Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

Szisza, białe wino, czekolada i inne pasje Lisowskich. Południki szczęścia, Epika, 2016

Siedząc niegdyś przy kawie w krakowskim Klubie Dziennikarza pod Gruszką słuchałem z zapartym tchem opowiadań Andrzeja Lisowskiego, gdy zdawał relację ze swojej pierwszej wyprawy na wyspy greckie. Czasy były smutne, komuna chwiała się w posadach.  Andrzej opowiadał barwnie o swoich zmaganiach  z piekielnie ciężką (kilkanaście kg ze statywem) kamerą filmową boleks, wypożyczaną wówczas dziennikarzom przez agencję Interpress Film. To właśnie od uganiania się z takim bagażem w terenie, w środku tropikalnych upałów rozpoczynali Lisowscy swoją podróżniczą i zarazem filmową karierę dokumentalistów. Dzisiaj w erze cyfrowych, lekkich kamer ich dawne opowieści zakrawają o horror, ale w tamtych czasach ambitny filmujący podróżnik musiał mieć zaprawę fizyczną atlety oraz nerwy ze stali podczas obsługi skomplikowanego urządzenia, zanim cokolwiek zdołał uchwycić w kadrze.

Wypożyczenie kamery ułatwiało co najwyżej zdobycie paszportu na wyjazd zagraniczny, ale nie zapewniało jeszcze wystarczających finansów na przeżycie podczas podróży. Upadająca komuna cierpiała na chroniczny brak dewiz. O nie ówcześni podróżnicy musieli więc troszczyć się sami w sposób, o jakim pisze Andrzej Lisowski w  rozdziale pt. Namaste masala. Dolary na wymarzone destynacje zarabiało się wtedy, uprawiając drobny handel na trasie Indie – Singapur – Indie. Doskonałym wzorcem do naśladowania byli wówczas  polscy himalaiści, których bez handlowej wprawy  nigdy nie byłoby stać na zdobycie tylu wymarzonych 8 tysięczników i nie zyskaliby aż takiego rozgłosu.

Lisowscy wspominają noclegi w Delhi w osławionym hotelu Vivek, w którym pokoje miały tylko skoble na kłódki, bo te należało już mieć swoje. W pokojach bez okien stały tylko prycze z gołymi brudnymi materacami, dlatego w podróż  należało zabierać z sobą także  własne prześcieradło. Hotel kosztował zaledwie parę dolarów, ale dzięki poddaniu się właśnie takim rygorom oszczędnościowym można było spędzić wtedy w Indiach nawet kilka tygodni.

Przypomniała mi się moja pierwsza podróż egzotyczna do Indii, podczas której mieszkałem także w osławionym hotelu Vivek. Przed podróżą do Indii skorzystałem z praktycznych adresów Andrzeja (gdzie najtaniej spać i jeść) oraz „biznesowych porad” (co sprzedać i co kupić, aby nie doprowadzić rodziny do bankructwa po powrocie). W czasach przed internetowych główne praktyczne  źródło informacji stanowił właśnie ustny przekaz oraz notatki  innych podróżników.

 

Fot.Andrzej Lisowski

Wieloletnia aktywność Lisowskich w mediach (filmy dokumentalne i artykuły w polskiej prasie, liczne przewodniki, cykliczne audycje radiowe i telewizyjne o podróżach, m.in. Światowiec i Południk Cafe) musiała rozbudzać wyobraźnię i niejednego natchnęła marzeniami  o dalekich podróżach z plecakiem. Przede wszystkim Lisowscy zachęcali do podejmowania podróży niebanalnych, wymagających pewnego wysiłku umysłowego oraz pasji do poznawania świata.

„Południki szczęścia” są w dorobku Lisowskich czymś w rodzaju barwnego podsumowania ich ponad 30 lat spędzonych w podróżach. Dzielą się z czytelnikami  tym, co ich najbardziej podczas tych podróży fascynowało. Podróżowanie bez pasji byłoby tylko zwykłym konsumowaniem upływającego czasu, zaliczaniem miejsc, ale nie przygodą. W jednym z internetowych wywiadów Lisowscy mówili: Andrzej: Podróżowanie, tak jak pasja, jest w naszym wnętrzu. To pewien rodzaj desperacji, która łączy się z tą pasją, ostrą pracą, konsekwencją w dążeniu do celu oraz przyjaznym losem. Elżbieta: … I ciekawością świata, która jest w człowieku.
„Południki szczęścia” są  lekturą bardzo uniwersalną i wygodną, można po nią sięgać każdorazowo przed podróżą w dowolny zakątek świata oraz czytać w całości lub jak kto woli  w kawałkach. Książka przypomina bowiem  kolorową mozaikę  – układankę, w której tworzywem są  nie tyle odwiedzane miejsca (w ciągu minionych lat były ich setki, niektóre odwiedzane wielokrotnie), ale podróżnicze pasje realizowane niezależnie od  szerokości geograficznej, na niemal wszystkich kontynentach. Jedynym wyjątkiem w tej układance są Iran i Indie, którym to krajom autorzy poświęcili w książce odrębne rozdziały (Hafiz i rewolucja oraz Namaste masala). Szkoda że powstały tylko rozdziały a nie odrębne dwie książki!

Elżbieta i Andrzej piszą o swoich nietypowych i rzadziej wśród podróżników spotykanych pasjach (np. palenie sziszy, picie płynnej czekolady oraz białego wina ). Moim zdaniem te oryginalne pasje też stanowią  znak rozpoznawczy firmy „Lisowscy”, może nawet bardziej niż charakterystyczne ozdobne czapeczki zakładane przez nich w telewizyjnym studio czy podczas podróży.

Z przyjemnością przeczytałem więc rozdział o winie, które teraz w czasach zarazy ze względu na związane z nią rygory sanitarne i social distancing przeżywa wyjątkowo trudny okres. Bo przecież jak pisał mój ulubiony pisarz Sandor Marai, nie wino bywa dobre a „ tylko popijanie wina”, smakowanie go w niezwykłych miejscach i okolicznościach oraz zawsze  w towarzystwie fantastycznych ludzi. Lisowskim wino pozwala utrwalać pamięć o pięknie spędzonych chwilach. Piszą szczerze i nie udają znawców szczepów i roczników: „Nie studiujemy almanachów z rocznikami wina, czasem tylko pamiętamy, które lata były dobre, a które złe. Po prostu lubimy wino, bo jest pamięcią dobrych chwil.”

 

 

Także i dla mnie wino konsumowane jeszcze w czasach studenckich (np. węgierski Egri Bikaver) było zawsze jakąś zapowiedzią eskapad do wielkiego świata, zaproszeniem do odwiedzenia krajów, gdzie trunek ten serwuje się codziennie do obiadu i który sprzyja dobrej rozmowie. I nie wyobrażam sobie dzisiaj podróży bez smakowania lokalnych win w dobrym towarzystwie.

Lisowscy zwracają uwagę na to, że w winie jest coś z magii i alchemii. Przekonali się o tym w wielu odwiedzanych miejscach, np. na pokrytej niemal w całości piaskiem wulkanicznym hiszpańskiej wyspie Lanzarotte, która laikowi wydawać się może jako jedna z najbardziej nieprzyjaznych uprawie winorośli. Nic bardziej mylnego, mieszkańcy wysp Kanaryjskich niczym alchemicy wbrew prawom przyrody odkryli ciekawy sposób uprawy winogron bez potrzeby specjalnego nawadniania. To pokruszona lawa sama wchłania parę wodną z powietrza, a nocą oddaje wilgoć roślinie. Nie trzeba dodawać, że lawa dostarcza również winogronom wiele cennych minerałów, które wzbogacają smak trunku i czynią go  niepowtarzalnym. Dlatego właśnie wina z wysp Kanaryjskich mają niemal czarodziejską moc.

Podczas wędrówek rowerowych w Austrii Lisowskich częstowano winem księżycowym nazywanym tak dlatego, że były wytwarzane z winogron zbieranych  tylko przy świetle księżyca. Spotykali szczęśliwych winiarzy, którzy uprawę winorośli traktują jako swoją filozofię życiową, wzorując się na naukach Rudolfa Steinera, twórcy antropozofii. Zgodnie z tą filozofią  „Wino to ziemia i winogrona przyprawione gwiazdami, słońcem i księżycem. To płynny kosmos. (…) wino (…) w 95 % czerpie moc z księżyca, słońca i gwiazd, a tylko 5 % z gleby, na której wyrosło.” Winorośl jest właśnie pośrednikiem między człowiekiem a kosmosem.”

Lisowscy w trakcie swojej podróży mieli nawet okazję posłuchać „śpiewu wina” nagranego przez jednego z austriackich pasjonatów winiarzy (do tego zawodu nieudacznicy życiowi chyba w ogóle nie mają prawa wstępu). Austriak wydał płytę z odgłosami wina, jakie słychać podczas fermentacji. Okazuje się, że poszczególne szczepy „śpiewają” w różny sposób, a skompletowane razem mogą tworzyć oryginalną „tajemniczą winną orkiestrę”.

 

Owoce kakaowca na Gwadelupie

Smaki i zapachy pochodzące z egzotycznych ogrodów to kolejna wielka pasja Lisowskich, szczególne miejsce zajmuje wśród nich  aromat ziarna kakaowego. Jeden z rozdziałów nosi właśnie tytuł „Endorfiny i czekolada”. Dla Lisowskich endorfiny czyli hormony szczęścia to właśnie czekoladowy napój, jaki można skosztować w meksykańskiej Oaxace: „czekoladowa pianka unosząca się nad warstwą gorącej czekolady i pestki ostrej papryczki”. Podobno – bo niestety osobiście tego nie doświadczyłem –  działa jak narkotyk: wprawia w błogostan i ekstazę. To nie jest ta sama słodka płynna czekolada z białą bitą śmietaną, serwowana nam dzisiaj powszechnie w Europie, ale napój z ziarna kakaowego przyrządzany z różnymi „gorzkimi” dodatkami wg prastarych receptur indiańskich w Ameryce Łacińskiej – ojczyźnie kakaowca. To bowiem, co ostatecznie zawędrowało do nas wraz z hiszpańskimi konkwistadorami do Europy, i zostało potem przemielone przez tryby nowoczesnych technologii pod potrzeby masowego konsumenta,  stanowi w rzeczywistości produkt jakże daleki od tego z czasów,  gdy stanowił eliksir Bogów. Dzisiaj na szczęście nieliczne mniejsze firmy próbują reaktywować pierwotne przeznaczenie ziarna kakaowego i nawiązywać do dawnych indiańskich tradycji, ale za takie smakowe przeżycia musimy teraz płacić horrendalne ceny. Szkoda, że tak mało miejsca Lisowscy poświęcili w swojej książce na smakowanie wielu innych przypraw oraz np. oliwy, bo pewnie byłyby to również historie fascynujące i obfitujące w anegdoty oraz spotkania z ciekawymi ludźmi.

 

 

Natomiast mimo parokrotnego podejmowania prób zaciągania się sziszą, przyznaję szczerze, że fajka wodna nie wciągnęła mnie wcale i  nawet po przeczytaniu książki nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego palenie tego egzotycznego specyfiku tak mocno zawładnęło wyobraźnią Lisowskich. Widocznie nie dane mi było nigdy dotknąć tajemnicy sziszy, którego to wtajemniczenia dostąpili autorzy „Południków szczęścia”.

Spektrum zainteresowań podróżniczych Lisowskich jest niezwykle szerokie. Obejmuje również wątki z takich dziedzin, jak  filmowanie, kulinaria, religia, sztuka, etnografia, muzyka i medycyna alternatywna. Niemal każdy podróżujący po świecie dzięki lekturze „Południków szczęścia” może skonfrontować swoje prywatne upodobania z pasjami Lisowskich oraz odnaleźć tropy własnych prywatnych odkryć. Czas pandemii, który zamroził na wiele miesięcy wszelkie planowane podróże, wyjątkowo sprzyja dokonywaniu takich konfrontacji i porównań. Cóż bowiem miłośnik podróży może robić w czasach pandemii? Snuć wspomnienia, robić porządki w swoim podróżniczym archiwum, no i przede wszystkim nadrabiać zaległości z odkładanych na półkę lektur.

 

Na ostatnich targach książki w Krakowie spotkali się przedstawiciele 3 generacji podróżniczych.

Fot. Andrzej Lisowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.