Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

Rzuć monetą na rozstaju dróg!

Ukryta Toskania, John Keahey. Pascal, 2015

 

John Keahey jest dziennikarzem amerykańskim, który napisał kilka książek o Włoszech, m.in. o Wenecji i Sycylii. Gdy przygotowywałem się do podróży po Toskanii, odkryłem, że sposób podróżowania Keaheya jest bardzo zbliżony do mojego. Do lektury zachęca  już motto książki: „Jeżeli kiedykolwiek staniesz na rozstaju toskańskich dróg, rzuć monetą i niech los zdecyduje, którym szlakiem podążać. I trzymaj się z dala od autostrad!  Inna porada autora dla podróżników brzmi: „Dużo lepiej jest poczuć niż tylko zobaczyć.” Takie właśnie zdanie usłyszał John Keahey od jednego z recepcjonistów w małym hoteliku na rozstaju toskańskich dróg.

John Keahey wybrał zachodnie wybrzeże Toskanii za cel swoich podróży z 2 powodów. Jeden był osobisty – zawsze lubił przebywać blisko akwenów wodnych i mórz (inaczej niż w moim przypadku, bo zazwyczaj preferuję tereny górzyste). Drugi powód był merytoryczny – zachodnia część Toskanii wydawała mu się zbyt mało znana wśród większości podróżujących, którzy woleli stać w długich kolejkach we Florencji czy Sienie niż zapuszczać się do mniejszych miejscowości. Początkowo książka miała dotyczyć tylko Maremmy, najdalej na południe wysuniętej części Toskanii, ale autor rozszerzył swoją literacką podróż o całe zachodnie wybrzeże.

Jeżeli i my podjęliśmy decyzję, aby wybrać się do południowej Toskanii, sporą w tym zasługę przypisujemy właśnie lekturze ciekawej książki Johna Keaheya. Południe Toskanii jest wcale nie mniej atrakcyjne niż pozostałe te najsławniejsze części regionu, do których pielgrzymują tłumy turystów.

Książka powstała jako owoc kilku paromiesięcznych podróży do Włoch odbytych w roku 2012. Autor rzeczywiście stronił od autostrad, wybierał lokalne drogi, aby w ten sposób zaglądać do wiosek i mniej znanych miasteczek. Niemal zawsze spotykał po drodze ciekawych rozmówców, jadał proste potrawy w lokalnych trattoriach i w ten sposób odkrywał toskańskie smaki.

Bazą wypadową autora stało się miasteczko Pietrasanta leżące blisko morza między Genuą i Pizą. Pietrasanta jest znana jako mekka artystów, zwłaszcza rzeźbiarzy, których przyciągają tutaj okoliczne kamieniołomy marmuru.

Jako erudycie i znawcy historii regionu śródziemnego niemal zawsze przytrafiały mu się ciekawe historie, zwłaszcza gdy odkrywał ślady po słynnych artystach odwiedzających tę część Toskanii. Jednym z najznakomitszych twórców zaglądających w okolice Pietrasanty był sam Michał Anioł, który cenił sobie bardzo tutejszy marmur jako wyjątkowo nadający się do rzeźbienia detali ludzkiego ciała. Artysta przebywał tu np. w roku 1518, jak głosi jedna z tablic spotkanych przez autora książki, aby podpisać umowę na marmur z pobliskich kamieniołomów. Podobno nawet osobiście wybierał najlepsze bloki skalne pod swoje słynne rzeźby.

John Keahey odwiedził Viareggio, aby zobaczyć miejsce na plaży, gdzie skremowano zwłoki znanego poety Percy’ego Shelleya (1792 – 1822). Ten przedstawiciel angielskiego romantyzmu, zarazem głośny ekscentryk (m.in. prowadził liczne eksperymenty pirotechniczne oraz zajmował się okultyzmem; w dzisiejszych czasach Internetu niejeden głośny celebryta mógłby zazdrościć mu inwencji). Poeta zginął tragicznie zaledwie w wieku 30 lat, gdy w czasie rejsu własną żaglówką zastała go burza. Jego pokiereszowane zwłoki fale morskie wyrzuciły potem na brzeg właśnie w okolicy Viareggio.

Podczas wielu, czasem wydawałoby się bezcelowych, podróży Keahey odkrywał różne odcinki słynnego średniowiecznego szlaku pielgrzymkowego Via Francigena. Z pasją odwiedzał wtedy anonimowe średniowieczne kościółki, w których prawdopodobnie zatrzymywali się pielgrzymi. Innym razem wyruszył  na poszukiwanie 1000-letniego mostu nad rzeką Serchio, który zbudowano w celu ułatwienia drogi pątnikom maszerującym szlakiem Via Francigena. Historia starożytnych szlaków i dróg z czasów rzymskich przebiegających przez Toskanię wydaje się być jedną z wielu fascynacji autora, skoro poświęcił jej tak sporo uwagi.

John Keahey  dotarł też małe wyspy przybrzeżne należące do Archipelagu Toskańskiego. Nie był wprawdzie na najsłynniejszej Elbie (szyki pokrzyżowała mu pogoda), ale dotarł na Giglio i na Capraię. Ta ostatnia niewielka wyspa najbardziej przypadła mu do gustu, była kameralna, niemal bez dróg i nadawała się do odbywania licznych pieszych wędrówek a wieczorową porą miała idealne warunki do obserwowania gwiezdnych konstelacji.

Autor zaglądał parokrotnie do Pizy, ale zawsze odstraszały go tłumy turystów kłębiące się wokół słynnej krzywej wieży. Po parogodzinnym czekaniu w kolejce do wejścia zrezygnował więc z tej atrakcji. Wybrał za to rzadziej odwiedzane miejsca w tym słynnym mieście takie jak np. kościoły, których nigdy nie miał dość – ze względu na spokój, jaki w nich panuje oraz na skrywane przez nie niespodzianki. Czasem odnajdywał w nich zaskakujące freski, interesujące figury świętych oraz niesamowite lokalne historie z nimi związane. W jednym z kościołów w Pizie autor zachwycił się np. ołtarzem wyciosanym z marmuru z Carrary oraz przepięknym witrażem, który zdawał się ukazywać krzyżowca i wysokiego dostojnika kościelnego.

Ostatnie rozdziały książki poświęcone są podróży autora na najdalej wysunięte południe Toskanii – do Maremmy. O atrakcyjności  tego regionu dowiedziałem się właśnie z „Ukrytej Toskanii”.  Wielu Włochów uważa Maremmę za ukryty skarb, miejsce najbardziej autentyczne, z licznymi śladami etruskiego dziedzictwa oraz malowniczymi miasteczkami wzniesionymi na wulkanicznych skałach tufowych (nadzwyczaj  miękkich, składających się ze zlepionego popiołu i piasku wulkanicznego).

Bazą wypadową do wycieczek Johna Keaheya po Maremmie (m.in. Saturnia, Sorano, Sovana) stało się dla niego przeurocze miasteczko Pitigliano, w którym rzeczywiście można się zakochać. My spędziliśmy tam tylko jeden niezapomniany dzień.

 

 

Pitigliano zrobiło na nas chyba największe wrażenie spośród tufowych miasteczek Maremmy.

 

Po lewej stronie: We wnętrzu górującej nad Sorano starej XIV-wiecznej twierdzy Orsini działa dzisiaj kulturalne centrum. Trafiliśmy tam na wystawę obrazów malowanych przez lokalnych artystów.  Po prawej stronie: W labiryncie wąskich uliczek historycznego centrum Pitigliano spotkaliśmy fotografa wykonującego portrety w stylu retro – na 2 XIX-wiecznych aparatach.

 

Nasze ścieżki podróży na południu Toskanii skrzyżowały się także pod Amiatą, gdy dziennikarz przejeżdżał przez Santa Fiorę, malowniczą wioskę z mostem przerzuconym nad głębokim jarem.  Wstąpił do lokalnej trattorii i poprosił o coś wyjątkowego, w czym specjalizuje się lokal. Przyniesiono mu makaron z mąki kasztanowej, który kelner określił jako fazzoletti. Amerykanin był tak zachwycony potrawą, że napisał, iż była to najlepsza włoska potrawa, jakiej skosztował podczas swojego wielomiesięcznego pobytu w Toskanii.

Akurat robiliśmy zakupy spożywcze w Santa Fiora. I jak tu nie skorzystać z takiej porady amerykańskiego autora „Ukrytej Toskanii”. Zaczęliśmy natychmiast rozglądać się za opisaną trattorią w okolicach mostu. Ale żadnej restauracji już tam nie znaleźliśmy, pewnie zbankrutowała podczas pandemii, jak wiele podobnych lokali we Włoszech. Przy pobliskim ryneczku znaleźliśmy jeszcze otwartą trattorię, ale fazzoletti niestety nie było tam w menu. Wybraliśmy z konieczności  ragu ze zwykłym makaronem, które to danie okazało się w smaku kiepskie, a potem po godzinie poczuliśmy, że było także nieświeże. Ale nie chcemy w żaden sposób odradzać wizyty w Santa Fiora, bo miasteczko jest na swój sposób malownicze dzięki pięknemu mostowi nad górską rzeką.

Honor toskańskiej kuchni uratowała nasza gospodyni Tiziana, gdy pewnego dnia poczęstowała nas zupą z warzyw pochodzących z jej ogródka. To nie była zupa, ale jakiś niebiański eliksir, którego smak czujemy do dziś. I to była na pewno nasza najsmakowitsza potrawa zjedzona w południowej Toskanii. Tak więc i my doświadczyliśmy pod Amiatą własnej wersji „fazzolety” , jaką okazała się w naszym przypadku prosta domowa zupa. I prawdopodobnie większość  podróżników po bezdrożach Toskanii ma też szczęście przeżywać podobne przygody kulinarne.

Uwaga! To jest książka dla tych podróżników po Toskanii, którzy cenią sobie – podobny do autora – sposób wędrowania poza utartymi szlakami. Biura podróży na pewno nie są szczęśliwsze z powodu takich subiektywnych przewodników.

Montegiovi – kolejne tufowe miasteczko, które zachwyciło nas swoim położeniem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.