Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

Co słychać u dawnych zdobywców Hiszpanii? Notatki z Maroka

Jestem w Maroku, ale czuję się tak jakbym przebywał  w Andaluzji. Gdy patrzę na minaret Kutubia  w centrum Marrakeszu, mam w oczach bliźniaczo podobną słynną wieżę Giralda w Sewilli. Gdy nocujemy w marokańskich riadach, na myśl przychodzą od razu andaluzyjskie patia w Kordobie z fontannami i  drzewkami  cytrusowymi. Także półpustynne, górzyste krajobrazy Maroka kojarzą mi się bardzo z  hiszpańską mesetą.

Ile Andaluzji w Maroku?

Jakże wiele jest  tutaj  pamiątek po wspólnej średniowiecznej historii Hiszpanii i Maroka, gdy obydwa państwa były częściami jednego wielkiego imperium muzułmańskiego. I gdy miały wspólnych przywódców.

 

 

Za rządów Almorawidów  jak potem Almohadów w XI i XII wieku ( obydwie dynastie były pochodzenia berberyjskiego)  prowincja Al-Andaluz przeżywała nadal  pomyślny rozwój zapoczątkowany za panowania poprzednich islamskich władców.  Wielkie centra kulturowe,  naukowe i rzemieślnicze Al.-Andaluz , takie jak Kordoba czy Sewilla  promieniowały wówczas  na pozostałe mniej rozwinięte ośrodki, także w północnej Afryce. Muzułmańscy, chrześcijańscy oraz żydowscy rzemieślnicy  wyjeżdżali  do Maroka, pracowali tam przy budowie  prestiżowych  obiektów. Dokonywała się swoista wymiana doświadczeń   po obydwu stronach cieśniny Gibraltaru. Nic dziwnego że istnieje tak wiele trwałych podobieństw między Marokiem a Andaluzją , zwłaszcza w architekturze i  zdobnictwie.

                                                  Wnętrze pierwszego riadu w Marrakeszu – legendarnego Domu Arabskiego

Styl starych marokańskich domów powstał w wyniku naśladowania stylu andaluzyjskiego w architekturze. A ten z kolei ma w sobie korzenie nie tylko arabskie, ale i  romańskie  oraz elementy śródziemnomorskie.

Ściany marokańskich  pałaców zdobią arabeski, kolorowe płytki ceramiczne i  gipsowe misterne ornamenty, niemal takie same jak te podziwiane w Grenadzie czy Sewilli. Barwna mozaika marokańska  też była niegdyś sprowadzana z Andaluzji, zanim nie zaczęto ją wytwarzać w Maroku i  po udomowieniu nadano jej nazwę zellige . Jeden z tutejszych tradycyjnych nurtów muzycznych nazywa się andaluzyjski – przywieźli go z sobą uchodźcy muzułmańscy z Półwyspu Iberyjskiego. Stanowi on oryginalne połączenie muzyki arabskiej z flamenco.

 

Berberyjskie korzenie

Odwiedziłem  Marrakesz po kilkunastu latach przerwy i  jestem zdumiony, jak niewiele się to miasto zmieniło. Paul Bowles, słynny amerykański pisarz napisał  w roku 1971: „Marrakesz jest dla odwiedzającego nieustanną konfrontacją z tym co nieprawdopodobne, dziwne, absurdalne.” (Paul Bowles: Podróże. Pisma zebrane 1950-1993. Swiat Książki,2014). Minęło od tamtego roku tyle lat , a ta konfrontacja przebiega  z grubsza tak samo i dzisiaj .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Minaret Kutubia  podpowiada, że jesteśmy w kraju islamskim. Ale na placu Jamaa El-fna  ciągle dają znać o sobie  przedislamskie tradycje. Gdy zapadnie zmierzch , na placu pojawiają się berberyjscy czarodzieje, wróżbici, zaklinacze wężów, muzycy i tancerze usiłujący zapaść w trans przy rytmie bębnów. W specjalnych sklepikach można kupić produkty do praktykowania czarnej magii, takie jak rogi, kolce i inne wysuszone części  ptaków i  gadów. Panuje atmosfera mająca niewiele wspólnego z islamską ortodoksją. Jak widać na głównym placu  Marrakeszu, nadal  mimo upływu ponad 1300 lat starania islamskich strażników wiary przynoszą mizerne rezultaty.

Wg różnych szacunków  tylko ok.20-30 % Marokańczyków ma pochodzenie arabskie. Kolejne 1/3 stanowią Berberzy  czyli  rodowici mieszkańcy tutejszych gór i pustyń,  pierwotni mieszkańcy Afryki północnej i Sahary ( w VII wieku podbici przez Arabów  zaadaptowali islam i wyznają go do dzisiaj). Reszta ludności to   mieszanka etniczna berberyjsko-arabska powstała  w ciągu wielu minionych wieków w wyniku integrowania się kultur żyjących na jednym terytorium. Właśnie Marrakesz chyba najlepiej pokazuje, jakim tyglem kulturowym jest Maroko.

 

„Supermarket Marrakesz”

Miasto jawi mi się jak jedno olbrzymie targowisko, które rozlało się po  niemal całej medinie, i wciska się niemal w każdy zaułek starego miasta. Globalizacja  na szczęście dociera tu w ograniczonym zakresie. Zalew tanich chińskich towarów nie jest jeszcze w stanie dosyć długo wyprzeć rodzimej  marokańskiej wytwórczości opartej na pracy tanich i uzdolnionych berberyjskich rąk. W sukach króluje nie tylko handel, ale i usługi oraz manualna wytwórczość – rzemiosło wykonywane z  pomocą starych urządzeń pamiętających ubiegły wiek.

 

 

Kowale i stolarze pielęgnują   od wieków tradycję rzemiosła – mają swoje  suki  na terenie medyny   

 

W obrębie  medyny zachowało się do dzisiaj aż kilkadziesiąt karawanserajów, gdzie w średniowieczu zatrzymywały się na nocleg kupieckie karawany. Berberzy  – od wieków kontrolujący szlaki  handlowe na Saharze  – mają tu nadal prawdziwe pole do popisu. I pokazują w pełnej krasie, że są  nacją z talentem do handlu i drobnego rzemiosła. Marketing niewiele zmienił się od naszego ostatniego pobytu – oparty przede wszystkim na armii naganiaczy, od których trudno się uwolnić. Nie są ich w stanie w tutejszym chaosie tysięcy straganów zastąpić  żadne najbardziej wymyślne algorytmy czy aplikacje mobilne. Praktykowana jest za to nawet bardziej niż kiedyś wyrafinowana technologia doprowadzania klienta do towaru.

Jak tu nie ulec podszeptowi, że dzisiaj  jest ostatni dzień darmowej promocji na Festiwalu Kolorów kilka ulic dalej. Potem nasz naganiacz czatuje na nas za każdym rogiem.  Zapewnia wielokrotnie, że pomoc jest za friko. I rzeczywiście, gdy już znajdziemy się w farbiarni tkanin, dotrzymuje słowa, nie wyciąga ręki po zapłatę. Kątem oka widzimy jednak, jak bierze jakiś datek od sprzedawcy, u którego  kupiliśmy niebieską chustę. Tak więc i tutaj dotarła brutalna praktyka wiązania wysiłku marketingowego z wynikami sprzedaży.

 

Po kilku godzinach błądzenia pomiędzy sukami, nagabywania nas przez dziesiątki berberyjskich marketingowców, podejmowania licznych „prób samobójczych” podczas przejść przez ruchliwe ulice czujemy, że pomału kruszeją filary naszej przyjaźni polsko- marokańskiej. Widać to zwłaszcza w oczach żony, gdy ze łzami w oczach wysupłuje ostatnie drobne na napiwki i z  rezygnacją na twarzy domaga się natychmiastowego udania się do pokoju hotelowego z dala od zgiełku Marrakeszu. Ale zbieramy na koniec  wszystkie nasze siły i nie poddajemy się. Wszak w naszych genach mamy  dobre historyczne doświadczenia – odparliśmy  hordy tatarsko-tureckie pod Chocimiem, potem nasza husaria przepędziła Turków spod Wiednia. Zatrzymujemy się przy stoisku z sokiem wyciskanym z granatu, wypijamy  potem szklaneczkę marokańskiej herbatki miętowej, zgłodniali rzucamy się na pachnący przyprawami  tadżin na ulicznym stoisku. I  pomału odzyskujemy  naszą wiarę w  sojusz polsko-marokański.

 

Riady

to  prawdziwy  fenomen hotelowy Maroka, z którego ten kraj może być dumny. Udało się tu bowiem upowszechnić na potrzeby turystyki  lokalną tradycję , ba, uczynić z niej  atrakcję. Dlatego rzadko spotyka się tutaj hostele czy pensjonaty  na modłę zachodnią.  Riady są tradycyjnymi domami wybudowanymi niegdyś przez zamożnych mieszczan na terenie  medyn. Budynki nie mają okien od ulicy – światło i  powietrze docierają  od środka domu – zazwyczaj piętrowego dziedzińca  z ogrodem i fontanną na parterze. Taki układ  nie był przypadkowy –  chronił kobiety islamu przed światem zewnętrznym, zapewniał  im prywatność. Łagodził domownikom zbyt wysokie temperatury  –  okna były otwierane na dziedziniec, gdzie zawsze było chłodniej niż poza murami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeden z wybranych przez nas riadów  w As-Sawirze był tradycyjny, nieco zaniedbany;  natomiast drugi  w Marrakeszu stanowił  udane połączenie nowoczesności  z  tradycyjnym wystrojem marokańskim.

 

Ale idea hotelu nie  pochodzi jednak od  Marokańczyków, ale od pewnej przedsiębiorczej Francuski (Helene Sebillon-Larochette ) żyjącej w latach 40-ych w Marrakeszu. Zafascynowana tutejszą lokalną architekturą   postanowiła  wyremontować jeden ze starych riadów i  przekształcić go w luksusową restaurację. W ten sposób powstał La Maison Arabe czyli Dom Arabski, który szybko zdobył renomę najlepszej kuchni w Marrakeszu , stołował się tutaj  sam Winston Churchill. W roku 1997 nowy właściciel obiektu wykupił sąsiadujące stare domy, odnowił je z przepychem i  założył hotel.  Pomysł z  czasem znalazł licznych naśladowców. I dziś  w niemal każdej medynie Maroka można wynająć pokój w riadzie. Trudno uwierzyć, ale  w samym Marrakeszu działa już ponad 800 riadów hotelowych..

Hotele są bardzo zróżnicowane – niektóre są połączone z luksusowymi restauracjami oferującymi orientalną kuchnię przy świecach i lokalnej muzyce, inne posiadają  własne baseny, usługi spa oraz wspaniałe ogrody. Do takich należy właśnie wspomniany Dom Arabski. Warto tam zajrzeć – obiekt jest przepiękny,  znajduje się  niedaleko bramy Bab Doukalla.

My spaliśmy w skromniejszych obiektach, ale w każdym z nich odczuwaliśmy swoisty marokański klimat. Musimy jednak szczerze przyznać , że oprócz wielu zalet ( jak lokalizacja w samych centrach miast , odizolowanie od ulicy czy możliwość podziwiania panoramy miast z  górnych tarasów ulokowanych na dachach) posiadają one też jedną wadę. Jest nią niestety hałas  pochodzący z  wewnętrznego dziedzińca, pochodzący od samych turystów, którzy chcą czuć się przecież swobodnie Trudno  nie mieć otwartych okien w tamtym klimacie.

Maroko – czy stabilne królestwo?

Maroko uchodzi za jeden z najbardziej stabilnych i bezpiecznych krajów w Afryce Północnej. Dowodem na to miał być łagodny przebieg islamskiej wiosny z roku 2011, która  ledwie musnęła ten kraj. Ciekawe, że podobnie  spokojnie działo się  tylko w tych krajach arabskich, w których rządzą monarchowie.

Odniosłem wrażenie, że większość Marokańczyków jest tradycyjnie przywiązana do  instytucji króla i ma do niego spore zaufanie. W  konstytucji jest sprytny zapis, że żadna partia , która zwycięży w wyborach, nie może samodzielnie utworzyć rządu, musi zawsze iść na kompromisy z pozostałymi partiami. Wtedy król ma świetne pole do popisu – zazwyczaj występuje w aureoli rozjemcy – jako bufor łagodzący międzypartyjne konflikty.

Dużą przebiegłością wykazał się obecnie panujący  Mohammed VI ( od 1999) , gdy w czasie islamskiej wiosny dokonał   z własnej inicjatywy – zanim tłumy wyszły na ulice – paru  zmian w systemie władzy. Np. przekazał  część swojej władzy parlamentowi. Ukłonem wobec Berberów  było wprowadzenie języka berberyjskiego jako drugiego urzędowego obok arabskiego, a także zwolnienie niektórych więźniów politycznych.

Czy jednak  znajdujemy się w kraju stabilnym politycznie? Mimo tych wszystkich posunięć  liberalizacyjnych  na północy w górach Rif – widać je dobrze z brzegów Hiszpanii – od czasu do czasu (ostatnio w ub. roku) dochodzi do gwałtownych protestów i wystąpień przeciw władzy. Już pod koniec lat 50-ych słynący ze szczególnej zadziorności  Berberowie z gór Rif sprzeciwiali się władzy centralnej w Rabacie i  marzyli o utworzeniu własnego państwa. Zapłacili za to okrutną cenę. Podczas walk  z  wojskami królewskimi zginęło ich wówczas około 10 tysięcy.  Panujący wtedy król Hassan II , ojciec  Mohammeda V, ukarał niesfornych Berberów z północy  biczem gospodarczym – wstrzymano na długie lata dotacje i inwestycje w regionie, w wyniku czego panuje tam do dzisiaj największe ubóstwo i bezrobocie. To właśnie głównie z tego regionu wyjechały przed prześladowaniami tysiące arabskich Berberów do Zachodniej Europy.

                        Brama Bab Agnau – najstarszy fragment fotyfikacji  Marrakeszu  – powstała w XII w. za panowania Almohadów

 

Berberowie od wieków byli solą w oku dla kolejnych władców i protektorów Maroka. To dumny  naród, który przez wieki kształtował się w surowych warunkach górskich i na pustyniach. I kochający wolność.  Berberowie nazywają sami siebie  Amazighen czyli  „ludzie wolni”. Dodajmy, ze w islamskich armiach opanowujących półwysep iberyjski żołnierze berberyjscy zawsze odgrywali kluczową rolę.

Arganowa rewolucja

Po kilku godzinach jazdy autobusem wjeżdżamy w sam środek arganowej krainy. Ciągnie się ona wzdłuż wybrzeża Atlantyku aż po góry Antyatlas. Mijane po drodze zadrzewienia przypominają  znajomy krajobraz Andaluzji, tyle że  tam zamiast arganu dominują drzewa oliwkowe. Wypatruję osławionych kóz pasących się na drzewach, ale daremnie – to już coraz rzadziej spotykany obrazek, odkąd berberyjscy mieszkańcy tych stron  uświadomili sobie, że owoce arganu mogą stać się ich bogactwem narodowym.

 

 

Argan to gatunek endemiczny, który rośnie wyłącznie na południu Maroka. Przez szyby autobusu migają od czasu do czasu szyldy i reklamy kooperatyw arganowych –  zakładanych i prowadzonych przez kobiety, co uważa się za  fenomen w kraju muzułmańskim. Łatwo rozpoznać te feministyczne spółdzielnie arganowe w miastach – mają swoje sklepy przy głównych ulicach w As-Sawirze, Agadirze  czy Marrakeszu i  niemal wszystkie demonstrują, jak wygląda tradycyjna obróbka owoców arganu . Najpierw rozłupuje się kamieniem pestki owoców,  potem orzechy  miele się w kamiennych żarnach. W efekcie pozyskuje się  cenny olej oraz wytłoki w postaci brązowych placków, które służą potem jako pasza dla kóz. Kozy konsumują więc nadal argan, tyle tylko że nie musza już po niego wspinać się na drzewa, a przy okazji je dewastować.

Ta arganowa rewolucja zaczęła się w II połowie lat 90-ych – od tego czasu powstało w Maroku aż kilkadziesiąt spółdzielni. Specjalizują się w wytwarzaniu bezcennego oleju arganowego i produkowaniu kosmetyków, ale  zarazem przyczyniają się do emancypacji berberyjskich kobiet, zachęcają do podejmowania samodzielnej pracy oraz wspierają ich edukację.

Ale uwaga na podróbki. Bo okazuje się, że zwłaszcza w dużych miastach , powstają także fałszywe spółdzielnie arganowe, kobiece tylko z nazwy. Takie na pokaz dla turystów, w których kobiety przed sklepem  służą wyłącznie jako manekiny marketingowe , natomiast męscy założyciele chowają się za kotarami na zapleczu.  Autentyczne kooperatywy kobiece spotykaliśmy w mniejszych miejscowościach, jak np. w Tafraout. Tam kobiety życzliwie mówiły o swoim biznesie i wtajemniczyły nas w proces powstawania kosmetyków. I tylko tam dokonywaliśmy zakupów.

 

                                                                                                                 Jadwiga próbuje sie wdrożyć do arganowego fachu  w jednej z kobiecych spółdzielni. W misce znajdują się  już wyłuskane orzechy , które   za chwilę  zostaną wsypane do  granitowych żaren, od wieków takich samych.

 

Arganowy biznes należy do nielicznych, który w Maroku ma pozytywny wpływ na środowisko. Moda na lasy arganowe stała się  cudowną naturalną bronią przed napierającymi od wschodu piaskami Sahary. A jeszcze kilkanaście lat temu drzewom tym groziła zagłada. Ich powierzchnia kurczyła się w wyniku urbanizacji – lokalne społeczności nie dbały o ich odbudowę, były wyrąbywane na opał lub pozostawiane na pastwę kóz.

Białoniebieskie miasteczko

Jeszcze dzień wcześniej nasze oczy cieszyły się  odcieniami  pomarańczy i różu – kolorów dominujących w Marrakeszu. Teraz nagle po kilku godzinach jazdy autobusem musimy przestawić się na barwy biało-niebieskie , bo taki jest znak rozpoznawczy As-Sawiry, kolejnego etapu naszej podróży. Biało- niebieski kolor króluje tu niemal na każdym kroku, na drzwiach i w oknach, na fasadach  domów, a nawet w starym rybackim w porcie.

 

Spotkałem się z określeniem, że As-Sawira jest Marrakeszem w miniaturze. Więcej tu jednak wpływów europejskich niż arabsko-berberyjskich. Mury obronne otaczające miasto zostały zbudowane  przez Portugalczyków w  XVIII wieku. W gęstwinie wąskich uliczek mediny inaczej niż w Marrakeszu trudno tutaj  zabłądzić. Bo ulice zostały rozplanowane już regularnie  po europejsku przez francuskiego architekta Theodore Cornuta .

As Sawira zyskuje sławę najpiękniejszego historycznego i kulturalnego miasteczka Maroka. Medyna została niedawno wpisana na listę obiektów światowego dziedzictwa UNESCO. Miasto przyciąga swoją urodą i  kameralną atmosferą przede wszystkim  artystów, muzyków, malarzy. Pełno tu galerii, sklepów muzycznych i antykwariatów. Na starych murach zagościła na dobre sztuka naiwna. Co roku w czerwcu odbywa się tu słynny festiwal muzyczny Gnaoua. Tak nazywa się  swoiste połączenie muzyki i rytuału religijnego czarnych niewolników, którzy w średniowieczu wraz z karawanami trafili na tereny Afryki Północnej (ciekawą relację na temat rytuału przedstawili A. i E. Lisowscy w swojej książce „Południki szczęścia”,2016).

Na festiwal Gnaoua nazywany  czasem marokańskim Woodstockiem zjeżdża się  nie tylko z Maroka, ale i z okolicznych krajów kilkaset tysięcy miłośników i fanów muzyki etnicznej, jazzu oraz reggae. Trudno sobie wyobrazić, jak  to małe przecież miasto wytrzymuje taki „najazd Hunów” . A przecież i podczas naszego pobytu w październiku , gdy nie było żadnego festiwalu, odczuwaliśmy  wyraźny nadmiar turystów na ulicach.

Miasteczko As-Sawira zostało odkryte przez turystów z Europy już  w latach 60-ych, ale  była to wtedy moda wśród  dzieci kwiatów czyli hipisów. Wśród nich bywał tu nawet Jimi Hendricks. Nawet i dzisiaj spotyka się  w mieście podstarzałych beatników – żywe pamiątki z tamtych czasów.

 

Poranny połów makreli

Wczesnym rankiem wymykam się z hoteliku , w którym nocujemy , do portu rybackiego. W każdym odwiedzanym kraju  lubię zawsze obserwować wczesne powroty rybaków z morza, tym bardziej chciałem przeżyć to w As-Sawirze, słynącej z połowów sardynek i makreli.

 

 

Na nabrzeżu panował już ożywiony ruch. Krzykliwe stada mew unosiły się nad starym portem, dobrze pilnując łatwych źródeł zaopatrzenia. Rybacy naprawiają swoje sieci,  krzątają się przy swoich łodziach, szykują do kolejnych połowów. Kilka kutrów rozładowywało swoje poranne zdobycze. Ale sposób opróżniania łodzi z ryb był zdumiewający. 2 młodych rybaków napełniało makrelami  plastikowe wiadra, które po podrzuceniu w górę na wysokość 2-3 m  były wyłapywane przez kolejnych rybaków. Ci  przesypywali ryby do skrzyni, posypując je zmielonym lodem  i ładowali następnie na samochód – chłodnię , który ponoć zawoził ryby jeszcze tego samego dnia do Marrakeszu.

 

Ahmed – doświadczony rybak z ponad 20-letnią przeszłością zawodową, widząc  jak obserwuję rozładunek kutra , przyznaje, że do As-Sawiry  technika jeszcze nie wkroczyła. Dlatego port ten przeżywa kryzys, przegrywa konkurencję z Agadirem i  Casablancą, które dysponują dużymi nowoczesnymi portami i trawlerami. Dlatego coraz więcej rybaków traci  pracę. Pozostało w zawodzie już tylko parę tysięcy rybaków mających do dyspozycji ponad 300 kutrów. Pytam Ahmeda o  zarobki. Na jednym wypłynięciu w morze może zarobić  200 dirchamów ( miesięcznie od 1000 do 2000 ). W przeliczeniu na euro wychodzi  od  100 do 200 euro w zależności od liczby i wydajności połowów. Ahmed zdołał  już opanować podstawy angielskiego i  chyba przygotowywał się już powoli do nowych możliwości zarobkowania w turystyce, która rozwija się z roku na rok w oszałamiającym tempie. I raczej już nie wierzył w poprawę losu rybaków w As-Sawirze mimo rozpoczętej  rozbudowy części portu.

Wśród bajkowych krajobrazów 

Chcieliśmy „posmakować”  spokojniejszego Maroka. Złapaliśmy więc autobus podążający na południe  w kierunku Antyatlasu. I po kilku godzinach  jazdy wylądowaliśmy  w samym środku baśniowej krainy, w Tafraout. Bez tłumów i  natrętnych naganiaczy.

 

Tafraout – to mała miejscowość , gdzie niewiele jest do oglądania, ale idealna jako baza wypadowa do organizowania wycieczek –  pieszo, rowerem albo wynajętą taksówką. Okoliczne  doliny i wzgórza kuszą  malowniczością i  egzotyką berberyjskich wiosek.

 

Miasteczko  otaczają pomarańczowo-różowe wzgórza, przystrojone w  skały o fantastycznych kształtach. Rzeźbiła je tu w granicie Matka Natura  przez setki tysięcy lat. Żadne opisy i zdjęcia publikowane w Internecie nie są w stanie oddać tego ,co tutaj  widzimy. Podobne formacje skalne, ale na mniejszą skalę widzieliśmy kilka lat temu w  Namibii wokół szczytu Spitzkoppe. Tutaj  ciągną się wzdłuż paru dolin przez dziesiątki kilometrów.

Zaczynamy od kilkunastu kilometrowej wędrówki jedną z dolin w kierunku wioski  Aguerd Oudat , nad którą unosi się potężna skała nazywana kapeluszem Napoleona. Wdrapujemy się pod sam skraj „cesarskiego nakrycia głowy”, aby podziwiać fantastyczne widoki na najwyższe szczytu Antyatlasu, dwie najbliższe doliny i na wioskę  w dole. Krajobraz jest udekorowany  starymi drzewami arganowymi. Podziwiamy, jak to wiecznie zielone drzewo daje sobie radę w tutejszym pustynno-górzystym klimacie. Toczy dzielną walkę o przeżycie, co widać po mocno poskręcanych konarach i korzeniach, które potrafią się wwiercić w twarde skały nawet na głębokość  50 metrów.

Wracamy do Tafraout sąsiednią doliną , również atrakcyjną i  wśród skał o dziwacznych kształtach. Idziemy trochę na oślep , bo nie ma żadnych oznaczeń, do jakich przyzwyczailiśmy się w Europie. Tu nikt nie dba jeszcze o takich turystów jak my. Sami musieliśmy wyznaczyć sobie  trasę na podstawie satelitarnej mapy Google. Przez cały dzień wędrówki nie spotkaliśmy ani tubylców ani żadnych turystów – z wyjątkiem 2 Anglików na motocyklach, którzy zatrzymali się przy nas na chwilę. A październik jest przecież wprost wymarzonym czasem na wypad do Antyatlasu, latem temperatury sięgają to 40 stopni. Tymczasem hoteliki w Tafraout są niemal puste.

 

Rowerem przez dolinę Ameln

Dolina Ameln słynie z  malowniczo położonych starych wiosek berberyjskich, tzw. ksarów. Podczas naszej rowerowej wędrówki odbiliśmy od głównego traktu, aby zobaczyć z bliska jedną z takich wiosek. Oumesnat  wyróżnia się   skupiskiem starych glinianych domów  wbudowanych w skalisty masyw Jebel el Kest (2357 m.n.m.).

 

Tylko jeden z nich został odrestaurowany i  mieści dzisiaj  prywatne muzeum należące do rodziny Ahrassów. Ojciec rodu Abdeslam jako młody człowiek wyjechał za chlebem na północ do Tangeru, gdzie  prowadził  przez wiele lat sklep spożywczy. Jednak po wypadku , w wyniku którego stracił wzrok, powrócił  w rodzinne strony i  zainwestował oszczędności swojego życia w  nowy biznes związany z turystyką. Najpierw odbudował rodzinny dom liczący około 400 lat. Jeszcze w latach 80-ych ub. wieku  zamieszkiwała w nim 3-pokoleniowa rodzina licząca aż 20 osób.

Rodzina Ahrass  (ojcu pomagają dwaj synowie) oferuje dzisiaj poza zwiedzeniem muzeum i miejscami do spania także degustacje lokalnej kuchni berberyjskiej , wycieczki po okolicy a nawet wieczory z tradycyjną muzyką. Abdeslam gra na  banjo, doskonale zna historię tego regionu, zwłaszcza dolinę Ameln,

Ściany całego domu są ulepione z  pomarańczowej gliny zmieszanej z plewami  – stwarzały domownikom doskonały mikroklimat; w lecie chroniły przed żarem, zimą zatrzymywały ciepło. Dom jest  wbudowany w zbocze góry – liczy 3 kondygnacje. Najniżej „stołowały się”  zwierzęta domowe, wyżej mieszkała, a właściwie tłoczyła się wielopokoleniowa rodzina ( był tu też skarbiec nazywany agadirem, w którym przechowywano zboże i żywność). Najwyżej z osobnym wejściem znajdowały się salon i pokoje dla gości.

Mustapha, syn Abdessalama  odkrywa nam każdy zakątek jego domu, opowiada jak wyglądało życie dawnych mieszkańców. Jako właściciel starego drewnianego domu w Polsce z sentymentem słuchałem  opowieści młodego Berbera. Znam dobrze ten stan umysłu, który wynika z pasji.

M                                                                                            Młody Ahrass pokazuje oryginalny sufit  domu wykonany z drewna arganowego i palmy daktylowej oraz kolekcję starych berberyjskich ozdobnych drzwi .

 

Właściciele gromadzą dawne sprzęty berberyjskie i narzędzia domowe, nie tylko używane od stuleci w rodzinie ale i  odkupywane od  okolicznych mieszkańców. Uratowali np. wiele fragmentów dawnych drzwi i okien, bogato zdobionych w ciekawe ornamenty. Dominują typowe symbole berberyjskie w postaci trójkątów, kwadratów i rombów.

Ratuje nas naczelnik poczty 

Tylko średniowieczny dom należący do rodziny Ahrass  miał szczęście. Powyżej niego stoją   podobne domy, już mocno zrujnowane i skazane na powolną śmierć. Ich właścicieli nie stać  na uregulowanie skomplikowanych kwestii spadkowych ani też nie troszczą się o zabezpieczenie dachów. Przeciekający dach w glinianym domu oznacza jego niechybną zagładę.

Berberyjskie wioski w dolinie Ameln były kiedyś ufortyfikowane (otoczone murem z wieżyczkami strażniczymi) , domy przylegały do siebie i „wtulały się” w zbocza gór. Miały także wspólne spichlerze dla mieszkańców – tzw. agadiry, które musiały być szczególnie chronione przez rabusiami, zwłaszcza po żniwach. W ten sposób odkrywamy mniej chlubną kartę z historii Berberów – łupili oni także notorycznie swoich pobratymców mieszkających na lądzie, zmuszając  do budowy ochronnych fortec. Analogicznie jak to czynili mieszkańcy wielu miast nad Morzem Śródziemnym wznoszących w tym samym celu potężne warownie chroniące ich przed piratami berberyjskimi. Gdy w ubiegłym stuleciu napady Berberów wreszcie ustały , nowe domy można było   stawiać w bardziej dostępnych i przyjaznych do życia miejscach, przy drogach, na brzegach rzek itp. Natomiast ruiny dawnych ksarów stawały się  stopniowo opuszczane.

Jadąc potem wzdłuż doliny Ameln i przyglądając się kolejnym wioskom , widać wyraźnie jak znikają powoli dawne ksary, a poniżej nich stoją nowe, coraz bogatsze  zabudowania z kamienia i cegły, coraz bardziej oddalone od zbocza gór,

Mieliśmy w planie zrobić na rowerach w dolinie Ameln tylko 30 parę kilometrów, ale po paru  odjazdach od głównej trasy zrobiło się nagle ponad 50 km. Po drodze nie spotkaliśmy żywej duszy – za wyjątkiem kilku robotników reperujących drogę .Gdy skończyły się nam  zapasy wody i żywności , a po drodze nie znaleźliśmy ani jednego otwartego sklepiku, z pomocą przyszedł nam sympatyczny naczelnik urzędu pocztowego urzędujący na rozstaju dróg w wiosce Tahala . Nie dość, że podarował nam 2 litry wody , to jeszcze  poczęstował owocami granatu i  pomarańczy. Tutejsi mieszkańcy są bardzo przyjaźnie nastawieni do obcych. Z podobną życzliwością i chęcią pomocy spotykaliśmy się zresztą parokrotnie. Nigdy żadnej wrogości ani epitetów, z jakimi spotykają się u nas nierzadko wyznawcy islamu.

 

W czasie naszej rowerowej wędrówki zaprosiła nas na miętowa herbatkę  grupa lokalnych niezależnych ekologów, którzy w dolinie Ameln prowadzą kursy nauki pisania i czytania dla młodzieży i kobiet –  z elementami wiedzy ekologicznej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.