zdefiniować,  bo nie powstał  przecież żaden gigantyczny kompleks budowli o wymyślnych kształtach. Znawcy sztuki dzieło Manrique określają co najwyżej jako kreację przestrzenną, w której główną rolę pełnią światło, czarny kamień wulkaniczny oraz cisza skłaniające do kontemplacji . „Dla mnie – pisał skromnie w jednym z listów – najważniejszym aspektem sztuki jest natura. W Jameos del Agua nie zrobiłem nic więcej, jak tylko podkreśliłem piękno, które już tam było.

 

 

Labirynt tuneli powulkanicznych artysta dyskretnie przebudował  w taki sposób, aby spełniały one funkcje oryginalnych obiektów kulturalnych i rekreacyjnych. Są tu więc restauracje i bary wkomponowane w ściany skalne, ciągi spacerowe po bazaltowych schodach, ogród  palmowy oraz otwarta przestrzeń do refleksji i odpoczynku wokół podziemnego  jeziora – basenu z turkusową wodą ( ulubione miejsce dla robienia pamiątkowych fotografii)

 

 

Jedną z jaskiń Manrique przekształcił w imponujących rozmiarów salę koncertową o podobno nadzwyczajnej akustyce. Piszę podobno, ponieważ bardzo rzadko odbywają się tutaj koncerty. Niestety, wielka szkoda.

 

 

Projekty Manrique początkowo spotykały się z niechęcią środowiska architektów, którzy traktowali go jako intruza w tym zawodzie (był bez dyplomu, bo nie ukończył studiów architektonicznych, miał tylko dyplom artystyu malarza). To co dzisiaj stało się już niemal powszechnym kanonem dobrej architektury (harmonia z krajobrazem i ekologiczne aspekty) w tamtych czasach wydawało się herezją. Manrique był prekursorem, wyprzedzał swój czas. Przekraczał zastane stereotypy, zakreślał nowe granice pomiędzy architekturą, krajobrazem I sztuką. Wobec zagrożenia niekontrolowanym rozwojem turystyki Manrique proponował dalekowzrocznie alternatywę dla wyspy: taki model rozwoju Lanzarote, w którym sztuka i ekologia mogą współistnieć ze sobą.

Tak oryginalnego obiektu nie sposób zwiedzać jak zwykłe muzeum. Spacerujemy po tej wykreowanej artystycznie przestrzeni jak w transie. Poddajemy się pięknu otaczających jaskiniowych zakamarków, odprężając się  i rozmyślając z optymizmem o zaletach podróżowania, które umożliwia przygodę z magią sztuki.

 

 

Niestety, wyrywa nas brutalnie z tego zauroczenia proza życia. Podczas postoju na parkingu drzwi naszego auta zostały mocno uderzone przez wandala, który ulotnił się. Po zielonym śladzie z lakieru domyśliliśmy się, iż był to właściciel potężnego suwa sąsiadującego z naszym autem. Ale dajmy z tym spokój, mamy przecież wykupione autocasco! Magia Manrique jest silniejsza. Resztę dnia spędzamy na pobliskiej plaży w Arriecie, przedłużając kontemplację pięknego snu z Jameos del Aqua.

 

Teguise, 23 listopada

Szkoda było czasu na ten niedzielny targ w Teguise. Tłok niesamowity, całe miasto zakorkowane, jakby zjechali się tu na raz niemal wszyscy turyści z Lanzarote. Zabytkowe centrum tego historycznego miasta jest szczelnie utkane setkami stoisk oraz tłumem . A na nich niestety króluje chińska tandeta. Odkrywam z przerażeniem, że nawet tak popularne pamiątki – jak magnesy na lodówki są dziś zamawiane w Chinach, bo produkcja na miejscu już nikomu nie opłaca się. Rzadko znajdujemy stoiska z lokalnym rękodziełem artystycznym, najczęściej z biżuterią. Poprzedniego dnia odwiedziliśmy lokalny market w Haria – był niewielkich rozmiarów, przez to bardziej kameralny. Turyści i mieszkańcy spotykali się tu, dyskutowali,  i pewnie plotkowali. Na stoiskach było o wiele więcej lokalnego rzemiosła oraz miejscowych produktów rolnych. Można się było napić przepysznego soku z egzotycznych owoców oraz zjeść kanapkę przygotowywaną bezpośrednio na stoisku. Małe jak to bywa, niemal zawsze jest piękniejsze.

 

 

El Mojon, 23 listopada

Gdzie są te czasy, gdy AiRNB obiecywał swoim gościom domową atmosferę i osobiste powitanie z gospodarzami? Przypominamy młodszym podróżnikom, że taka była właśnie idea założycielska tej instytucji.

W małej wiosce El Mojon nieopodal Teguise wynajęliśmy przez AIRNB  mieszkanie, bo nadal staramy się omijać hotele podczas naszych podroży. Nie było już  osobistego powitania, było przesłane internetem hasło do automatycznej kłódki. W lodówce nie było nawet skromnej butelki wody, po którą trzeba jechać aż kilkanaście km. Ta z kranu jest odsalana z wody morskiej i  nie nadaje się do picia. Nawet zwykłego korkociągu do wina nie mogliśmy znaleźć w kuchni, dopiero po interwencji podesłał nam go synek gospodarzy.

Osobiście nie mam nic przeciwko kłódkom, bo w wielu sytuacjach są bardzo przydatne dla gości. Mam jednak wrażenie, że służą one dzisiaj głównie wygodzie gospodarzy.

 

 

Niemal naprzeciwko naszego domu pośrodku ronda stoi intrygujący pomnik nagiej kobiety i mężczyzny  z mocno powiększonymi genitaliami. W pokoju na półce znajdujemy 2 podobne miniaturowe figurki. Wtedy domyślamy się, iż los rzucił nas w prehistoryczne miejsce – na teren dawnego ośrodka garncarstwa Lanzarote, gdzie właśnie wykopano niegdyś  słynne gliniane figurki „Los novious de El Mojon” (Narzeczonych z El Mojon). To właśnie do nich nawiązywał twórca pomnika w El Mojon, niestety anonimowy, bo nie ma tam żadnej tabliczki informacyjnej. Wg tradycji Guanczów figurki były używane podczas oświadczyn. Zalotnik podsyłał swoją figurkę wybrance, a ta jeśli mężczyzna się jej podobał, przekazywała mu swoją. Za czasów Guanczów i potem kolonizatorów ceramika Lanzarote rozwijała się głównie na potrzeby gospodarstw, dzisiaj stała się już tylko dekoracją i pamiątką dla turystów.

Ale o tym wszystkim musieliśmy dowiedzieć się na własną rękę – z internetu. Bo właścicielka mieszkania nie zostawiła nam żadnej informacji. Nie potrafi nawet we własnym zareklamować się , w jak sławnej wiosce wybudowała swój dom.

 

 

Firma Airbnb przestała już dbać o standardy i pielęgnowanie mitu założycielskiego. Przekształca się powoli w anonimowe i czysto biznesowe maszynki do zarabiania pieniędzy. Żegnamy się z gospodarzem, wrzucając mu klucze do skrzynki. I zgodnie z duchem czasu, w którym ducha już coraz mniej. Może trzeba będzie wkrótce przeprosić się z hotelami, które jak na razie zapewniają jeszcze ludzki kontakt – z recepcjonistą.

 

Playa de Famara, 24 listopada

„Moim największym szczęściem – pisał Manrique w swojej biografii – jest wspominanie… dzieciństwa, pięciomiesięcznych wakacji w Caleta i na plaży Famara, …Ten obraz wyrył się w mojej duszy jako coś niezwykłego i pięknego, czego nigdy w życiu nie zapomnę”.

Zastany widok rzeczywiście przebija to wszystko co dotychczas widzieliśmy na Lanzarote. Tu natura funduje wspaniały spektakl z imponującymi dekoracjami. Na pierwszym planie szalejące, wzburzone fale oceanu. W tle lekko zamglone kontury archipelagu Chinijo z La Graciosą i Montaną Clarą na czele, po prawej zaś majestatyczna niemal pionowa ściana klifu Risco de Famara licząca prawie 500 m wysokości,  zanurzona w oceanie. Ten cud natury „wyrzeźbiły” procesy wulkaniczne, a potem dzieła dokończyły silne wiatry, wilgoć i fale Atlantyku.

 

 

Plaża jest rozległa, ciągnie się kilka km, to doskonałe miejsce również do wędrówek. Po lewej stronie widać w oddali białe prostokąty małej wioski rybackiej – La Caleta, gdzie w jednej z tamtejszych tamtejszych restauracji zjedliśmy świeżo złowioną rybę.

Po prawej niemal u stóp Risco leży białe skupisko niskich domków wyglądających jak parking z domkami kempingowymi. Ale to złudzenie, podchodzę bliżej i widzę szeregi bungalowów z lat 90-ych, trochę już zapyziałych, w większości na wynajem. Uliczki pomiędzy nimi oraz ogrodzenia są powoli zasypywane piaskiem, który pewnie niemal codziennie trzeba odkopywać, tak jak to się dzieje u nas ze śniegiem.

 

 

Plażowiczów z Polski, którzy przyjechaliby tutaj z osławionymi parawanami, ostrzegam, że byłby to zły pomysł.  Nie byłyby w stanie konkurować z lokalnymi parawanami zbudowanymi z wulkanicznych kamieni   – owalnymi murami obronnymi przed silnymi wiatrami. Zajęliśmy jeden z takich grajdołków, urządzając sobie w nim bazę do plażowania oraz punkt obserwacyjny na okolicę. To nic, że  po godzinie mieliśmy w naszych włosach mnóstwo piasku, który tutaj rządzi niepodzielnie i niezależnie od pogody. Cudowne krajobrazy są w stanie wynagrodzić jakiekolwiek niewygody.

Na razie do tego pięknego zakątka nie mają szansy wjechać buldożery, aby zrobić wykopy pod piętrowe ośrodki wypoczynkowe, takie jak w Playa Blanca czy Costa Teguise. To jest na szczęście jeszcze teren chronionego Parku Narodowego Archipelagu Chinijo. Poza tym nie jest to miejsce do kąpieli w wodzie.

Nad plażą powiewają czerwone flagi (podobno przez cały rok). Z tego zakazu wyłączeni są natomiast surferzy i kitesurferzy, którzy mają tu swój raj oraz niezbędną infrastrukturę. To właśnie w trosce o nich działa na plaży stały punkt ratownictwa medycznego. Przed naszym grajdołem na brzegu morza czwórka początkujących amatorów słucha pilnie nauczyciela. Obok na piasku czekają już kolorowe deski. Pareset metrów dalej kolejna gromadka miłośników desek zaczyna już wchodzić do wzburzonej wody.

 

 

Teguise, 24 listopada

Planowaliśmy wycieczkę na słynny punkt widokowy (Mirador de Rio) zaprojektowany przez Manrique  na wysokim klifie Risco, aby stamtąd zobaczyć plaże Famary oraz wyspę Graciosa. Ale parodniowy atak calimy ( piaskowego pyłu nawiewanego z pobliskiej Sahary) popsuł nam szyki. Samo podziwianie projektu artysty bez możliwości rozkoszowania się widokami na pobliskie wysepki archipelagu z Graciosą wydawało nam się wręcz barbarzyństwem.

Jak już potem dowiedzieliśmy, calima nie przeszkodziła wcale w wycieczce do Mirador del Rio portugalskiemu pisarzowi Jose Saramago. drugiemu słynnemu artyście żyjącemu przez wiele lat na Lanzarote. Pojawił się on tam pewnego dnia w latach 70-ych wraz z grupą przyjaciół. Na pewno z powodu calimy nie mógł dostrzec wyspy La Graciosa, ale za to wpadł wtedy na pomysł napisania słynnej i jakże przewrotnej powieści pt. Ślepota. Tytułowa ślepota stała się u Saramago biała, jak morze mleka.

My doświadczyliśmy calimy w Teguise, zbliżał się zachód słońca, tarcza słoneczna przybrała o tej porze krwawe zabarwienie. Afrykańska mgiełka sprawia, iż  wulkaniczny krajobraz wokół staje się bardziej tajemniczy. Nasza skromna wyobraźnia nie sięgała jednak  tak daleko jak w przypadku giganta literatury i laureata Nagrody Nobla.

 

Droga z Arriety do Costa Teguise, 25  listopada

Zatrzymują nas kłęby szarego pyłu. Podejrzewamy, że doszło do jakiegoś groźnego wypadku albo pożaru na drodze, Tymczasem obok naszej szosy po wertepach pędzi w najlepsze kawalkada kilkunastu quadów. Krąży z rykiem silników po księżycowym krajobrazie, wzniecając za sobą tumany wulkanicznego kurzu. Tego typu rozrywka jest generalnie zakazana przez władze, ale jak widać organizatorzy niewiele sobie z tego robią.

Miłośnicy księżycowych rajdów po wertepach Lanzarote najpewniej nie mają pojęcia o tym, iż w tych wydawałoby się martwych wulkanicznych skałach kryje się bogactwo natury – żyją setki unikatowych roślin oraz ptaków stepowych, trudno zauważalnych gołym okiem. Ale o tym zapewne agencje wynajmu quadów milczą, zasłaniając się wymówką, że nie do nich należy edukowanie klientów.

 

Costa Teguise, 25 listopada, wtorek

Wjeżdżamy słynną białą bramą wg projektu Manrique, przez którą prowadzi droga do Costa Teguise. Miała w założeniu wprowadzać przybyszów w atmosferę nietypowego kurortu innego niż te spotykane w Hiszpanii. Po kilku godzinach spaceru i krążeniu uliczkami mam coraz więcej wątpliwości, czy Costa Teguise rzeczywiście spełnia dzisiaj to oczekiwanie. Ośrodek powstał w latach 70-ych a więc jeszcze za życia Manrique. On sam zaangażował się osobiście w budowę jednego z pierwszych hoteli o nazwie Melia Salinas tuż przy plaży , zaprojektował tam ogrody i baseny a jego współpracownik był autorem obiektu – niewysokiego i w kształcie piramidy ze schodami, co miało lepiej harmonizować z otoczeniem.

 

 

Kolejno wznoszone ośrodki wypoczynkowe – również o schodkowej konstrukcji – miały zapewne jakoś nawiązywać do idei Manrique. Ale niestety dziwnym trafem są wyższe o parę pięter, a poza tym przypominają masywne spłaszczone bryły. Jak nie wolno było piąć się z kolejnymi piętrami  w górę, to inwestorzy postanowili rozpychać się łokciami na boki – wzdłuż i wszerz. I w taki sposób przemycana jest dzisiaj gigantomania, przeciwko której tak mocno buntował się artysta.

 

 

Parę dni temu przejeżdżaliśmy obok drugiego słynnego kurortu Playa Blanca, ale panorama miasteczka widziana po drodze na cypel Papagayo także powodowała mieszane uczucia. Rozległy moloch hotelowy w budowie także tam rozlewał się na boki. Tam gdzie obowiązują zakazy, tam pojawiają się coraz bardziej wyrafinowane próby ich ominięcia oraz zagadkowa obojętność urzędników zatwierdzających plany urbanistyczne.

Podobnie dzieje się z innym zakazem, jaki udało się artyście za życia przeforsować – z zakazem ustawiania reklam wielkoformatowych przy drogach i ulicach. Niektóre duże firmy, stacje benzynowe czy okna w supermarketach są tak obwieszone reklamami, że same od zewnątrz upodobniają się do monstrualnych billboardów. Tego ustawodawca nie mógł chyba przewidzieć.

Dopiero teraz z perspektywy Costa Teguise widzę wyraźniej, jak duży kontrast występuje między krajobrazem  małych wiosek Lanzarote a architekturą największych kurortów – bastionów turystyki masowej. W tych pierwszych wizja Manrique zdaje się jeszcze ciągle żyć,  w tych drugich zawierane są zgniłe kompromisy.

 

Volcano House, Tahiche, 25 listopada, wtorek

 

 

Po obejrzeniu Jamea de Agua – Volcano House drugi dom Manrique  w Tahiche wydaje się być miniaturką. Tu artysta wykorzystał w podobnie niekonwencjonalny sposób wulkaniczne formacje – podziemne bąbelki lawy oraz jaskinie. Ale ta przestrzeń została przekształcona w miejsce do życia i tworzenia. Dzisiaj zwiedza się ją już jako obiekt w głównej mierze muzealny, poszczególne pomieszczenia prezentują różne aspekty życia artysty – z wykorzystaniem fotogramów i sprzętu audiowizualnego. Volcano House jest obecnie siedzibą Fundacji stojącej na straży artystycznego dziedzictwa Manrique, która co pewien czas alarmuje o rażących naruszeniach testamentu artysty.

 

 

W saloniku poświęconym społecznemu zaangażowaniu artysty,  na jednym z filmów widzimy Manrique z megafonem w ręku, stojącego na czele pikiety protestujących mieszkańców. W tle stoi niedokończony betonowy szkielet jednego z monstrualnych hoteli. Artysta zwraca się retorycznie do mieszkańców, czy pragną na wyspie takich widoków. Ci odpowiadają z oburzeniem,  że  to jest ich plaża i nie pozwolą jej niszczyć.

 

 

Manrique nie był naiwny, zdawał sobie sprawę z tego iż nie wystarczą tylko same regulacje choćby najlepsze ze strony władz. Zresztą włodarze się zmieniają a wraz nimi zarządzenia. Chciał wpływać na samoświadomość mieszkańców, pozyskać ich, przekonać do tego, aby dostrzegli piękno w oryginalnym krajobrazie wyspy i aktywnie zabiegali o jego ochronę.

 

 

Vulcano House znajduje się opodal dużego ronda, którego niestety jeszcze nie było w latach 90-ych. Właśnie na tym zwykłym wówczas, ale niebezpiecznym skrzyżowaniu zderzyły się 2 auta. W jednym z nich zginął tragicznie w wieku 73 lat genialny wizjoner i patriota Lanzarote – Cezar Manrique. Była to jakże lekkomyślna śmierć – artysta cierpiał na kataraktę . Akurat tego pechowego dnia jego osobisty kierowca  nie mógł przyjść do pracy a on mimo to zdecydował się zasiąść za kółkiem.

 

Teguise, 26 listopada, środa

W tym miasteczku zachowało się do dzisiaj relatywnie najwięcej zabytkowych parterowych budynków z czasów podboju wyspy przez Hiszpanów. Przypominają kształtem te oglądane przez nas w Peru czy na Kubie. Górują nad nimi dwie wieże – kościoła Iglesia de Nuestra Señora de Guaalupe i Convento de San Francisco. Razem tworzą hiszpański kolonialny klimat, który przyciąga turystów i artystów mających tu wiele własnych galerii i wystaw.

 

 

Teguise było pierwszą historyczną stolicą wyspy. Ale niewiele – poza wspomnianą figurką zalotników z pobliskiego El Mojon –  zachowało się śladów po Guanczach, pierwotnych mieszkańcach wyspy. Zostali podbici przez Hiszpanów w roku 1402, w większości zginęli w nierównej walce, wyposażeni w prymitywną broń albo sprzedani jako niewolnicy. Więcej szczęścia miała księżniczka Teguise, córka ostatniego władcy Guanczów, która spodobała się jednemu ze zdobywców i  wyszła za niego za mąż. Czy była to miłość romantyczna czy tylko związek taktyczny, tego niestety nie udało mi się ustalić. W każdym razie jej imię zostało utrwalone w nazwie miasteczka.

 

 

Zaglądając do Teguise, spodziewałem się znaleźć więcej trwałych śladów po Guanczach. Natrafiłem na uliczkę nazwaną Callejón de la Sangre (Aleja Krwi), sądząc iż jest tu mowa o krwi przelewanej podczas podbijania wyspy. Tymczasem nazwa ulicy przechowuje pamięć o krwawych walkach mieszkańców z piratami  w XVI i XVII wieku. W istocie były to walki „bratobójcze” – piraci próbują odebrać część zagrabionych dóbr innemu gatunkowi rozbójników, którzy zdążyli się już na dobre zadomowić na wyspie. Pamięć o waleczności mieszkańców podczas walk z piratami została nawet utrwalona w lokalnym muzeum piractwa. Tymczasem Guanczowie nie dostąpili podobnego zaszczytu, nie mają tu nawet muzeum poświęconego tradycji garncarskiej.

Z pamięci o podbitych krwawo Guanczach pozostały dzisiaj tylko figurki narzeczonych z El Mojon, bo to akurat jest znakomity i taki pikantny produkt marketingowy, na którym przy okazji można zarobić. Figurki są powszechnie dostępne w sklepach z pamiątkami.

 

San Bartolome, 26 listopada

Monumento al Campesino – podobno największy pomnik na wyspie – jest swoistym hołdem, jaki Manrique złożył mieszkańcom Lanzarote, a zwłaszcza ciężko pracującym rolnikom. Bo ich praca na tych księżycowych i wydawałoby się jałowych ugorach stanowi nie lada  heroiczne wyzwanie. Jest też mniej zauważalna przez turystów, którzy koncentrują swoją uwagę na plażach i wulkanicznych krajobrazach.

Na pierwszy rzut oka pomnik wygląda jak typowy obiekt kubistyczny zbudowany z betonu. Tymczasem głównym budulcem są zbiorniki na wodę, jakich używają na pokładach swoich łodzi lokalni rybacy. Na taki recyclingowy pomysł mógł wpaść tylko Manrique.

 

 

Wokół pomnika Manrique zaprojektował  kompleks muzealny – Casa Museo del Campesino. Jak to było w jego zwyczaju przekształcił w tym celu stare zabudowania rolnicze po dawnej farmie, zaprojektował piękną restaurację oraz ekspozycję starych maszyn i urządzeń rolniczych a także roślin uprawianych od lat na wyspie. Później muzeum zyskało sklepy z lokalnymi pamiątkami  – pracami rzemieślników , regularnie organizowane są pokazy ich pracy – garncarzy i  hafciarzy. Powstało coś w rodzaju skansenu, gdzie można także spędzać przyjemnie czas.

Po obejrzeniu muzeum pojawia się refleksja – chyba tylko wielki artysta mógł docenić w taki piękny sposób trud mozolnej pracy na roli i na morzu – 2 tradycyjnych źródeł utrzymania tutejszych mieszkańców, które powoli zanikają wraz z lawinowym rozwojem turystyki.

 

Przejeżdżając asfaltowymi szosami przez środek wyspy, przecinając owe puste, szare i brązowo-brunatne  wulkaniczne pustkowia niezwykle rzadko można zauważyć enklawy zieleni, gdzie uprawia się cokolwiek. Znakiem rozpoznawczym jest zazwyczaj kilka palm a wśród nich jakieś niskie rolnicze zabudowania. Czasem widać rolników pielęgnujących sadzonki. Niewielu tubylców ima się dzisiaj rolnictwa, tu plony trzeba niemal wydzierać z ziemi, co jest okupione ciężką pracą fizyczną. To paradoks, bo gleba wulkaniczna jest zazwyczaj żyzna, tyle że bez wody staje się martwa. Woda jest tym bogactwem, do której dostęp bywa reglamentowany. Rolnik konkuruje o nią z turystą. Na wyspie nie ma rzek ani podziemnych studni, jedynym źródłem wody jest lokalna odsalarnia wody morskiej, jedna z pierwszych w Europie i dzisiaj już technologicznie przestarzała (dopiero w planach jest budowa nowych instalacji).

 

 

Playa Honda, 26 listopada

Oddajemy auto do wypożyczalni. Pani odbierająca kluczyki sprawnie spisuje protokół o szkodzie na drzwiach, szacuje koszt naprawy i wysyła elektronicznie dokument do firmy ubezpieczeniowej. Odczuwamy  natychmiast ulgę. Jak to dobrze wypożyczyć auto w renomowanej firmie i nie żałować na wykup AC.

 

Playa Honda, 26 listopada

Niemal podczas każdej podróży szperam w lokalnych serwisach informacyjnych, kiedyś w wersji papierowej, teraz już niemal wyłącznie w formie Internetowej. W ten sposób zawsze dowiaduję się czegoś więcej o zwiedzanych miejscach niż z przewodników. Tu na Lanzarote zaglądałem do angielskojęzycznego portalu GazetteLanzarote. Stamtąd dowiedziałem się, iż deweloperzy na Lanzarote mają o wiele cięższe grzechy na sumieniu niż te związane z wysokością obiektów, kubaturą czy ich estetyką.

Hiszpańscy aktywiści Green Peace ujawnili w specjalnym raporcie,  że kilka hoteli na Lanzarote zostało zbudowanych nielegalnie, a ich właściciele nic sobie z tego nie robią, mając prawdopodobnie mocnych protektorów w Madrycie. Takie hotele znajdują się m.in. w Costa Blanca i w Yaizie. Wymieniono 4 obiekty, które od paru lat prowadzą nielegalnie działalność biznesową, a niektóre z nich otrzymały nawet dotacje ze środków publicznych.

Najbardziej drastyczny przykład dotyczy Hotelu Sandos Papagayo, na  skraju kurortu Playa Blanca ale zbudowanego już na terenie graniczącym z parkiem Los Ayaches, czego zakazuje prawo. W dodatku wysokość budynku przekracza dozwolone limity. To na ten masywny obiekt patrzyliśmy z niepokojem, gdy wracaliśmy z plaży Papagayo.

Niestety, tutaj na wyspach Kanaryjskich też pleni się korupcja na styku prywatnego biznesu i władz lokalnych.Wg portalu GazetteLanzarote: W 2016 roku były burmistrz Yaizy, José Francisco Reyes, został skazany na sześć lat więzienia i zajęty jego majątek w głośnej „sprawie Yate”, która ujawniła powszechną korupcję związaną z rozwojem miast na południu wyspy. Na szczęście burmistrz nie zdążył narobić dużo szkód, bo sama Yaiza nasm się bardzo podobała.

Ilekroć bywam w Hiszpanii, niemal zawsze intryguje mnie pytanie, czy korupcja władz lokalnych jest specjalnością tego kraju czy może bardziej ją widać dzięki czujności niezależnych dziennikarzy w bardziej dojrzałej demokracji.

 

Arrecife, 27 listopada

 

 

Byłem mocno zaskoczony, gdy dowiedziałem się, iż w stolicy wyspy Arecife można spotkać najwięcej śladów kreatywności Manrique. Nie są może tak spektakularne do oglądania, jak Jameos del Aqua, ale przecież istotne w jego dorobku. Artysta zrealizował tu pierwsze swoje zamówienia. Powstało tu  wiele jego murali , malowideł ściennych, projektów parków i skwerów, pomników itp.

Także Charco de San Gines – jeziorko w samym centrum miasta, otoczone deptakiem zostało zrewitalizowane wg projektu tego artysty. Urodził się właśnie nad brzegiem tego małego akwenu i spędził tam dużą część swego dzieciństwa. To chyba jeden z najbardziej urokliwych zakątków miasta, otoczony  dawnymi domkami rybaków – w środku  stoją liczne zacumowane małe łodzie i jachty. W wyobraźni artysty była to „Wenecja Atlantyku”.

 

 

Spaceruję nadmorską promenadą i  trafiam na pierwszy park założony w Arrecife z roku 1959. To też projekt Manrique. Wygląda niepozornie – to wąski pasek zieleni wzdłuż wybrzeża – urozmaicony placykiem zabaw, fontanną, płytami i kamykami wulkanicznymi. Nosi imię Ramireza Cerdy, które to nazwisko także niewiele mówi większości spacerowiczów. Tymczasem Manrique wiele zawdzięczał swojemu przyjacielowi z dzieciństwa, który piastował przez pewien czas funkcję przewodniczącego Cabildo (odpowiednik stanowiska burmistrza w mieście) i  który aktywnie wspierał projekty artysty. Co więcej mianował go nawet doradcą ds. kultury, dzięki czemu artysta miał większą siłę przebicia i przekonywania mieszkańców.

 

 

Idąc dalej nadbrzeżną aleją dochodzę do jedynego na wyspie 15-kondygnacyjnego wieżowca – hotelu  Grand Hotel Arrecife. Ciekawe czy goście wynajmujący tam pokoje są świadomi tego, że artysta z wielkim zaangażowaniem buntował się przeciw budowie obiektu, walcząc o ustanowienie na całej wyspie rygorystycznego zakaz wznoszenia wysokich budynków. Takie regulacje udało mu się w końcu wywalczyć, ale niestety uchował się  jako relikt czasów sprzed wprowadzenia przepisów.  Sterczy dzisiaj jak wrzód w krajobrazie Lanzarote.

 

 

Można sobie wyobrazić, jak czuł się artysta, ilekroć przyjeżdżał potem w latach 70-ych i 80-ych do swojego rodzinnego miasta  i patrzył na tę swoją porażkę, poniesioną w bliskim sąsiedztwie jego licznych tutaj autorskich projektów, takich jak wspomniany park, czy pobliska wysepka La Formina utworzona z wulkanicznych skał i białych sześcianów.  Na szczęście autorzy pomnika wzniesionego pośmiertnie na cześć Manrique zachowali się  taktownie – skierowali jego twarz ku morzu, a nie w stronę betonowego straszydła w samym środku miasta.

Manrique w ostatnich latach życia bardzo pesymistycznie oceniał losy swojej utopii estetyczno- społecznej, już wtedy pisał, że stała się martwa. Jego idee przegrały w tym sensie, że wyspie do dzisiaj nie udało się uniknąć wielu skutków rosnącej fali turystyki (podobnie zresztą jak dzieje się to gdzie indziej na świecie).

Jednak dzięki swojemu zaangażowaniu Manrique osiągnął sukces jak  żaden inny artysta na świecie. Uratował krajobraz przed brzydotą, co jakże odróżnia Lanzarote np. od pozostałych wysp Kanaryjskich.  Niska zabudowa, jednolity standard kolorów fasad i stolarki oraz brak billboardów – to są już trwałe elementy brandu Lanzarote mimo licznych prób jego niszczenia . Stoję pod pomnikiem wielkiego mistrza i mówię na pożegnanie: Cezarze Manrique głowa do góry! Twoje marzenia nie są jednak martwe.

 

Arrecife,lotnisko, 28 listopada,

Żegnamy się z piękną wyspą. Ostatnie 2 km z Playa Honda na lotnisko pokonujemy pieszo. Nie ma stąd połączenia autobusowego a aplikacja Uber na telefonie pokazuje ku naszemu wielkiemu zdumieniu, że nie jest dostępna. Na szczęście nasz bagaż jest niewielki a spacer nie okazuje się uciążliwy.

Tuż przed wjazdem na lotnisko mijamy potężny słup reklamowy z logiem znanej sieci marketów. To o tę właśnie reklamę wielkoformatową ( a także 2 inne zawieszone w hali przylotów) niemal od roku trwa awantura w lokalnych mediach. Fundacja stojąca na straży dziedzictwa Manrique zaalarmowała lokalne władze o złamaniu przepisów. Duże reklamy urągają pamięci Manrique. Naruszają harmonię wizualną wyspy i psują pierwsze wrażenie turystów.  A lotnisko nosi przecież dumną nazwę Cezarego Manrique.

Manrique był bardzo dumny z tego, iż udało mu się przeforsować do regulacji ustawowych zakaz ustawiania wielkoformatowych reklam na całej wyspie. Pisał w jednym z wywiadów w roku 1976: Lanzarote było prawdopodobnie jedynym miejscem na świecie, gdzie dokonał się ten cud.

P.S. Już po zamieszczeniu powyższych notatek – w marcu 2026 władze Lanzarote (Cabildo) uwzględniły wniosek Fundacji Manrique o zdjęcie reklamy wielkoformatowej z lotniska. Hiszpańskiemu zarządcy lotnisk nakazano usunięcie dużego słupa reklamowego stojącego przy wjeździe na lotnisko. Odedtchnęliśmy z ulgą. Wspomniany cud trwa dalej.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.