Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

Smak gór i dobrego wina. Notatki z Teneryfy

Na Teneryfę zwabiły nas  góry i  dobre wina – krew tutejszej wulkanicznej ziemi. Słynne nadbrzeżne kurorty  z podrabianymi plażami  i piaskiem dowożonym aż z Sahary omijaliśmy szerokim łukiem. Na nocleg wybieraliśmy domki lub pokoje zlokalizowane w bezpiecznej odległości od zatłoczonych ośrodków wczasowych. Wynajęte auto ułatwiało nam zawsze dotarcie do najtrudniej dostępnych zakątków.

Wśród kwitnących kaktusów

Nasza pierwsza baza  to stary dom Adeli położony samotnie na wzgórzu  nieopodal miasteczka Arona. Gospodyni uraczyła nas gigantycznym śniadaniem – z  produktów jej  własnego ogrodu. Do koziego sera – zgodnie z tutejszym zwyczajem –  podała nam domowy dżem z  guajawy. Z pięknie ukwieconego i udekorowanego starociami  tarasu   patrzyliśmy z jednej strony na błękit morza , z drugiej zaś na pobliski wulkan Roque de Conda.

Pieszy szlak na tę górę prowadził z pobliskiej Arony – sennego miasteczka, w którym poza kościołem,  kapliczką i zabytkową siedzibą burmistrza, niewiele było do zobaczenia, ale które miało w sobie ten lokalny autentyczny koloryt, jaki zawsze uwielbiamy. Droga na wulkaniczny szczyt ( 1000 m n.p.m) prowadziła najpierw wśród pól uprawnych i sadów. Uderzało  bogactwo nowych domów , które zapewne powstawały dzięki dochodom z dostaw żywności dla tysięcy pobliskich hoteli i pensjonatów. Potem podchodziliśmy zakosami wśród gęstego dywanu zakwitających właśnie kaktusów i innych roślin dobrze znoszących kamienistą glebę. Pachniało wspaniałą wiosną.

Gdy  podeszliśmy  pod sam wierzchołek  góry, ukazała się  w pełnej odsłonie panorama, jakiej nie zobaczymy na żadnej pocztówce. Gęstą zabudowę hotelową Los Cristianos i Playa de las Americas   otulały hektary folii chroniącej  sady i  pola uprawne przed  kaprysami pogody. Szpetny „wieżowcowy” krajobraz generuje w coraz większej skali morza białych plastikowych płacht. Miliony turystów  przyjeżdżających  tutaj na południe wyspy  niemal przez cały rok  trzeba przecież dobrze wyżywić.

Dopiero ze szczytu pobliskiej góry widać „piękno” nadbrzeżnych słonecznych kurortów

Naprzeciw plaży wyrasta kolejny żelbetonowy potworek  z apartamentami na sprzedaż

Masca z duszą                                                                                                            

W górach Teno szukaliśmy zacisznego  miejsca. I znaleźliśmy go w starym 350-letnim domku  Matyldy, wciśniętym w strome zbocze góry, u wrót słynnego wąwozu Masca. Nastrój tego miejsca dopełniały plątanina kamiennych wąskich schodków, ścian porośniętych egzotycznym bluszczem, no i ogródek z  maleńkim tarasem , z którego widać było wąwóz , a w  prześwicie linię morza. Domek był trochę zapuszczony, ale pełen sielskiego uroku i  bez natrętnych nowoczesnych udogodnień. Ciepła woda i  kuchenka gazowa oraz wygodne łózko do spania dostarczały tyle luksusu, ile  można  było tolerować w tak romantycznym miejscu. Matylda urządziła domek  skromnie, ale z wyczuciem do detali, można tu było się  cieszyć każdym elementem wystroju, zwłaszcza  mozaikami ceramicznymi.


Zaopatrywaliśmy się w jedynym miejscowym sklepiku, gdzie można było nabyć  pachnące pomidory, mandarynki  i  lokalny kozi serek. Natomiast wino dostarczane z pobliskiej kotliny sklepikarka nalewała nam do dużych butelek po whisky. A gdy do tych lokalnych darów ze sklepiku  dodaliśmy  pachnącą pietruszkę i  herbatę z  mięty oraz  geranium – odkrytych w nieco zarośniętym  ogródku Matyldy, nasze posiłki bywały  rajskimi ucztami.

Przez cały pierwszy dzień wałęsaliśmy się kamiennym traktem między paroma skupiskami domów w wiosce Masca, zaglądali do starych ogródków, odkrywali nieznane nam rośliny . A wieczorami gdy  pobliskie parkingi opuścił ostatni  samochód, cieszyliśmy się  ciszą gór przerywaną jedynie głosami drapieżnych ptaków nawołujących się w pobliskich skałach. Nie była nas w stanie złamać kapryśna górska pogoda .

Szlaban przy wejściu do wąwozu

Nazajutrz mimo ulewnego deszczu stawiliśmy się w pełnej gotowości do wędrówki przy bramie do słynnego wąwozu Masca. Komunikat o czasowym zakazie  ruchu turystycznego kompletnie nas zaskoczył. Kelner z pobliskiej restauracji  wyjaśnił nam , że po ulewnych burzach w lutym br.  droga do morza została w niektórych miejscach mocno uszkodzona. Ponieważ szlak  stała się niebezpieczny dla turystów, lokalne władze w Buenavista del Norte wprowadziły zakaz do czasu aż powstaną  dodatkowe zabezpieczenia , np. liny i barierki. Dotychczasowe ostrzeżenia w przypadku  złej pogody  nie zawsze bywały skuteczne – turyści ryzykowali  na własna rękę wejście do wąwozu, a gdy nie byli w stanie o własnych siłach wrócić, wzywali  pomoc.

Tak właśnie stało się pod koniec lutego br. , gdy grupa 8 turystów niemieckich  mimo alertu pogodowego weszła do wąwozu, ale nie zdołała już wrócić  do wioski. Wiatr był tak silny, ze turystów nie dało się ewakuować ani łodzią ratunkową ani helikopterem. Musieli zostać  przez całą noc na plaży – przespali się w jaskini, do której zaprowadził ich lokalny pasterz

Musieliśmy się więc pogodzić z  realiami i zmienić  plany. Dookoła było mnóstwo krótszych i bezpiecznych szlaków. Wydeptaliśmy chyba wszystkie możliwe ścieżki w okolicy nadające się do trekkingu.

 

Wszystko wskazuje na to, że gdy lokalne władze uporają się z bezpieczeństwem w samym wąwozie, będą  zmuszone  podjąć bardziej radykalne decyzje. O zakazie  wjazdu  do wioski Masca dla aut i autokarów oraz  o ustanowieniu dziennego limitu zwiedzających. W przeciwnym razie maleńka wioska wraz z wąwozem –  nazywane Machu Picchu Teneryfy – zostaną rozdeptane.  Jeszcze nie było pełni sezonu turystycznego, a już zaparkowanie  auta w pobliżu wioski graniczyło z cudem. Wąska droga górska uniemożliwia dzikie parkowanie. A gdy na krętej, wąskiej drodze pojawiał się autokar wycieczkowy, powstawały niebezpieczne zatory. Szacuje się ,że średnio co dzień do wioski zagląda prawie 1000 turystów.

Jeszcze w latach 80-ych nie było  obecnych dróg i do wąwozu Masca dojeżdżało się na osiołkach. Podróż trwałą czasem kilkanaście godzin. Może warto reaktywować ten sposób podróżowania w stylu retro?

Smocze drzewo i geometryczne ryby

Do Icod de los Vinos zaglądnęliśmy  tylko po to ,aby zrobić sobie pamiątkową fotkę pod najstarszym na wyspie 1000-letnim smoczym drzewem, z którego słynie Teneryfa. Miasto jest rzeczywiście malowniczo położone. Usiedliśmy na ławce w urokliwym starym parku wokół kościoła św.Marka, skąd świetnie widać stare drzewo. Parkowe alejki  były odświętnie udekorowane – trawniki zdobiły   liczne kolorowe malowidła z rybami o charakterystycznych geometrycznych kształtach w stylu Picassa. Wśród dekoracji  znajdował się także  portret Cesara Manrique’a (1919 – 1992), wybitnego artysty hiszpańskiego  związanego z Wyspami Kanaryjskimi. Pani z informacji turystycznej była wielce zdziwiona, że Polacy pytają  o tego artystę. Powiedziała , że wystawa odbywa się w ramach trwającego w miasteczku festiwalu kulturalnego pod patronatem Świętego Marka Ewangelisty ,natomiast wystawiane kopie obrazów Manrique’a  wykonali uczniowie okolicznych szkół.

O Cezarym Manrique’u słyszeliśmy wiele dobrego już przed wyjazdem – to jemu na  Lanzarotte udało się uratować wyspę przed śmieciowymi trendami turyzmu – m.in. domy  tam można stawiać  tylko do maksymalnej wysokości kilku pięter, a pobocza ulic nie szpecą bilbordami reklamowymi. Być może nie było  takiego drugiego architekta przestrzeni, któremu udało się urzeczywistnić na tak dużej  przestrzeni  własną wizję artystyczną .

Pani z informacji turystycznej widząc nasze zainteresowanie , gorąco radziła, aby pojechać do  pobliskiego Puerto de la Cruz, gdzie znajduje się ciekawy projekt Manrique. Duch Cesara Manrique’a z wystawy w Icod de Vinos tak podziałał na nasza wyobraźnię , że  zamiast do słynnej Orotavy  jeszcze tego samego dnia wpadliśmy na kilka godzin do Puerto de la Cruz. Wygrała ciekawość, jak ten wybitny architekt i rzeźbiarz próbował pod koniec lat 70-ych ubiegłego wieku ratować  kanaryjski kurort przed  brzydotą  podobnego typu ośrodków turystycznych na wyspach Kanaryjskich.

Dwa światy w Puerto Santa Cruz

Ujrzeliśmy niezwykły, zaledwie kilometrowy pas wybrzeża, na którym nie było widać  piasków dowożonych z Sahary oraz plaż ukwieconych tysiącami parasoli  i  leżaków. Były za to  laguny z wodą morską, ogrody i tarasy oraz  rzeźby autorstwa Manrique’a – wszystko wkomponowane w  naturalne otoczenie wysokich skał wulkanicznych, w ścisłej harmonii z przyrodą i duchem miejsca. Fantastyczne miejsce do wypoczynku, które mimo upływu tylu lat do dzisiaj prawie się nie zestarzało.

Promenada oddzielająca Costa Martianez od  Puerto de la Cruz  dzieli tutejsza przestrzeń na 2 odrębne światy. Od strony morza widzimy kompleks wypoczynkowy będący w symbiozie z otaczająca naturą,  natomiast po drugiej stronie stoi las brzydkich hotelowych wieżowców – koszmar  nadmorskich kurortów znany nie tylko z Hiszpanii. Niekontrolowany boom budowlany na Teneryfie rozpoczął się jeszcze w latach 60-ych. Niestety, nie było wtedy ani  regulacji ekologicznych ani woli angażowania wizjonerów na miarę Cesara Manrique’a. Choć już dzisiaj obowiązują nowe bardziej restrykcyjne ustawy chroniące środowisko i krajobrazy, nie są one w stanie przywrócić już piękna naturalnej przestrzeni. Nie przywróciłoby tego piękna nawet wyburzenie  większości  betonowych klocków.

Wina Tacoronto pachną wulkanem

Miłośnicy wina dobrze wiedzą ,ze prawdę o tym trunku najlepiej poznawać w miejscu, gdzie ono powstaje.  Dlatego kolejnym przystankiem podczas naszej wędrówki dookoła Teneryfy stała się  Tacoronte – stolica  najlepszych win na Teneryfie  (apelacja Tacoronte Acentejo). Położenie miasteczka nie jest atrakcyjne, ale jego okolice już zaskakują urodą. W sąsiadującym i malowniczo położonym nad morzem  El Sauzal znajduje się słynne muzeum wina (Casa del Vino), w którym godzinami można poznawać  tajemnice winiarstwa na Teneryfie,  a potem w kawiarni z pomocą kelnera smakować wybrane szczepy, aby  wyszukać dla siebie ten najbardziej  czarodziejski trunek. Wybraliśmy taki właśnie  zindywidualizowany sposób odkrywania win,  rezygnując z  uczestnictwa w organizowanym rajdzie  „wesołym autobusem” po  okolicznych winnicach , po którym pozostaje zazwyczaj jedynie wspomnienie dobrego kaca.

Tajemnica jakości teneryfskich win nie jest skomplikowana. Przede wszystkim nie uprawia się tu niczego na skalę wielkoprzemysłową, winnice są  niewielkie i  zarządzane przez  rodziny tkwiące w winiarskim fachu od pokoleń. Na pochyłym zboczu   trzeba zakładać specjalne tarasy, budować drewniane konstrukcje i polegać przede wszystkim na  pracy ręcznej. Wiele tutejszych szczepów jest unikatowych, nigdzie indziej nie spotykanych, np. gual. Teneryfę ominęła  bowiem szczęśliwie plaga filoksery (mszycy), jaka w II połowie XIX wieku  wieku doprowadziła do zagłady większość  winnic w Europie.

Na tę wyjątkową jakość win ma wreszcie wpływ tutejsza  tak sprzyjająca winnicom uboga gleba pochodzenia wulkanicznego. Teneryfskie winnice  ledwie  zaspakajają potrzeby mieszkańców i turystów. Ich eksport do Europy jest śladowy. I nie ma co ukrywać, że  nawet na Teneryfie są droższe  od tych importowanych z półwyspu.

Casa del Vino   mieści się w starej  posiadłości  kanaryjskiej z XVI wieku , gdzie zachowały sie dawne urządzenia służące do wyrobu wina

W Casa del Vino skosztowaliśmy 2 lokalnych win czerwonych – Marba i  Vina Norte, obydwu  ze szczepów listan negro i  negramol . To drugie przypadło nam bardziej do gustu, zakupiliśmy nawet butelkę z oznaczeniem crianza ( minimum 6 miesięcy leżakowania w beczkach). Kosztowane wina miały subtelny aromat , nie były ani za słodkie ani za kwaśne. I czuć było w nich wyraźnie nutę mineralności – smak tutejszej ziemi.                       

Masakra – pamięć o Guanczach

Ale zanim region Tacoronto stał się winiarskim zagłębiem, tutejsza wulkaniczna ziemia wchłonęła morze krwi podczas  podbijania wyspy przez Hiszpanów pod koniec XV wieku. W okolicach Tacoronto rozegrały się 2 zacięte bitwy, które ostatecznie przesądziły o losach Guanczów – dawnych mieszkańców tych ziem .Dramaturgia  wydarzeń zapisana jest bezpośrednio w nazwach 2 sąsiednich miasteczek: La Matanza de Acentejo i  La Victoria de Acentejo ( Masakra pod Acentejo i  Zwycięstwo pod Acentejo). Sromotną klęską (czyli masakrą) zakończyła się pierwsza próba przejęcia całej wyspy przez konkwistadorów  w roku 1494. W zasadzce w wąwozie Acentejo zginęło wówczas ponad 1000 dobrze uzbrojonych hiszpańskich najeźdźców. 2 lata później konkwistadorzy wzięli na Guanczach krwawy odwet, odnosząc wiktorię niedaleko miejsca, gdzie ponieśli klęskę. Tubylcy zostali potem przesiedleni na mniej urodzajne ziemie ,  zdeklasowani do roli pasterzy i drobnych rolników albo wyprzedawani jako niewolnicy.

Zarówno  na   Gran Canarii czy Teneryfie uderza eksponowanie   śladów i pamiątek po Guanczach (malowidła, jaskinie, wykopaliska itp.). Dlatego z ciekawości pojechaliśmy do La Matanzy, aby zobaczyć jak tam Hiszpanie utrwalili  pamięć o swojej porażce. Z trudem odnaleźliśmy starą kaplicę San Anton Abad wybudowaną zaraz po krwawych wydarzeniach. Jej fundatorem okazał się Hiszpan, który uszedł z życiem podczas „masakry” i  który jak mniemał swoje cudowne ocalenie zawdzięczał świętemu patronowi  jego imienia. Owszem, znaleźliśmy pamiątkową tablicę, ale została poświęcona pamięci  nie wymienionych z nazwiska bohaterów z lat 1494-1909. Bardziej triumfalnie  jest za to w sąsiedniej La Victorii, gdzie na cześć zwycięstwa dowódca Alonso Fernandes de Lugo kazał wybudować okazały kościół  pod wezwaniem Nuestra Senora de la Victoria. Niestety, słabo idzie Hiszpanom rozliczanie z ich własną historią.

La Matanza – kaplica mająca upamietniać klęskę Hiszpanów z końca XV w.

Mimo powyższych obserwacji z okolic Tacoronte  odnosimy wrażenie, że współcześni Hiszpanie odczuwają jednak wyrzuty sumienia po krwawej konkwiście, w wyniku której   Wyspy Kanaryjskie odebrano pierwotnym mieszkańcom, a  ich niemal całkowicie eksterminowano. Ci nieliczni, którzy pozostali , stopili się z  najeźdźcami hiszpańskimi  i z innymi nacjami  wraz z nimi  przybyłymi.  Guanczów już dawno nie ma, ale wyspy  otrzymały status regionu autonomicznego. Mają odrębną flagę , hymn oraz herb. Dzisiaj w dobie coraz dokładniejszych badań genetycznych   modne jest podobno przyznawanie się do pokrewieństwa z podbitymi tubylcami. Programy szkolne także eksponują silnie pamięć o Guanczach. Dzieci w szkole mają nawet  lekcje z gwizdania. Guanczowie   komunikowali się w górach właśnie za pomocą gwizdów.

A tak pokojowo Guanczowie witali przybycie Hiszpanów na wyspę – obraz w  galerii w  Muzeum Etnograficznym w Guimar

Anaga – ścieżka zmysłów

Dużo obiecywaliśmy sobie po wędrówce w pięknych górach Anaga (na samej północy Teneryfy),  porośniętych lasami laurowymi  mimo iż  wszyscy  ostrzegali  nas przed tamtejszymi klimatycznymi zawirowaniami. Niestety, te przestrogi sprawdziły się. Gdy zeszliśmy już prawie 1 km czerwonym szlakiem z Cruz de Carmen w kierunku słynnego Punto del Hidalgo  , silna ulewa i  wichry zmusiły nas do odwrotu. Na jakiekolwiek przeżywanie wspaniałych widoków nie było najmniejszych szans.

Wybraliśmy więc łatwiejszy i mało widokowy szlak, ale za to niesztampowy . Poszliśmy  tzw. ścieżką zmysłów czyli  Sendero de los Sentidos. Szlak liczy zaledwie parę km, biegnie wśród świetnie zachowanych fragmentów gęstych lasów laurowych. Wyróżnia się tym ,że co kilkaset metrów specjalne tablice zachęcają do  zatrzymania się  i  oddania się zmysłowej kontemplacji  – nie tylko tradycyjnie wzrokiem, ale także słuchem , węchem i dotykiem.

Na jednym z przystanków znajdował się taka oto instrukcja dla piechurów i ze szczególnie rozwiniętym aparatem zmysłowym: „Ziemia jest jak skóra ludzka. Marszczy się z upływem czasu. Przed sobą widzisz grzbiety gór i wąwozy. Woda, wiatr i słońce kształtują ziemię od milionów lat. Zamknij oczy , poczuj swoimi rękami „zmarszczki tego starego wulkanicznego masywu”. W podobny  sposób na kolejnych przystankach można nauczyć się rozpoznawać  gatunki drzewa laurowego samym dotykiem kory, różnej u różnych gatunków. Albo za pomocą węchu jak np. drzewa eukalipsowe. Specjalne liny i poręcze umożliwiają też na zamykanie oczu i wsłuchiwanie się w ciszę lasu. Świetny pomysł edukacyjny , zwłaszcza dla rodzin z dziećmi, ponieważ wędrówkę można połączyć ze świetną zabawą. Na kilkuset początkowych metrach ułożono drewniany chodnik, który umożliwia  wejście na szlak również osobom niepełnosprawnym, co też jest ewenementem  na tym szlaku.

Niestety, z wielkim ubolewaniem opuszczaliśmy góry Anaga, które są ponoć najpiękniejszym i najbardziej dzikim zakątkiem Teneryfy. Szlak Zmysłów  był zaledwie namiastką tego, co straciliśmy przez  pogodową zawieruchę.

Gdy na kilka minut pokazało się upragnione słońce,  piękno gór Anaga pokazało się nam w pełnej krasie

 Kanaryjska Częstochowa

Na Teneryfie nie jest łatwo uwolnić się od śladów po Guanczach –   to  swoisty pośmiertny triumf pokonanych. W nadmorskim miasteczku Candelaria (wschodnie wybrzeże wyspy) na olbrzymim placu obok bazyliki na cześć Nuestra Señora de la Candelaria stoi 9 wielkich posągów przedstawiających dziewięciu podbitych przez Hiszpanów władców królestw Teneryfy. W zamierzeniu rzeźbiarza mają właśnie w tym mieście na brzegu morza  bronić czci małej świętej figurki.

Jeden z wodzów Guanczów strzegący do dzisiaj świętej  figurki

 

Kanaryjska Matka Boska Gromniczna – kopia figurki  znalezionej przez Guanczów

Hiszpańska konkwista miała na celu nawracać barbarzyńskie ludy na wiarę chrześcijańską.  Jak wielce zdumieni musieli być pierwsi konkwistadorzy, gdy po wylądowaniu na Teneryfie w roku  1492 , przekonali się , że tutejsze niewierne hordy dzikusów nie znające nawet koła,   już od kilkudziesięciu lat  modlą się do Matki Boskiej Gromnicznej. Guanczowie zaprowadzili  Hiszpanów  do jaskini  Achbinico znajdującej się na brzegu morza tuż za dzisiejszym kościołem i  tam pokazali Hiszpanom figurkę Matki Boskiej, trzymającej w jednej ręce  Dzieciątko, a w drugiej zaś zieloną świecę. Figurkę wyrzuciło na brzeg morze, pewnie z jakiegoś rozbitego statku. Ale miejscowi czcili ją nabożnie z powodu wielu cudów, jakie Matka Boska ich zdaniem czyniła od lat. Niestety, konkwistadorzy nie odstąpili od  swojej misji ujarzmiania dzikusów. Ucieszyli się tylko z tego powodu, ze chrystianizowanie Guanczów poszło im teraz jak z płatka. Szybko odbyła się pierwsza msza święta w jaskini z figurką. Zarządzono wybudowanie kaplicy ( współcześnie przebudowanej na bazylikę), gdzie też odbył się chrzest Guanczów – tych którzy przeżyli eksterminację.

Candelaria  jest dziś najważniejszym miejscem kultu religijnego na Wyspach Kanaryjskich , pielgrzymują tu co roku wierni ze wszystkich wysp Kanaryjskich. W olbrzymiej bazylice można podziwiać słynną figurkę Matki Boskiej o czekoladowej twarzy, niestety oryginał zaginął podczas pogodowych kataklizmów.

Bazylika Matki Boski Gromnicznej  –  najbardziej święte miejsce dla  katolików Wysp Kanaryjskich

Wędrówka po uroczym nadmorskim miasteczku przyniosła wiele radości, urządziliśmy tu sobie także popas. W porcie rybackim znaleźliśmy  knajpkę ze świeżymi rybami z porannego połowu. Poleciła nam ją spotkana przypadkowo Polka, która pracowała tu od kilkunastu lat jako kucharka. Przepyszne ryby przepijaliśmy  białym anonimowym winem  (tylko vino de la casa bez możliwości wyboru).

W kalderze wokół  Teide 

Na koniec naszej touru wokół Teneryfy pozostawiliśmy sobie  „wisienkę na torcie” czyli  wędrówkę po kalderze wulkanu El Teide (3718 m n. p. m). Tym razem pogoda sprzyjała   –  nad  całym masywem wulkanicznym świeciło słońce , za to chmury i mgły pozostawiliśmy daleko w tyle nad  samym morzem.

Gdy wdrapaliśmy się w końcu autem – jadąc serpentynami od strony Vilaflor – na brzeg kaldery Las Canadas , mieliśmy wrażenie, że wylądowaliśmy na Marsie. Przed nami roztaczała się rozległa równina otoczona licznymi stożkami wulkanicznymi , od północnej strony – potężnymi szczytami Teide i Pico Viejo . Rozmiary tej  wulkanicznej doliny zapierały dech –  średnica dochodzi do 15 km,  w obwodzie jest to aż 40 km. Nie przypadkowo  uznawana jest za jedną z największych i najpiękniejszych na świecie.

Kaldera jest pozostałością po niezwykle silnym rozpadzie wcześniejszego wulkanu o nazwie Las Canadas, który był znacznie wyższy niż  Teide – ok. 4500 m n.p.m. Obecny stożek Teide wraz z bliźniaczym Pico Viejo wyłoniły się więc z kotliny dopiero w wyniku kolejnej erupcji wulkanicznej w jej  północnej części. A lawa powstała po tym wybuchu częściowo rozlała się po kalderze i  utworzyła na jej powierzchni liczne wybrzuszenia skalne o nieziemskich kształtach.

Jesteśmy w raju dla ludzi, którzy kochają piesze górskie wędrówki , niekoniecznie po to, aby tylko zdobywać szczyty. Kotlinę przecina siatka tras , dobrze oznakowanych. Najpierw przeszliśmy się kilka km malowniczym szlakiem wokół  Roques de Gracia, trasą nietypowych formacji skalnych wyrzeźbionych przez naturę, głównie w kształcie iglic. Świadomie zrezygnowaliśmy z wycieczki kolejka linową na szczyt, do której ustawiają się tłumy turystów w celu zaliczenia Teide. Po przestudiowaniu mapy ze szlakami otrzymanej w informacji turystycznej  wybraliśmy  2 trasy  układające się w dużą pętlę w obrębie kaldery – w sumie 12 km. Chcieliśmy w ten sposób zasmakować  marsjańskiego krajobrazu, dotknąć  tamtejszych różnorodnych skał,  przyjrzeć się tym wszystkim roślinom, które dzielnie  dawały sobie radę  w tak trudnym wulkanicznym gruncie.  Spotykaliśmy po drodze charakterystyczne wysokie rośliny, jakie widnieją niemal na wszystkich pocztówkach z Teneryfy. Są to wysokie na parę metrów „tajinaste rojo” (Echium wildpretii) , rosnące tylko na tej wyspie. Niestety jeszcze nie zakwitły. Zdjęcia kwitnących kwiatów zrobiliśmy za to w drodze powrotnej w Vilaflor, gdzie jest  szybsza wegetacja. W czasie parogodzinnej wędrówki towarzyszyła nam nieodłącznie sylwetka  Teide. Teneryfa w języku Guanczów  oznacza górę pokrytą śniegiem ale akurat podczas naszego pobytu nie było nam dane tego zobaczyć.

Baboso na pożegnalny toast

Po wizycie w Tacoronto wydawało nam się  ,że już wiemy, jakie wina  będziemy polecać przyjaciołom udającym się na Teneryfę. Ale  o tym w jak dużym  tkwiliśmy w błędzie, przekonaliśmy się  ostatniego wieczora, w miasteczku La Camella, w jednej z tamtejszych restauracji. Chcieliśmy wypić toast na pożegnanie z piekną wyspą. Poprosiliśmy kelnera, aby podał nam najlepsze wino, jakie ma w swojej piwnicy. Przyniósł  butelkę czerwonego wina , oczywiście z regionu Tacoronte .Na niebieskiej etykiecie z zarysem wulkanu  otoczonego obłokiem chmur przeczytaliśmy: Bodega Vinatigo , szczep baboso negro, rocznik 2013.   I było to nasze największe winiarskie odkrycie, poczuliśmy niebo w gębie. Pewnie była w tym  też i   zasługa naszego dobrego samopoczucia po dobrze spędzonym czasie na Teneryfie. Nasz licznik wystukał dobre ponad 100 km przebytych górskich ścieżek.

2 komentarze

    • Paweł, 10 lipca 2018, 11:24

    Odpowiedz

    Super ‚notatki’ 😉 Intrygująco pokazane ciekawostki tej urokliwej wyspy. Muszę się tam wybrać 😉

  1. Odpowiedz

    Hello,
    It is a blog section is benefited article and different place is awesome.
    Thank you for share us

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.