Zapiski z podrózy dalekich i bliskich

Gaje oliwne dobrze wspominają Bonę. Notatki z Apulii (Włochy)

Przyjeżdżając na początku maja do Bari nie podejrzewaliśmy w najśmielszych snach, że trafimy na obchody świętego Mikołaja. Dla miasta ten święty jest nadzwyczajny i zasługuje aż na dwie celebracje w ciągu roku. Od wieków czuwał nad miastem jako patron żeglarzy i kupców związanych z morzem. Dlatego gdy jego grób w Mirze na terenie dzisiejszej Turcji znalazł się w niebezpieczeństwie w wyniku ekspansji muzułmanów, 62 mieszkańców Bari w roku 1087 pożeglowało do Azji Mniejszej i przeprowadziło brawurową akcję wywiezienia szczątków świętego. Do dzisiaj znajdują się w podziemnym sanktuarium w lokalnej Bazylice św. Mikołaja. Na pamiątkę tego wydarzenia co roku właśnie na początku maja odbywa się tradycyjna inscenizacja z wielkim pochodem w historycznych strojach.

 

 

Święty godzi zwaśnione religie

Czekając z plecakami na ulicy, aż właścicielka przyniesie nam klucze do naszego apartamentu, zdążyliśmy zobaczyć ten pochód niemal w ostatniej chwili. Mieliśmy szczęście podziwiać przechodzącą obok kolorową paradę rycerzy na koniach, tańczących grajków, mieszczek w tradycyjnych strojach i nawet połykaczy ognia. Gdybyśmy przyjechali pół godzina wcześniej, trafilibyśmy jeszcze na kulminacyjny moment parady. Wielka kopię drewnianej średniowiecznej karaweli na kółkach – z obrazem świętego Mikołaja na pokładzie, turlała się po bruku ciągnięta na linach przez grupę umięśnionych siłaczy.

A w następnych 2 dniach, bo obchody majowego święta (trwają tu aż 3 dni i wszyscy mają wtedy wolne od pracy), czekały nas kolejne mikołajowe atrakcje (wieczorne przeniesienie przez rybaków figury świętego z portu na polowy ołtarz przy Piazza del Ferarrese a także zapierające dech pokazy iluminacji świetlnej, jakich jeszcze nie oglądaliśmy w życiu).

 

 

Kult świętego Mikołaja w Bari można poczuć najmocniej nie na ulicach i placach, ale w tutejszej bazylice. Wchodzimy do podziemi. Tam ku naszemu zaskoczeniu przy grobie z relikwiami świętego spotykamy wiernych, jak wykonują pokłony do ziemi i zapalają cienkie woskowe świeczki przed ikoną. Tak, to pogrążeni w modłach prawosławni, którzy przyjechali z pielgrzymką, aby także brać udział w święcie. Bo Święty Mikołaj jest także ich patronem, a bazylika w Bari należy do nielicznych w świecie miejsc ekumenicznych, gdzie duchowni 2 religii dzielą się przestrzenią i odprawiają zgodnie nabożeństwa. Pan Bóg miał wynagrodzić Mikołaja podwójnymi świętami w roku dlatego, iż zobaczył w nim wyjątkowe pokłady dobroci oraz chęci pomagania w potrzebie. Inny święty prawosławia Kasjan nie cieszył się już u Boga takimi łaskami po tym, jak odmówił chłopu pomocy przy wyciąganiu wozu z błota, gdy nie chciał zbrudzić swoich czystych szat przed spotkaniem z Bogiem. I dlatego jego święto jest obchodzone za karę tylko raz na cztery lata.

Wiara w bezinteresowną dobroczynność i hojność ludzi wydają się nie przemijać od setek lat i jest tak silna, że tutaj w Bari jednoczy wyznawców różnych religii. Ale czy w tym całym natłoku eventów i pokazów ulicznych, jakie oglądaliśmy w Bari, jest jeszcze miejsce na refleksję o szlachetnych ludzkich uczynkach? Gdy w szaty dobrodziejów przebierają się dzisiaj tabuny sponsorów.

 

Od wieków św. Mikołaj czuwa nad miastem jako patron żeglarzy i kupców związanych z morzem.

 

Pomnik … zabłąkany z innej planety

I tak święty Mikołaj pomieszał nam szyki w Bari. A mieliśmy zamiar zacząć zwiedzanie miasta od miejsc związanych z królową Boną Sforzą, której szczątki również znajdują się w katedrze świętego Mikołaja, tyle że nie w podziemiu, ale na parterze tuż za ołtarzem.

…to, że leży tutaj za ołtarzem także królowa Bona, wydaje się czymś zadziwiającym. Czarny i brzydki jej pomnik (…). Nurtuje mnie ta idea od dawna, żeby przenieść prochy królowej Bony do Krakowa. Ten samotny, obcy tu pomnik zdaje się zabłąkany z innej planety – pisze w Podróżach do Włoch Jarosław Iwaszkiewicz.

 

Po lewej – Bazylika św. Mikołaja w Bari, po prawej – grób królowej Bony

 

 

Wizyta pisarza w Bari była przede wszystkim związana z zamiarem napisania powieści historycznej o królowej Bonie, która to postać go przez kilka lat mocno fascynowała. Utwór miał nosić tytuł „Pogrzeb królowej”, a pisarz przyjeżdżał specjalnie do Bari, aby poznać klimat wszystkich miejsc związanych z jej osobą. Iwaszkiewicz uważał królową Bonę za postać tragiczną i niesprawiedliwie w Polsce ocenianą. Zamierzał opisać ostatnie lata jej życia (ucieczka z Polski, osamotnienie w Bari oraz tragiczny koniec, gdy została podstępnie otruta). Widział w tym doskonały temat do literackiego portretu psychologicznego, w czym był niedoścignionym mistrzem.  Dla niego Bona w cytowanych już „Listach z Włoch” była „indywidualnością o mocnym, zbyt mocnym charakterze”, stąd miewała liczne konflikty. Intelektualnie przewyższała otoczenie, ale była samotną władczynią i trudną matką dla syna Zygmunta Augusta.

Ostatecznie pisarz nie zrealizował swojego pomysłu. Zebrał tak obszerny zasób informacji i dokumentów historycznych o królowej, że chyba utonął pod ciężarem tego materiału. Nawet tak wybitnym pisarzom jak Iwaszkiewicz (parokrotnie na liście kandydatów do literackiego Nobla) przydarzyła się, jak widać, literacka porażka. Jestem zdumiony, gdy w pozostawionym szkicu powieści znajduję aż 9 wersji pierwszego, dosyć prostego zdania utworu. Taka była skala bezradności pisarza oraz takie miał kłopoty ze znalezieniem odpowiedniej narracji do powieści.

 

Mroczna twierdza, ponura śmierć

Zaledwie kilka minut spaceru dzieli miejsce pochówku Bony od Zamku Normandzko-Szwabskiego (Castello Svevo), w którym królowa dorastała, spędziła swoją młodość i gdzie tragicznie zmarła.  Z zewnątrz zamek ma ponurą sylwetę i nie zachęca do jego odwiedzenia. We Włoszech przyzwyczailiśmy się już do wszechobecnego piękna pomników architektury, więc jesteśmy chyba trochę rozkapryszeni. Nieprzypadkowo Castello ma tak nieprzyjazny, kształt, wyjątkowo grube mury i kwadratowe wieże. Miał bowiem z założenia odstraszać mieszkańców Bari, którzy byli wówczas wrogo nastawieni do normańskiego władcy Fryderyka.

 

 

Izabela Aragońska z rodu Sforzów, matka Bony, kolejna właścicielka zamczyska, próbowała go ucywilizować, przerobiła wnętrza w luksusowe komnaty. Także kolejna przebudowa w kierunku renesansowym zainicjowana już przez Bonę przed jej powrotem z Polski w niewielkim stopniu mogła zmienić zewnętrzną surowość budynku. Przekraczam próg bramy i znajduję się na dużym kwadratowym dziedzińcu, ale ponury klimat nawet tutaj nie chce ustąpić. Potężne renesansowe schody dobudowane na polecenie Bony, najbardziej spektakularna pamiątka po tej przebudowie, nie mogą też robić większego wrażenia. Wystrój komnat mieszkalnych musiał być bardziej w czasach Bony komfortowy i reprezentacyjny, ale jak wiemy po śmierci królowej zamek został niemal doszczętnie obrabowany i niewiele pozostało pamiątek z tamtego okresu. Poza schodami trwałym śladem po królowej pozostała tylko odnowiona z jej inicjatywy kaplica poświęcona świętemu Stanisławowi ze Szczepanowa – patronowi Polski.

 

Zamkowe komnaty były świadkiem ponurej tragedii. Bona została tam otruta przez swojego dworzanina, który działał na zlecenie władcy hiszpańskiego Filipa II. Jakże zgubną okazała się pożyczka w astronomicznej kwocie 430 000 dukatów w złocie udzielona przez Bonę temu królowi. Hiszpańscy Habsburgowie prowadzili wiele kosztownych wojen, starając się utrzymać za wszelką cenę chylące się ku upadkowi imperium. Potrzebowali pieniędzy, ale nie zamierzali zwrócić długu. Łatwiej było pozbyć się pożyczkodawcy. Dokonał tego przekupiony przez nich dworzanin. Królowa po powrocie z Polski nie nacieszyła się więc długo pobytem w rodzinnym Bari. Mieszkała tam zaledwie ponad rok czasu do śmierci w listopadzie 1557 roku.

Bona, zawsze bezwzględna w robieniu interesów, tym razem przelicytowała. Godząc się na pożyczkę, chciała ułożyć sobie dobre relacje z hiszpańskim królem, który groził jej odebraniem księstwa Bari i Rossano (sąsiednie królestwo Neapolu znajdowało się pod jego kontrolą). Ale trafiła na wyrachowanego gracza, który zastawił na nią pułapkę w postaci bardzo korzystnych warunków pożyczki (gwarancja corocznego stałego10-procentowego dochodu). Filip II nie tylko nie zamierzał zwracać długu, ale też postanowił pozbyć się pożyczkodawczyni. Był znany z okrucieństwa i z wielu aktów politycznego skrytobójstwa. Księstwo Bari i Rossano przeszło wkrótce w jego ręce.

 

 

Pod murami Ostuni

Spośród 3 perełek turystycznych Apulii, jakie zwiedziliśmy po opuszczeniu Bari (Polignani, Monopoli i Ostuni), ta ostatnia najbardziej przypadła nam do serca. Bez wahania zatrzymaliśmy się tutaj na parę dni. Być może z powodu Bony Sforzy, ale nie tylko. W okolicy Ostuni (zaledwie ponad 80 km na południe od Bari) krajobraz staje się bardziej urozmaicony, pojawiają się wzgórza. No i przede wszystkim uderza intensywna zieleń gajów oliwnych, które o tej porze kwitną, pokazując żółte delikatne płatki. Nowe miejsce zakwaterowania tuż pod murami białego miasteczka musiało więc od razu urzekać. Gdy patrzymy z górnego tarasu, całe białe miasteczko Ostuni mamy niemal u naszych stóp, a gdy odwracamy się – bezmiar gajów oliwnych sięga brzegów Adriatyku, który w oddali połyskuje lazurem.

 

 

Naszą ostoją jest stare gospodarstwo rolnicze nazywane w Apulii masserią. Główny budynek, pełniący niegdyś także funkcję obronną przed piratami i Saracenami, został w ostatnich latach odrestaurowany i przystosowany na potrzeby turystyki. Oryginalne tufowe ściany oraz łukowate sklepienia robią niesamowity klimat, a wiele pozostawionych po dziadkach sprzętów i pamiątek powoduje, iż czujemy się tu jak z rodzinną wizytą. Gdy zapytuję Dario, syna gospodarzy, ile lat liczy jego dom, jest trochę zdziwiony pytaniem w kraju, gdzie istnieją do dzisiaj setki podobnych budynków. Odpowiada ku naszemu zdumieniu, że dom powstał około 1480 roku. A więc jeszcze zanim urodziła się Bona Sforza, właścicielka dóbr Ostuni w księstwie Bari, które odziedziczyła w roku 1524 po śmierci matki Izabeli Aragońskiej.

 

 

Budynek ma więc długą i ciekawą historię. Zbudowali go zapewne – podobnie jak inne masserie w Apulii – ludzie zamożni, właściciele okolicznych gajów, którzy w części piwnicznej dysponowali nawet własną tłocznią oliwy z oliwek.

 

 

Na moje pytanie o wiek starych drzew oliwnych, których dziesiątki rosną w otaczającym ogrodzie i dalej wokół jego farmy Dario reaguje podobnie jak poprzednio. Mówi, że drzewa mogą liczyć około 500 lat, ale to także jest jego zdaniem nic nadzwyczajnego w Apulii, która od wieków szczyci się tradycją gajów oliwnych. Dla niego o sędziwym drzewa oliwnego można mówić dopiero wtedy, gdy osiągnie wiek przynajmniej 1000 lat. W Apulii występuje drzewo oliwne mające ponad 1500 lat, znajduje się ono w okolicach Ginosa na południu Apulii.  Okoliczne okazy w ogrodzie są fantazyjnie poskręcane i przypominają czasem sylwetki starców albo tajemniczych stworów z bajek. Jadwiga uwielbia wśród nich spacerować i pozować do pamiątkowych zdjęć

Te drzewa oliwne Apulii to nie tylko dekoracja krajobrazu. To przede wszystkim główne źródło dochodów z rolnictwa. Kraina oliwy, jak nieprzypadkowo nazywana jest Apulia, zaopatruje Włochy w 40-50% i wyprzedza w tym zakresie Kalabrię i Sycylię

 

 

Oczko w głowie Bony

Spacer po białym mieście Ostuni to prawdziwa przyjemność. Parokrotnie przechodzę się ulicami dookoła murów, a potem przez jedną z zachowanych bram – Porta San Demetrio zanurzam się w gąszczu wąskich uliczek i licznych schodowych łączników. Zaczynam w pełni czuć klimat tego urokliwego miejsca, nie przeszkadzają mi już w tym nawet spore tłumy turystów, które już tutaj pojawiają się na długo przed sezonem.

Ostuni musiało być oczkiem w głowie królowej Bony, skoro przejawiała tak wyjątkową troskę o tę swoją własność. Według źródeł historycznych była tu na pewno z wizytą gospodarską w 1556 roku tuż po powrocie z Polski. Ale już wcześniej przez prawie 30 lat – poprzez swoich namiestników – na odległość podejmowała ważne decyzje administracyjne, zapewniające dozgonną wdzięczność mieszkańców. To jej zasługą było np. sfinansowanie odbudowy średniowiecznych murów obronnych miasta, a potem unikatowa na owe czasy decyzja, aby mieszkańcy miasteczka mogli dostawiać swoje domy do wewnętrznych ścian murów. Wielce się dziwiłem podczas swoich wędrówek, gdy od środka nie udawało mi się zobaczyć jakiegoś fragmentu murów obronnych. A był to właśnie skutek zarządzeń Bony, dzięki którym wcześniejsza ciasnota uliczek została nieco poluzowana.

Przyglądając się dzisiaj tym białym obwarowaniom od zewnątrz, mam też spory kłopot z dokładnym ich zidentyfikowaniem. Z czasem mieszkańcy zaczęli bowiem wybijać w grubych murach otwory pod okna, aby w ten sposób zapewnić sobie więcej światła do pomieszczeń. W rezultacie dawne umocnienia fortyfikacyjne zatraciły swój pierwotny  wygląd, stając się elewacjami wysokich, piętrowych kamienic. I tak panorama białego miasteczka – pośrednio za sprawą decyzji Bony – zyskała unikatowy, kaskadowy wygląd jakże odróżniający ją od setek innych równie malowniczych włoskich miasteczek na wzgórzu.

Także pradziadowie Dario uprawiający sady oliwne w czasach Bony zapewne wiele jej zawdzięczali, gdy swoimi decyzjami rozkręcała handel i biznes oliwny w okolicy.  Z jej inicjatywy założono pobliski port w Villa Nova i przyznano specjalne ulgi podatkowe dla handlarzy oliwą. Podobnie reformatorskie i zyskowne decyzje Bona podejmowała w Polsce, gdzie zaniedbane dobra królewskie stawały się pod jej zarządem kwitnącymi gospodarstwami.

 

 

Królowa wsławiła się także wśród mieszkańców Ostuni dobroczynnością. Wg historycznych kronik lokalne władze w Ostuni tuż przed jej śmiercią miały na rozkaz królowej podarować najuboższym 4 tony pszenicy.

Ci którzy spodziewają się w tym miasteczku namacalnych śladów po królowej Bonie, mogą poczuć się rozczarowani, bo takich tutaj nie znajdą. Nad wejściem do Pałacu Biskupiego tuż obok katedry ze słynną 24-ramienną rozetą  można oglądać jedynie oryginalny herb rodu Sforzów – niebieski ukoronowany wąż z dzieckiem w pysku. To był symbol odrodzonej siły, wiecznie młodzieńczej witalności. Życie Bony znakomicie wpasowało się w to herbowe przesłanie. Ale jej liczni wrogowie w Polsce z powodu tego samego herbu przezywali ją „gadziną”. Jak wielka szkoda, że Iwaszkiewiczowi nie udało się napisać powieści o królowej  – pod jego piórem powstałby prawdziwy psychologiczny thriller!

 

 

Pasja do dzikich roślin

Jedziemy lokalną szosą w kierunku Matery. Kilka km za Altamirą skręcamy w podrzędną wiejską drogę, tak dziurawą, że od razu przypominają się polskie trakty z czasów upadku komuny. W dodatku ciągle pada i niedługo zapadnie zmierzch. Odnajdujemy w końcu biały, murowany wiejski dom, który tonie w zieleni starych drzew i dlatego ledwie go widać. Bramę otwiera nam Sylwia, wskazując miejsce pod wiatą do zaparkowania. Z uśmiechem prowadzi nas następnie do skromnego pokoiku na poddaszu, gdzie mamy przygotowany nocleg. Jest tu czysto i schludnie, bez zbędnych dekoracji na ścianach, jakimi często wiejskie gospodarstwa epatują natrętnie swoich gości. Zapadająca ciemność oraz nieustanny deszcz nie pozwalają już rozejrzeć się po okolicy. Dopiero wczesnym rankiem otwieramy na oścież okno, aby nacieszyć się już słoneczną rześką pogodą i pięknem otaczającego nas ogrodu. Akurat słychać jakiś gwar, pod bramę podjeżdża autokar i wysiada z niego gromadka szkolnych dzieci oraz towarzyszący im nauczyciel. Dzisiaj w ogrodzie Sylwii odbędzie się lekcja szkolna z botaniki. Jej mąż Filip będzie wtajemniczał uczniów w sekrety ogrodu dzikich roślin, jaki powstał tu kilkanaście lat temu na terenie Parku Narodowego Alta Murgia. Obydwoje nabyli wtedy stare, mocno zaniedbane gospodarstwo z wyasfaltowanym i zabetonowanym ogrodem. Po paru latach mozolnej pracy udało im się zrekultywować ziemię i założyć szkółkę traw ozdobnych, wieloletnich roślin zielnych oraz roślin dziko rosnących.

 

 

Sylwia i Filip od wielu lat myszkują po okolicznych starych ogrodach i polach, w poszukiwaniu bylin i traw przystosowanych do lokalnego suchego klimatu. I w ten sposób powstała ich imponująca kolekcja roślin na powierzchni około 4000 m kwadratowych. Ogród jest otwarty dla miłośników przyrody – można go nie tylko podziwiać, ale i zaopatrzyć się w dzikie rośliny sadzone w ogrodzie.

 

 

Filip to prawdziwy pasjonat drzew, roślin oraz ogrodów. Jest nie tylko agronomem, ale i architektem krajobrazu Apulii. Jego mottem podczas projektowania jest: „To ja potrzebuję roślin, a nie one mnie”. Dlatego jego ogrodowe projekty powstają przy minimum ingerencji, wyróżniają się spontanicznością, zachowują szacunek dla historii miejsca, a w większości przypadków nie wymagają nawet nawadniania.

Spacerujemy alejkami ogrodowymi, wzdłuż których rosną dzikie krzewy i rośliny, dzisiaj często zapominane albo traktowane jako szkodliwe chwasty. Żałujemy, że jest dopiero kwiecień i większość roślin jeszcze nie kwitnie, za parę miesięcy ten ogród będzie mienił się kolorami kwiatów. W kilku miejscach odkrywamy dobrego znajomego z naszego ogródka – kwitnącego na żółto żeleźniaka.

Mąż Sylwii próbuje zaszczepić uczniom miłość do dzikich roślin, pod koniec lekcji wyznacza im ambitne zadanie – wybrać i narysować ich zdaniem najpiękniejszą roślinę w ogrodzie. Gromadka rozpierzchła się teraz po całym ogrodzie z kartkami i pisakami w ręku w poszukiwaniu swojego faworyta.

 

 

Jest już południowa pora, czas na lunch. Sylwia zachęca nas gorąco do odwiedzenia pobliskiej Matery, słynnego miasteczka obleganego zazwyczaj przez cały rok przez turystów. Po zaledwie pół godzinie jesteśmy na miejscu. Miasteczko jest rzeczywiście piękne i świetnie odrestaurowane. Uliczki i domy drążone w skałach z murowanymi fasadami w historycznej części miasta Sassi, wypucowane zostały nieomal do absurdu. Aż trudno w to uwierzyć, że jeszcze w latach 50-ych miasto uchodziło za hańbę Włoch – w tutejszych licznych pieczarach gnieździli się ludzie i panowała straszliwa bieda. Tu rzeczywiście musiał się dokonać w ciągu kilkudziesięciu lat cywilizacyjny cud.   Od 1993 roku Matera znajduje się już na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

 

 

Na każdym jednak kroku spotykamy tłumy turystów, w przepełnionych restauracjach ceny skaczą niebotycznie do góry. Po kilku godzinach zaczynamy już tęsknić za ogrodowym rajem u Sylwii, za zapachami jej dzikich roślin. Dziękujemy Sylwii i Filipowi za tę waszą pasję i piękno, jakie czynicie. Dzięki wam świat wydaje się zawsze lepszy i piękniejszy. W Apulii ratuje się nie tylko zabytkowe budowle, chroni stare drzewa oliwne, ale i zachowuje pamięć o dzikich roślinach rosnących tutaj od wieków.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.