Zaletą podróżowania autem po Toskanii jest to, że można pozwolić sobie na sporo spontaniczności. Nie zaprzątamy sobie głowy drobiazgowym planowaniem podróży. Wyznaczamy tylko miejsce docelowe – Monte Amiata. Nawet noclegi zamawiamy na miejscu, niemal w ostatniej chwili. Ponieważ korzystamy głównie z gościny gospodarstw agroturystycznych z dala od dużych miast, niemal na wyciągnięcie ręki mamy toskańskie krajobrazy, poznajemy ciekawych ludzi. Bo w Toskanii nawet mniej znane zakątki skrywają swoje tajemnice i pasjonujące historie.

Królestwo na wzgórzu
Długo czułem awersję do włoskich win – do czasu, gdy spróbowałem Brunello di Montalcino. Kilka lat temu właściciel małego sklepiku na warszawskiej Woli, zapewne koneser, w sobie tylko znany sposób sprowadził partię tego trunku w wyjątkowo atrakcyjnej cenie. Brunello smakowało nieziemsko, więc kiedy nadarzyła się okazja jazdy na południe Toskanii, nie mogło zabraknąć na trasie Montalcino – królestwa tego gatunku wina.
Wzgórze, na którym leży miasteczko Montancino, jest dosyć rozległe, a jego zbocza utkane szczelnie winnicami aż po horyzont. Wieże kościelne miasta oraz baszty fortecy widziane z dołu od drogi są ledwo widoczne. Ale gdy już wijącą się w górę drogą dotrzemy do średniowiecznych murów miasta, oglądane stąd widoki zapierają dech w piersi. Spacerując wokół świetnie odrestaurowanej ortogonalnej fortecy z XIV wieku, podziwiamy panoramę doliny Val d’Orcia. W oddali majaczy zarys szczytu Monte Amiata – celu naszej podróży.

Kręcimy się po miasteczku. Panowanie Brunello daje tutaj znać o sobie niemal na każdym kroku. Liczne sklepiki oraz małe restauracje oferują Brunello luzem lub po kilka sztuk w specjalnych kartonowych pudłach. Wszędzie leżą stosy reklam z zaproszeniami do złożenia wizyt w okolicznych winnicach i oczywiście do degustacji Brunello.
Zaglądamy do 2 tutejszych kościołów (katedry Santissimo Salvatore i Chiesa di san Pietro) – ale po wizycie w Sienie już nie mogą robić na nas większego wrażenia. Nas interesuje bardziej inna świątynia – Il Tempio di Brunello, jakiej mogą pozazdrościć włoskie miasta. W starożytnej Grecji wznoszono sanktuaria na cześć boga Dionizosa –patrona winnej latorośli, włodarze Montalcino wpadli kilka lat temu na pomysł, aby zbudować „il Tiempo” ku chwale tylko jednego gatunku wina.
Il Tempio di Brunello to coś więcej niż zwykłe muzeum winiarskie, jakie zwiedzaliśmy dotychczas. Mieści się w okazałym, odrestaurowanym kompleksie na terenie dawnego klasztoru Św. Augusta. Zajrzałem z ciekawości do przemówień lokalnych notabli z okazji otwarcia obiektu parę lat temu. To nowoczesne interaktywne muzeum – podkreślali ojcowie miasta – będzie nową siłą napędową dla lokalnej turystyki, ma też spowodować, że podróż do królestwa Brunello nie skończy się tylko na wypiciu kieliszka znakomitego wina.

Brunello na ołtarzu
Tradycje winiarskie regionu poznaje się tutaj w niekonwencjonalny sposób — za pomocą najnowocześniejszych technologii interaktywnych. Poszerzasz swoją wiedzę o regionie, ale masz zapewnione przy tym mnóstwo emocji.
Zakladasz gogle VR i odbywasz wirtualny lot nad okolicą Montalcino, delektując się tutejszymi krajobrazami. Wahasz się, jaki gatunek lokalnego wina najlepiej będzie ci smakował – w specjalnej aplikacji odpowiesz na parę pytań na temat osobowości, temperamentu i twojego stylu życia i natychmiast otrzymasz podpowiedź (trunek bardziej wytrawny czy lżejszy, bardziej owocowy).
W sekcji „Quadro Divino” (Boski Obraz) możesz tu wreszcie dać upust swoim artystycznym talentom. Na specjalnym ekranie tworzysz cyfrowy kolaż lub malujesz obraz za pomocą palety kolorów typowych dla regionu, a Twój kreatywny ślad znajdzie się potem na wspólnej ścianie multimedialnej tworzonej przez gości z całego świata,
W świątyni Brunella atrakcji jest co niemiara, można tu spędzić cały dzień. Nieprzypadkowo muzeum zdobyło we Włoszech tytuł Most Innovative Venue.
Spod tej nieco rozrywkowej formy muzeum zgodnej z duchem czasów wyłaniają się stopniowo tajemnice wyjątkowości Brunello. O jego oryginalnym aromacie przesądza to, iż pochodzi wyłącznie z jednego podszczepu – sangiovese, czyli „krwi Jowisza”. Szczep ten jest uprawiany tylko w regionie Montalcino. Inne toskańskie wina, jak znane najpowszechniej Chianti, powstają także z sangiovese, ale w kupażu z innymi odmianami winogron. Brunello musi wreszcie leżakować aż 5 lat w beczkach, dopóki nie trafi na półki sklepowe. Jest to rygorystycznie nadzorowany proces stopniowego dojrzewania trunku, dzięki czemu wino nabiera unikatowego aromatu.
Najbardziej jestem zaskoczony tym, że międzynarodowa renoma włoskich win, a w tym i sława Brunello, ma tak krótką historię, bo zaczęła się ona dopiero w latach 80. Wcześniej wino we Włoszech było wytwarzane tradycyjnie, w dużych ilościach i bez większej dbałości o jego jakość. I tylko na użytek wewnętrzny.
Za dodatkową opłatą moglibyśmy wziąć udział w degustacji króla win – w winiarni Enoteca Bistrot, nieodłącznej części Il Tiempo. Niestety, czeka nas jeszcze dzisiaj jazda autem pod Amiatę i musimy tego typu rozrywki przełożyć na inną okazję. Przestrzegam więc wszystkich czytających przed popełnieniem podobnego błędu. Nie wolno wpadać do Montalcino tylko przejazdem bez możliwości posmakowania tego boskiego trunku!
Zabieramy więc z sobą kilka butelek Brunello, aby przywieźć na pamiątkę do kraju. Jedną z nich otworzymy na pewno jeszcze dziś pod Amiatą w zagrodzie u Tiziany.

Tiziana na górze ognia
Prawie zawsze ciągnęło nas w kierunku gór. A okolice Monte Amiata – szczytu leżącego w Południowych Apeninach wydawały nam się szczególnie atrakcyjnie, zwłaszcza dla Jadwigi, która uwielbia kąpiele w wodach termalnych.
Gospodarstwo Tiziany składa się z 2 niewielkich budynków otoczonych sadem. My zamieszkamy w tym po prawej, który jest przeznaczony dla turystów. Tuż za progiem mamy już buchającą wiosnę – biało-żółty dywan gęsto kwitnących stokrotek i mniszków. Przez okno naszego pokoju widzimy pobliską górę Monte Labrro. Niestety, Amiaty stąd nie widać, skryła się za pobliskim gajem.

Pod Amiatę sprowadziła Tizianę jej fascynacja buddyzmem i jogą. Gdy jako młoda dziewczyna powróciła z wakacyjnej podróży do Indii, dowiedziała się, że na południu Toskanii w okolicach góry Amiata powstaje ośrodek buddyjski, postanowiła tam natychmiast pojechać. Autorytet tybetańskiego mnicha – założyciela ośrodka, Czogjala Namkhaia Norbu, poznani na miejscu miłośnicy jogi, jak i piękno okolicznej natury spowodowały, że pozostała. Jak mówi – znalazłam swoje miejsce na ziemi. W pobliżu ośrodka wystawiono na sprzedaż stary zrujnowany dom wraz z kawałkiem pola. Zanim Tiziana dokonała transakcji zakupu, musiała podpisać w lokalnym urzędzie specjalne zobowiązanie, że przeprowadzi remont zabudowań i że będzie kawałek pola uprawiać jako rolniczka. I tak powstało jej maleńkie gospodarstwo agroturystyczne, w którym właśnie zatrzymaliśmy na cały tydzień.
Dzisiaj Tiziana już nie uprawia sadu ani ziemi. Pozostawiła tylko niewielki ogród z warzywami i ziemniakami na własne potrzeby. Utrzymuje się z wynajmu paru pokoików oraz z lekcji jogi dla odwiedzających ośrodek buddyjski.
Tiziana nie czuje się buddyjką z krwi i kości, pochodzi z północy Włoch i wychowała się w tradycji katolickiej.

Buddyzm wg niej to nie jest religia. To raczej filozofia, pewien sposób postrzegania świata i życia w harmonii z naturą. Kilkanaście lat temu była pracownicą ośrodka, znalazła się nawet z jego zarządzie. Teraz tylko luźno współpracuje, udzielając lekcji joga odwiedzającym Merigar. Tak nazywa się bowiem ten ośrodek założony w roku 1981, wyspecjalizowany w naukach Dzogczen (jednej z najstarszych tybetańskich tradycji duchowych). Merigar znaczy rezydencja na górze ognia, w miejscu zanurzonym w naturę i otoczonym zielonymi, zalesionymi wzgórzami. Dokładnie w miejscu, w którym zbocze Amiaty styka się ze zboczem Monte Labbro.
Tajemniczy prorok z Monte Labbro
Monte Amiata to wygasły i dosyć rozległy wulkan o wysokości 1738 m n.p.m., czyli o kilkanaście metrów wyższy od naszej Babiej Góry. Przez wiele tysięcy lat nie dawał oznak życia. O jego wulkanicznej przeszłości mówią jedynie podziemne gorące źródła.
Niestety, kapryśna aura kwietniowa nie zachęcała do trekkingu, niemal cały szczyt spowijała mgła. Dlatego wybraliśmy się na niższy i niemal niezalesiony Monte Labbro, zaglądający do nas przez okno.
Monte Labbro liczy tylko 1193 m i z oddali kusi do wejścia łagodnością zboczy oraz widniejącą w zarysie szczytu tajemniczą wieżą. Wybieramy się tam mimo kiepskiej pogody, jest wietrznie i dosyć zimno jak na wiosenną porę – tylko 7 stopni. Słońce na szczęście od czasu do czasu wyłania się zza chmur i wtedy możemy wykonywać zdjęcia oraz lepiej przyglądać się okolicy. Nie spotykamy nikogo po drodze, tylko konie i osły pasące się na łąkach zdradzają, że w pobliżu gdzieś muszą mieszkać ich właściciele rolnicy. Tuż przed wejściem na szczyt stajemy przed dużą tablicą informującą, iż na wierzchołku znajdował się pod koniec XIX wieku ośrodek religijny. I że będziemy oglądać ruiny pozostawione przez jego mieszkańców. W relatywnie najlepszym stanie jest okrągła wieża. Obok oglądamy fragmenty kaplicy, gdzie modlono się oraz fundamenty pomieszczeń mieszkalnych, wkopanych głęboko w białe wapienne skały. Wszystko przypomina jakieś katakumby, powoli zarastające dziką roślinnością.

Tajemniczy ośrodek religijny powstał z inicjatywy Dawida Lazzarrettiego – lokalnego proroka i mesjasza, jak nazywali go wyznawcy. Ponieważ miewał on wizje i prorocze sny, mówiono o nim też „Chrystus z Amiaty”. Musiał on mieć niezwykłą charyzmę, jeżeli jako prosty samozwańczy kaznodzieja, bez żadnego wykształcenia (był furmanem i wywodził się z lokalnej biedoty), sprowadził w latach 1868 – 69 roku na Monte Labbro aż około 80 rodzin – swoich wyznawców i założył tam współnie z nimi coś w rodzaju komuny. Wspólnota zbudowała ośrodek, pracowała razem i wzajemnie sobie pomagała. Było to rodzaj utopijnego chrześcijańskiego socjalizmu.
Coś niezwykle tajemniczego musi zawierać w sobie tutejsza okolica wokół Amiaty, skoro tak skutecznie przyciąga charyzmatycznych mnichów oraz samozwańczych proroków. Lazarettiego z XIX wieku zastąpił w kolejnym stuleciu Czogjal Namkhai Norbu z Tybetu.
Tiziana, widząc nas powracających z wędrówki, zmęczonych i zziębniętych, poczęstowała swoją zupą jarzynową z warzyw z jej ogródka. To nie była zupa, ale jakiś niebiański eliksir, którego smak czujemy do dziś. I to była na pewno nasza najsmakowitsza potrawa zjedzona w Toskanii.
Kto się boi energii geotermalnej z Bagnole?
Idziemy na spacer rozglądnąć się po najbliższej okolicy domu Tiziany. Po przejściu paręset metrów przez pobliski zagajnik wyrasta przed nami kłębowisko srebrnych grubych rur, nad którymi unoszą się potężne chmury pary wodnej. Na pierwszy rzut oka wygląda to groźnie i nieco zakłóca nam oglądany z tej strony widok na masyw Monte Amiata. Zagadkę pomaga nam rozwikłać nieoceniona Tiziana. Mówi, że przechodziliśmy obok instalacji wykorzystującej energię wód termalnych w pobliskiej wiosce Bagnore. I że jest to dosyć kontrowersyjny projekt, który budzi niepokój wśród okolicznych mieszkańców. A nam zawsze wydawało się, że energia geotermalna jest darem niebios wprost wymarzonym dla ludzi w czasach globalnego kryzysu ekologicznego.

Monte Amiata przykryta mgłą, z prawej strony na dole widać kłęby pary unoszące się nad elektrownią geotermalną w Bagnore.
Lubię oglądać tablice z ogłoszeniami lokalnych władz dla mieszkańców, zawsze można się tam czegoś ciekawego dowiedzieć o życiu w danej miejscowości. Tak było i tym razem, gdy w centrum Arcidosso pod siedzibą burmistrza znalazłem ślad wspomnianych kontrowersji wokół Bagnore. W specjalnej odezwie władza uspokaja mieszkańców, którzy obawiają się planów dalszej rozbudowy elektrowni. Właściciele zakładu Enel Green Power zapewniają, że zanieczyszczenia (emisje rtęci i siarkowodoru) mieszczą się w dopuszczalnych normach. i że lokalna agencja ekologiczna prowadzi stały monitoring tych emisji. Ważnym argumentem na rzecz uspokojenia nastrojów jest rozpoczęcie budowę specjalnego systemu, który wykorzystuje tanie ciepło odpadowe z elektrowni do ogrzewania domów w okolicznych miejscowościach.
Włosi zbudowali pierwszą na świecie elektrownię wykorzystującą źródła geotermalne i zaliczają się do pionierów w tej dziedzinie. Możemy im tego tylko zazdrościć. U nas mamy co prawda spore zasoby wód źródeł geotermalnych, ale głęboko pod ziemią i o bardzo niskiej temperaturze, przez co produkcja czystej energii elektrycznej byłaby nieopłacalna.
Tiziana podpowiedziała nam, że na okolicznych łąkach można spotkać bajorka z bulgocącą ciepłą wodą. Wody termalne zalegają w wielu miejscach dosyć płytko i niemal same bez ogromnych nakładów wypływają na powierzchnię.
Pewnego dnia podczas spaceru szukaliśmy takich miejsc, ale bez skutku. Dopiero spotkana po drodze kobieta wskazuje nam drogę i nie może się nadziwić, że jacyś dziwni turyści z Polski czymś takim mogą się interesować. To dla miejscowych żadna atrakcja, mówi. Wód termalnych jest tu pod dostatkiem.

Bajorko było nieduże, błotniste i cuchnęło od niego siarkowodorem. Właściciel na pewno nie jest najszczęśliwszy z tej łąki. Przecież nawet zwierzęcia nie nakarmi się w takim wycieku. Ja, gdybym miał takie bajorko na swojej działce pod naszą Amiatą – Babią Górą, wiedziałbym dobrze, co zrobić. Urządziłbym tam prywatną mini termę dla całej rodziny, która nigdy nie odpuszcza żadnej termie spotykanej po drodze.
Na przełaj do Arcidosso
Wędrujemy polnymi drogami przy akompaniamencie budzącej się wiosny. A jeszcze parę dni temu wchodziliśmy na szczyt Labbro w podmuchach zimnego, przenikającego wiatru pod zachmurzonym niebem.
Do Arcidosso jest tylko około 8 km w obydwie strony, ale za to szlak jest bardzo widokowy. Masyw Monte Amiata majaczy w oddali, ale jego czubek zasłania już niewielki wianuszek chmur.

Na wzgórzach powyżej Arcidosso, które schowane jest w dolinie rzeki, wyrastają dumnie zabytkowe średniowieczne miasteczka ze sterczącymi wieżami kościołów lub warowni (Montelaterono i Castel del Piano).
Na łąkach coraz więcej kwitnących roślin, u nas widywanych tylko w ogródkach, tutaj cieszących się dziką wolnością, jak np. bratki czy różnobarwne floksy. Także niektóre rzadkie gatunki storczyków – u nas w mikroskopijnych rozmiarach, tutaj w wersji bardziej dorodnej, okazałej.

Piękny stary sad z sędziwymi kasztanowcami o fantazyjnych kształtach. Tylko z pozoru wyglądały na obumarłe, bo przecież dopiero co zaczęły wypuszczać pąki.
Gdy schodzimy już ostatnią ścieżką na przedmieścia Arcidosso, na skrzyżowaniu dróg zatrzymuje nas pomnik „Jezusa z Amiaty” – Lazarettiego. W tym miejscu został on zastrzelony w sierpniu 1878 roku przez karabinierów, gdy szedł na czele uroczystej procesji swoich wyznawców wprost ze szczytu Monte Labbro. Manifestacja była pokojowa, ale lokalne władze, jak i kościelne, obawiały się wywołania zamieszek. Prorok stawał się coraz bardziej popularny wśród chłopów, głosił nadejście Ery Ducha Świętego i republiki jako królestwa Bożego. Po tragicznej śmierci jego postać obrosła w legendę – dla wyznawców stał się męczennikiem i symbolem walki o sprawiedliwość.
Arcidosso nie należy do tych toskańskich miast, które są oblegane przez turystów. Spacerujemy wąskimi uliczkami, niemal nie spotykając gości. Wieża zamkowa jest akurat zamknięta na głucho. A przecież to miasto jest starożytne, początki sięgają VIII wieku, starówka tworzy piękną piramidę wokół wzgórza, nad którym góruje twierdza i zachowała się w niewiele zmienionej postaci.

Przy głównym placu miasta imienia Niepodległości znajdujemy lokalną restaurację – czas na zjedzenie obiadu. Menu jest tylko po włosku, a i obsługa używa także tylko tego języka. Cudem znajdujemy wolny stolik, bo restauracja aż roi się od miejscowych bywalców, prawie wszyscy się tu znają, wymieniają uściski i poklepują po plecach. Jakiś starszy mężczyzna siada przy sąsiednim stoliku, zamawia spaghetti i wyjmuje bez skrępowania z teczki butelkę czerwonego wina. Od czasu do czasu podchodzą do niego znajomi i częstuje ich tym winem. Gdy kończyliśmy już nasz lunch, mężczyzna uśmiecha się do nas, wstaje i podchodzi przyjaźnie do nas z własną butelką i zachęca do skosztowania wina. Mi vino – podkreśla i pokazuje napis na butelce z jego nazwiskiem. Nie bronimy się przed poczęstunkiem, nie wypada, więc sąsiad napełnia ochoczo nasze kieliszki. Pijemy za jego zdrowie i dziękujemy. Niestety, trunek jest wyjątkowo kiepski, kwaskowaty i pachnie drożdżami. Przypomina mi się moja wizyta w Montalcino. Tak musiało smakować kiedyś wino pite powszechnie we włoskich trattoriach po posiłkach zamiast kompotu, zanim w latach 80. włoscy winiarze zaczęli zwracać uwagę na jakość i stworzyli własne apelacje. Wino pachniało epoką sprzed panowania Brunello.
Larwy polubiły termy Saturni
Termy w Saturni należą do najbardziej znanych i malowniczo położonych, są dosyć rozległe, ale i niestety zatłoczone, zwłaszcza w weekendy i dni świąteczne. Nic dziwnego, skoro korzystanie z term jest darmowe. Darmowa jest tylko część kaskadowa Cascate del Mulino. Choć tak darmowa do końca przecież nie jest, bo trzeba płacić za parking (ok.2.5 euro za godzinę), a tu nie przyjeżdża się na tak krótko.
Gdy zobaczyłem w niedzielę te tłumy, dla których brakowało już nawet miejsc parkingowych, miałem dużo wątpliwości czy woda termalna może być tutaj wystarczająco czysta. Zapewniono mnie, że woda (temperatura ok. 37,5°C) wymienia się w naturalny sposób co 4 godziny, dzięki czemu nie trzeba jej chlorować. Ponadto, gdyby woda była zanieczyszczona, nie żyłyby tutaj małe, czerwone larwy (Saturnino Chironomus). Te informacje uspokoiły nas nieco, choć obecność larw nie sprzyja komfortowi. Trudno, wchodzimy, skoro nas nie stać na bilet wstępu do sąsiedniego luksusowego resortu.

Ja w basenie termalnym wytrzymuję zaledwie kilkanaście minut, Jadwiga inaczej, może pławić się w takich wodach godzinami bez końca i przy tym się nie nudzić. Podział pracy będzie więc oczywisty, zawożę Jadwigę pod kaskady przy młynie, a sam myszkuję po okolicy, robiąc zdjęcia lub penetrując liczne tu historyczne miejsca.

Podjeżdżam więc do centrum wioski Saturnia, gdzie jest kilka kawiarni na otwartym powietrzu, zamawiam expresso z nadziewanym rogalikiem i próbuję na podstawie przywiezionych przewodników dociec, skąd się wzięła taka obfitość źródeł leczniczych wokół Monte Amiata. To swoista pamiątka po dawnej aktywności wulkanicznej. Woda deszczowa wsiąkająca w porowate skały podlega procesowi filtracji, a gdy dociera do magmy, nagrzewa się i wchłania bogate związki mineralne. Wypływając na powierzchnię, posiada już cenne właściwości lecznicze. Takich miejsc wypływu źródeł z gorącą wodą jest w tutejszej okolicy kilka i wokół nich powstają właśnie termy lecznicze oraz kąpieliska. Obecność źródeł geotermalnych wokół Monte Amiata zdradzają spotykane po drodze nazwy wiosek Bagno, Bagnara, Bagnore itp.

Spaceruję po miasteczku i odkrywam tutejszy najstarszy zabytek, a jednocześnie dowód na to, iż terma w Saturni cieszyła się sławą już w czasach rzymskich. Przechodząc przez średniowieczną bramę Porta Romana, odnajduję fragmenty ważnej rzymskiej drogi Via Clodia zbudowanej w III wieku przed naszą erą. To niebywałe, że zachował się fragment tej starożytnej trasy z oryginalnymi kamiennymi płytami. Via Clodia (znana również jako Via delle Terme) łączyła Rzym z regionem Maremma, ułatwiając dostęp do term żołnierzom i możnowładcom.
Gdy otwarte baseny w Saturni już nieco znudziły się nam po paru dniach, a ponadto w weekendy nie sposób się tam dostać, postanowiliśmy zajrzeć do sąsiedniego Bagni San Filippo leżącego po drugiej stronie Monte Amiata. Tutejsze termy są nieco bardziej kameralne i ukryte w zalesionym krętym wąwozie. I mniej oblegane w porównaniu z Saturnią. Bez trudu znajdujemy wolny basenik z zasiarczoną ciepłą wodą i oddajemy się przez najbliższą godzinę relaksującej kąpieli. Schodząc potem nieco w dół wzdłuż potoku z zasiarczoną wodą, podziwiamy Białego Wieloryba – spektakularną malowniczą skałę z wypływającymi z niej wodami geotermalnymi. Z wyglądu rzeczywiście przypomina paszczę wieloryba.

Sąsiednia wioska jest bardzo mała — parę ulic na krzyż i kilka pensjonatów. Szczęśliwie jedna z lokalnych restauracji jest jeszcze otwarta i głód zaspokajamy typową zupę cebulową po toskańsku. Święty Filip żył w XIII wieku w jednej z okolicznych jaskiń i to on właśnie został patronem termy. W średniowiecznych Włoszech występował istny wysyp świętych, nic dziwnego, iż nawet małe starożytne wioski mają swoich rodzimych patronów. Ci patroni, lokalni święci są przedstawicielami mieszkańców w niebie, bo nie chciano zaprzątać głowy potężnemu Bogowi jakimiś lokalnymi sprawami. Święty Filip jest ich wysłannikiem i czuwa nad pomyślnością tutejszych wód. A także nad nami w kąpieli.
Emilio uprawia winorośl i oliwki
Zajmujemy mały murowany domek z jedną sypialnią i dużym salonem na samym szczycie rozległej 25-hektarowej farmy. Wokół rosną stare drzewa iglaste.
Naprzeciw nas za ogrodzeniem pasą się 3 sympatyczne osiołki, w tym jeden czarnej maści. Gdy podchodzimy bliżej, aby się z nimi przywitać, oglądamy wspaniałą panoramę Toskanii w kierunku Adriatyku. Dostrzegamy stąd nawet taflę morza. Mijamy pastwisko dla kilku kóz, przechodzimy przez podwórko z kojcem dla gromadki kur oraz gęsi.

Wzdłuż drogi stoi mnóstwo maszyn przydatnych w uprawie winnicy i oliwek. Słowem wylądowaliśmy na prawdziwej toskańskiej farmie, o czym od dawna po cichu marzyliśmy.
Skąd u Ciebie pasja do winiarstwa, pytam Emilia. Pomysł pojawił się zaraz po skończeniu szkoły agrotechnicznej. Potem długo szukałem odpowiedniego miejsca dla jego realizacji. Znalazłem takie w okolicach San Martino sul Fiora, w latach 90.. Poprzedni gospodarz zajmował się głównie tradycyjną uprawą kasztanów, Emilio przestawił farmę na gospodarstwo biodynamiczne zorientowane na uprawę winorośli oraz oliwek. Wybór miejsca nie był przypadkowy – położenie między Apeninami a brzegiem morza na wysokości około 500 nad poziom morza tworzy wyjątkowe warunki do uprawy. Południowo-wschodnie zbocze sprzyja temu, że plantacja jest dobrze wentylowana i rodzi zdrowe owoce o wyrazistym smaku.

Emilio zmienił nie tylko strukturę upraw, ale przede wszystkim sposób produkcji roślin. Zamiast nawozów stosuje w winnicy nawóz zielony i preparaty biodynamiczne. Robimy to wiosną, gdy odpowiednia mieszanka nasion wykiełkuje, rośliny są cięte i zaorane w ziemi. Natomiast w celu ochrony winorośli przed chorobami grzybicznymi my stosujemy wyłącznie niewielkie ilości czystej siarki i miedzi. Tu ciekawostka – do zasiarczania wina korzysta z polskiej siarki, ponieważ ta włoska pochodzenia wulkanicznego jest bardzo droga i trudno dostępna.
Oczywiście taki profil farmy wymaga dużo większego nakładu pracy oraz niesłychanej cierpliwości. Dlatego Emilio musi wynajmować pracowników sezonowych do pomocy. Pomaga też mu w wolnych chwilach żona Elizabet, która jest nauczycielką w pobliskim Manciano. Ona zajmuje się np. przygotowywaniem śniadań dla gości, są pyszne i w sporej mierze z własnych produktów.

Krwistoczerwona Busattina
Emilio pokazuje nam swoją piwniczkę, gdzie wino przechodzi fermentację, a potem po zabutelkowaniu jest przechowywane. Jest tu dosyć ciasno, kartony z butelkami sięgają niemal sufitu, ale Emilio mówi, że dla jego niewielkiej produkcji (kilka tys. butelek rocznie) pomieszczenie jest w sam raz. Zanim trafią tutaj owoce — zbierane ręcznie między 10 a 25 października, są starannie przebierane i suszone w sposób naturalny. Winifikacja w metalowych kadziach odbywa się już bez udziału drożdży. Dzięki temu uwydatniane są naturalne cechy winogron i terroir.

Czerwone wina Emilio wytwarza z odmian sangiovese i ciliegiolo. Jest samowystarczalny i odpowiedzialny za cały proces, nie zatrudnia więc specjalistów od produkcji wina. Tu w piwniczce znajduje się całe jego królestwo.
Wina Emilia cieszą się dużą renomą, zwłaszcza za granicą, gdzie popyt na produkty biodynamiczne jest bardzo duży. Sprawdziłem, ale z Polski nie otrzymał jeszcze zamówień.
Gospodarz zaprasza nas do degustacji swoich win. Na butelkach przyklejone są ciekawe etykiety. Widać, że wyszły spod ręki dobrego artysty. Okazuje się, że to są grafiki nieżyjącej już krewnej rodziny, dyplomowanej malarki z Florencji o nazwisku J. Sievero. Zauważyliśmy, że grafiki artystki królują też na ścianach salonu gospodarzy, jak i naszego domku.
Próbujemy wina La Busattina. Do naszych kieliszków płynie eliksir o rubinowoczerwonej barwie i intensywnym bogatym aromacie czerwonych owoców. Zawsze uśmiecham się, gdy specjaliści od win prześcigają się w wyliczaniu, jakich to owoców wyczuwają ich kubki smakowe. Skłamałbym więc, pisząc, że w kieliszku La Bussatina czuć zapach granatów czy wanilii albo jakichś innych owoców leśnych.
Powiem więc krótko i bez owijania w bawełnę. La Busattina należy do wykwintnych win oraz odzwierciedla na pewno czyste i naturalne środowisko, w którym rosną winogrona na wzgórzu Emilia. Dla mnie dobre wino posiada zawsze jakąś tajemnicę oryginalnego smaku, którego nie da się wyrazić żadnymi słowami. Natomiast kiepskie wino zawsze będzie cierpkie niezależnie od okoliczności, w jakich zostanie wypite. Emilio ma prawo używania marki Demeter (znak towarowy produktów pochodzących z rolnictwa biodynamicznego, oznaczający żywność najwyższej jakości). Dobre wino, takie jak La Busattina, ma zdolność do starzenia się, czyli powinno nadawać się do dłuższego leżakowania w odpowiednich warunkach.
Zabieramy więc obowiązkowo do naszej piwniczki w Polsce kilka butelek Busattiny i oczywiście kanister oliwy z sadu Emilia – aby mieć dobre wspomnienia z naszej toskańskiej przygody.
Co tu robił Antonioni?
Wybraliśmy się na obiad do San Martino sul Fiora, maleńkiej wioski oddalonej parę kilometrów od zagrody Emilia. Naprzeciw zabytkowego kościółka działa tam jedyna w okolicy trattoria. Zaglądamy do wnętrza, które nie zachęca do wejścia i przypomina raczej małe bistro o już niemodnym wystroju. Pasta jak i toskańskie pierogi z serem były w menu reklamowane jako wyrób własny, zamówiliśmy więc licząc na domowe smaki. Rozglądamy się po lokalu – na ścianach wiszą liczne fotografie, a na nich znane postaci ze świata kultury i sportu. Zdjęcia są z autografami, niektóre z nich wspólne robione z właścicielami. Była np. fotografia Andrea Bocelliego, słynnego włoskiego tenora oraz zdjęcie Muhammada Ali (Cassiusa Claya), legendarnego boksera.
Najbardziej intryguje mnie oprawiony w ramki wycinek z lokalnej prasy, z którego wynikało – że ponad 20 lat temu bawił w tejże trattorii słynny reżyser włoski Antonioni, którego filmy fascynowały mnie przed laty. Właściciele restauracji nie rozmawiali po angielsku, więc niczego bliższego nie można było się dowiedzieć. Dopiero gdy szczęśliwie natrafiłem w Internecie na rozmowę ze znanym włoskim scenografem, który współpracował z Antonionim przy produkcji ostatniego filmu pt. Eros, wszystko stało się jasne. To był ostatni film kręcony przez legendarnego reżysera – miał wtedy 92 lata, zdjęcia odbywały się właśnie w malowniczych plenerach Maremmy, głównie w pobliskim Capalbio. Na zakończenie zdjęć w grudniu w 2004 roku cała ekipa filmowa spotkała się na uroczystej kolacji w pobliskiej restauracji „da Corinto” w San Martino sul Fiora.
Oglądnąłem więc z ciekawości film dostępny w YouTube. To jest właściwie krótka etiuda o przemijaniu uczucia miłości w małżeństwie, o zagubieniu się bohaterów w świecie, epatująca nadmiernym erotyzmem, który w dzisiejszych czasach już nie robi żadnego wrażenia. Film został nakręcony w sposób charakterystyczny dla pierwszych utworów reżysera (osławione snucie się bohaterów na planie). Niestety, czas reżysera zatrzymał się jakby w miejscu, mistrz nie był już w formie.
Podobnie dzieje się chyba z trattorią, w której jedliśmy obiad. Te wszystkie pożółkłe i czarnobiałe fotografie na ścianach to tylko ślady po dawnej świetności restauracji, gdy właściciele byli młodsi i pełni zapału. I gdy cieszyli się sławą dobrej lokalnej kuchni, która przyciągała do ich lokalu wielu słynnych artystów lubiących odpoczywać w krainie wód termalnych wokół Amiaty.
Dodaj komentarz